ďťż
[Kleryk] Lard Meyne


Bo człowiek głupi jest tak bez przyczyny

Nazwa konta postaci: Patryk Fenson
Nazwa postaci: Lard Meyne
Płeć postaci: Mężczyzna
Rasa postaci: Człowiek
Wiek postaci: 19
Wyznanie postaci: Lathander
Domeny: Leczenie, Słońce
Pochodzenie postaci: Wioska w okolicach Wrót Baldura
Charakter postaci: Praworządny Dobry

Opis:

Widzisz średnio wysokiego człowieka o przeciętnej budowie ciała. Jego włosy są brązowe, a
oczy piwne. Wygląda on na bardzo młodego.

Historia:

Lard urodził się w wiosce w okolicach Wrót Baldura. Rodzice jego byli zwykłymi rolnikami.
Ma on dwóch braci. Gdy tylko osiągnął 10 lat ojciec zabierał go do pracy w polu.
Zawsze słuchał się rodziców i nigdy nie migał się od najcięższej nawet pracy.
Pewnego dnia zaraz po zbiorach poszedł on na przechadzkę po mieście razem ze swymi przyjaciółmi. Naprzeciw im wyszedł kapłan Lathandera. Lard, który uczony był czcić jedynie Chaunteę zdziwił się wielce symbolami, które ów kapłan nosił miał przy sobie. A że ciekawski był spytał kapłana czy może parę pytań mu zadać. Sługa Lathandera uradowany ciekawością kogoś z wioski zaprosił go do swej chaty na obrzeżach wioski. Lard zasypał kapłana gradem pytań, a ten z przyjemnością na nie odpowiadał. Młodzian zafascynował się Lathanderem i od tego dnia systematycznie odwiedzał jego sługę, który go o nim nauczał. Gdy osiągnął lat 15 kapłan zaoferował mu rozpoczęcie szkolenia kapłańskiego. Zastanawiał się nad tym młodzian wiedząc, że ciężej będzie jego rodzicom na farmie bez niego. Spytał on jednak ojca o pozwolenie, bowiem tak bardzo pokochał Lathandera, że zapragnął mu służyć. Ojciec postawił jeden warunek. Ze względu na czas zasiewów potrzebował każdej pary rąk do pracy w polu, a więc Lard miał mu pomóc w czasie zasiewów i otrzyma tedy
pozwolenie na to, by mógł poświęcić życie Lathanderowi. Lard wielce ucieszony pomagał jak tylko mógł i gdy skończył udał się do kapłana Lathandera. Na naukach kapłańskich upłynęły mu 3 lata. Kapłan widząc w Lardzie potencjał wysłał go do Wrót Baldura, by mógł kontynuować szkolenie. Rok minął od czasu gdy do nich przybył i pewnego dnia do świątyni wkroczyło dwóch ludzi. Mówili, że gdy chcieli opuścić Wrota i ruszyć do Neverwinter zostali napadnięci i ranni. Opowiadali jak to wrócili z Aeris nie mogąc już znieść tej wyspy. Mówili jak ciężko im tam było i przez co musieli przejść. Lard słysząc te opowieści zapragnął wyruszyć na Aeris, by pomóc mieszkańcom tejże wyspy.
Wiedział, że w innych częściach Fearunu było jeszcze bardziej niebezpiecznie niż na Aeris jednak właśnie na tą wyspę chciał się udać. Gdy podróżnych uleczono Lard zaczepił ich przy wyjściu ze świątyni i zapytał się czy na Aeris są kapłani Lathandera. Odparli, że o takich nie słyszeli i Lard miał powód, by opuścić świątynię. Powiedział o tym kapłanom i stwierdzili, że kogoś trzeba wysłać na wyspę. Lard zgłosił się na ochotnika i już płynie na wyspę Aeris w imieniu Lathandera.

Dziennik

Postanowiłem założyć dziennik… Aeris staje się coraz bardziej niebezpiecznym miejscem i mam nadzieje, że jeśli zginę te zapiski pomogą komuś…

*Piękne i staranne pismo napisane czarnym atramentem*

13 Flamerule

Kilka dni temu przekonałem się o tym jak te wszystkie prawa i zasady mogą doprowadzić do śmierci niewinnych. Cmentarz… miejsce święte ale widać, że genasi mają to w głębokim poważaniu. Gdy tylko wszedłem do miasta widziałem ogólne poruszenie. Wszyscy wybierali się na cmentarz. Jak zawsze nie było czasu na wyjaśnienia. Na miejscu zastaliśmy uzbrojonych po zęby genasi… Zauważyłem, że przetrzymują dzieci. Przypomniała mi się sytuacja z przed ponad miesiąca, kiedy to Malcer miał swój test na Rycerza… swoją drogą dawno go nie widziałem… ale wracając do tematu: Na Pętli odnaleźliśmy jakiegoś człowieka z dzieckiem. Ten człowiek- wyglądał na maga- trzymał nóż przy gardle dziecka. Rozmowa… wtedy myślałem, że to rozwiązanie na wszystko ale mimo tego co powiedziałem zabił to dziecko. Na szczęście udało mi się je wskrzesić. Nie mogłem pozwolić, by ta sytuacja się powtórzyła! Poprosiłem towarzyszy, by rzucili na mnie niewidzialność w czasie kiedy Arvein miała nadzieję na załatwienie tego drogą rozmowy. Jakże złudne były me nadzieje, że jej się to powiedzie! Gdy podchodziłem do dzieci pod osłoną niewidzialności usłyszałem jak genasi zdecydowali się zabić dzieci i nas zaatakować. Nie czekałem. Próbowałem ogłuszyć jednego z nich ale mi się nie udało. Cała trójka- bo tyle ich było- rzuciła się na mnie. Raniłem jednego dotkliwie ale padłem na ziemię pod gradem uderzeń. Konając patrzyłem jak genasi pokonują moich towarzyszy. Prosiłem dzieci o założenie bandaży , kiedy genasi walczyli. Zatamowałem krwawienie i udało mi się wstać. Będąc ledwo żywym modliłem się do Lathandera o pomoc. Po chwili czułem jak życie we mnie wstępuje. Zaproponowałem jednemu z genasi pojedynek. Zgodził się. Warunki były takie: Ja wygram oddają dzieci, oni wygrają zostaję ich więźniem. Nie bałem się ich musiałem zrobić coś, żeby pomóc tym dzieciakom. Walka była ciężka, genasi świetnie uzbrojony i przeszkolony, lecz mimo tego wygrałem z pomocą Lathandera. Genasi jednak okazały się pozbawionymi honoru bestiami. Gdy się odwróciłem jeden z nich skręcił kark dziecku. Próbowałem go odepchnąć… Wtedy towarzysze przyłączyli się do bitwy. Wygraliśmy, a ja wskrzesiłem dziecko i odprowadziliśmy je do Silwood.

Przeżywałem kryzys w sercu… z jednej strony moja wiara w nieomylność prawa, a z drugiej życie niewinnych dzieci wystawionych na ryzyko śmierci. Nathea mnie wsparła… Niech Lathander jej za to oświeca drogę.

Następny dzień przebiegł zwyczajnie. Po obudzeniu przygotowałem śniadanie dla Rycerzy, udałem się do koszar po codzienną dawkę raportów i posprzątałem z żuków i innych świństw piwnice. Nie miałem ochoty na to, by zaglądać do miasta. Szwendałem się po kanionie przysiadając co chwila i modląc się. Pogoda sprzyjała co jest raczej rzadkością na Aeris. Spotkałem paru bandytów, którzy pożałowali napaści na podróżnych i odwiedziłem mojego znajomego kowala. Wieczorem przyglądałem się Wodospadowi w Chmurach… chyba częściej tu będę przychodził. Kończę ten wpis patrząc na Wodospad i przypominając sobie pierwsze dni tu na Aeris…


15 Flamelure

Znów zajrzałem do Silwood. Nie widziałem żadnej znajomej twarzy ani na moście ani na placu. Postanowiłem pójść na mały patrol. Gdy podróżowałem przez Las Drwala spotkałem Faranela. Razem wybraliśmy się do krypty na skraju lasu, by oczyścić ją z plugastw. Na trakcie w puszczy natknęliśmy się na driadę i jej ofiarę. Poprosiłem Lathandera o Sanktuarium i podkradłem się do niej. Niczego nie świadoma driada oglądała swoją zdobycz kiedy ja zdzieliłem ją po głowie. Faranel wkroczył po chwili i pokonaliśmy driadę. Z pomocą zamienionej w kamień przybył Cień.

Po chwili znajdowaliśmy się już w krypcie, a masa przeciwników tłoczyła się przed nami. Na szczęście na trakcie spotkaliśmy Isendela. W trójkę zeszliśmy w dół. Kilkadziesiąt jak nie więcej orków, goblinów (w tym strażników snów...yhh potężne bestyje) no i śnieżnych wilków. Zwiedziliśmy cały dół krypty po czym przebiliśmy się na zewnątrz. Po drodze spotkaliśmy Nathera oraz grupę poszukiwaczy przygód. W końcu doszliśmy do Silwood bez większych problemów po drodze. Krypta oczyszczona, trakt bezpieczny choć na chwilę...

Rozmowa z Arvein...Mimo to, że powiedziałem wszystko, a ona to zrozumiała nadal utrzymuje że kłamię. Zdecydowałem, że skoro straż nie chce pomocy to jej otrzymywać nie będzie. Zakończyłem działalność Rycerzy w Silwood. Skoro potrafią lepiej bronić miasta niż my to niech to robią.

Moja druga połowa się odzywa...Rana jaką zadali mi genasi...ten straszny ból...na szczęście wszystko skończyło się dobrze dzięki błogosławieństwu Lathandera.


19 Flamelure

Od dawna nic nie napisałem...być może dlatego, że nie było o czym. Za to dziś najadłem się przygody za wszystkie te dni.

Pierwszy cel patrolu: oczywiście krypta na skraju lasu. Górny poziom był wyczyszczony ale nie mam pojęcia przez kogo. To była cisza przed burzą. Zeszliśmy na dół i od razu rzuciło się na nas parę gargulców, pająków i żywiołaków ziemi...orkowie i koboldy też się dołączyli. Nie można nie wspomnieć o niebiańskich niedźwiedziach. Walka była zacięta. Na zmianę walczyłem i opatrywałem rannych. Brnęliśmy do przodu ja szedłem na szpicy. Elvith strzelał, ja z Faranelem w zwarciu, Nammar i Valanthe rzucali zaklęcia. Wszystko szło nawet dobrze aż do czasu. Już mieliśmy wychodzić gdy kolejna fala przeciwników nas zalała. Valanthe poległa...świeć Lathanderze nad jej duszą. Brnęliśmy przez żywiołaki i pająki do przodu, gdy usłyszeliśmy wołanie o pomoc. To był Vildur. Próbował walczyć ze zmorą, cieniami i żywiołakami na raz. Nadzwyczaj duże cienie sprawiły trochę kłopotów ale najgorszym przeciwnikiem była zmora. Już drugi raz taką widziałem. Wielka, potężna, bardzo odporna. Wygraliśmy.

Następnie wybraliśmy się d jaskiń orków. W jej okolicach natknęliśmy się na wyruszający patrol. Pozbyliśmy się go i weszliśmy do jaskini. Standardowo: Kilkanaście orków i goblinów. Na dole bandyci wespół z szamanami i strażnikami goblinów.

Wróciliśmy do Silwood. Na nowo odrodził się temat przygody z genasi. Wpadła mi do głowy świetna myśl! Wszystko mógł widzieć grabarz. Udałem się do niego z Natheą, Ringiem, Faranelem i Koehilem. Po dość długich namowach zgodził się spisać swoje zeznania. Teraz tylko starczy zanieść je Hane'owi i sprawa załatwiona.

Krótka rozmowa z Natheą, Nammarem i nowo przybyłym kapłanem Torma i poszedłem do Twierdzy. Kończę ten wpis i udaję się na spoczynek...


24 Flamelure

Dzisiejszy dzień był naprawdę ekscytujący. Jego początek jednak na to nie wskazywał. Przywitałem się ze znajomymi, porozmawiałem...i przybył jakiś zakuty w zbroję osobnik. Mówił o tym że szuka pewnej kobiety imieniem Allatra (dokładnie już nie pamiętam). Ja, Nather, Rune, Isendel i Mureen zgodziliśmy się mu pomóc. Po drodze w biały dzień spotykałem stwory, które normalnie kryją się w najgłębszych zakamarkach krypt i jaskiń pojedynczo w liczbie 2 albo 3 w niedużej odległości od siebie...patrole wzmocnić trzeba bezsprzecznie. Na miejscu popytaliśmy w karczmie i w dokach. Skierowano nas do domu od strony portu. Słyszeliśmy jakieś hałasy. Nie czekaliśmy-wyważyliśmy drzwi. W środku spotkaliśmy 3 wampiry...Ciężki bój. Kobiety nie było w środku. Wyszliśmy na zewnątrz i zaatakowały nas 4 wampirzyce. Rzuciły się na mnie ale przeżyłem z pomocą Nathera, Vertoza i tego osobnika. Później znaleźliśmy tą Allatrę i okazało się że jest gnomką...A człowiek w zbroi, że jest Aasimarem. Do tej pory nie mieści mi się to w głowie. Powiedział, że ona jest jego ukochaną. No nic życzyliśmy im wszystkiego dobrego i ruszyliśmy z powrotem do Silwood.

Trakt był bardzo niebezpieczny. Sama Jasna Polana oblegana była przez wszelkiej maści Czartów, Mrocznych Mistycznych Łuczników, Mrocznych Łowców...Potem spotkaliśmy też dwie kobiety...Ciężkie przeciwniczki. Porównałem je do opisu moich przyjaciół. Nazywają je Mrocznymi Mścicielkami...czy jakoś tak.

W Silwood znowu coś się działo. Tym razem rybak i zaginione ryby. Trafiłem na połowę śledztwa prowadzonego przez Elli, Krię i...Arvein. Użyłem proroctwa i mieliśmy poszlakę. Elli pogadała z kotem (ona nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.) a ten wskazał nam bramę od strony kanionu. Na polach znaleźliśmy niedźwiadka. Trudziliśmy się jak zdobyć jego zaufanie...aż mi się przypomina sytuacja w mej rodzinnej wiosce kiedy to próbowaliśmy oswoić wychudzonego psa. Uśmiech sam maluje się na ustach. Rybakowi zwróciłem równowartość dwóch takich zapasów ryb jakie stracił, a misia odprowadziliśmy do jego matki.

Posiedziałem trochę na mostku, czekałem aż zjawi się jakikolwiek członek Wstęgi. W końcu czekanie mi się znudziło. Pobłogosławiłem wszystkich i udałem się na spoczynek.

Powrót do Twierdzy zawsze kojarzy mi się z tym ciepłem i przytłumionym światłem świec. Spędziłem godzinę na modłach w kaplicy i udaję się właśnie na spoczynek.


*Dziennik leży zakurzony, od dawna nie ruszany z miejsca. Widać, że właściciel po prostu o nim zapomniał lub nie ma czasu, by go prowadzić. Być może kiedyś przypomni sobie o dzienniku lecz nic pewnego*


Akceptuję.
Akceptuję
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • latwa-kasiora.pev.pl