ďťż
Nasze opowiadania


Bo człowiek głupi jest tak bez przyczyny

tu mozemy wstawiac nasze opowiadania oczywiscie w tematyce fantasy, do krytyki itd .

oto jedno z moich

W lesie Lothlorien, grupa młodych magów, odpoczywała przy ognisku. Nagle zauważyła zbliżającą się postać kroju elfa, odzianego w szkarłatne szaty, z kapturem sięgającym do ust. Magowie nie mogli przez to dostrzec jego twarzy. Postać usiadła bez słowa na drewnianej kłodzie, i tak rzekła do poszukiwaczy przygód:
- Nie omieszkam ukryć przed wami historii, która wydarzyła się wiele lat temu, w tym oto miejscu. Jest to klątwa tego jakże pięknego lasu. Oznajmiam wam to, ponieważ ma to dla mnie wielką wagę. Mam nadzieję iż wysłuchacie mnie dokładnie, i odnajdziecie swoje miejsce w kręgach magii.Wiele lat temu, w lesie zwanym Lothlorien, żył mroczny elf. Zwany był Dolwenem Wielkim. Był to czarodziej potężny, i wierny Wszystkim bogom śmierci, lecz wygląd owego czarodzieja, nie był wychwalany. Był on bowiem nekromantą, którego rysy twarzy zanikły już dawno pod zasłoną zgnilizny. Wiódł żywot potępieńca, znienawidzonego przez wszystkich bogów, i objętego najpotężniejszymi, i najstraszniejszymi klątwami, znanymi bogom. Rozgniewani bogowie, chcieli spuścić na całą krainę deszcz ognia, lecz nie zrobili tego. A dlaczego? Jak Dolwen stał się tak potężnym nekromantą? Jest to długa historia więc usiądźcie wygodnie.W młodości, Dolwen uczył się magii, która nie potrafiła niczego unicestwić. Bowiem jego rodzice, nie chcieli aby widywał krew, i ból u wszelkich sworzeń. Studiował magię uzdrawiającą, i ochraniającą. Nigdy w swoim życiu, nie widział cierpiącego stworzenia. Nie wiedział co to strach, i ból. Aż do pewnego dnia. Dnia, który zmienił jego życie. Zmienił...ale na gorsze. Od tego czasu, każda chwila którą, żył przedtem, była dla niego rajem. Otóż, dzień ten, miał być dniem, w którym Dolwen, otrzymać miał licencję czarodzieja. Dzień, na który czekał przez wiele lat. Dzień próby...Rodzice, niepokoili się o swego jedynego syna, który był ich jedyną nadzieją na dostatnie życie. Byli pewni, że przejdzie próbę beż problemu...Mylili się...Nie wiedzieli bowiem, jak zareaguje na widok krwi. A była to reakcja straszliwa. Próba, którą najpotężniejsi magowie, przypisali Dolwenowi, była próbą powstrzymania się, przed pokusami zła. Dolwen, nie świadom sytuacji i zadania, wysłany został w głąb lasu...lasu najstraszniejszego, i najbardziej tajemniczego. Nakazano mu, podążać za niebieskim światłem. Kroczył już długo przez niezliczone gałęzie, mijając wiele dzikich zwierząt, gdy doszedł do wielkiej, porośniętej wieloma trawami, polany. Obfita była we wszelakiego rodzaju owoce. Obok polany, na niewielkim pagórku, wybudowany był piedestał z kamienia zwanego granitem. Był to bowiem najszlachetniejszy z kamieni w całej krainie. Lecz nie piedestał przykuł uwagę Dolwena, lecz to co na nim spoczywało. Był to prawie martwy jednorożec. Nagle Dolwen poczuł doskwierający mu ból brzucha, którego przyczyną był głód. W tym momencie, zadaniem Dolwena, był ratunek konającego jednorożca. Dolwen, zrobił rzecz, która zaskoczyła wszystkich arcymagów. Natychmiast pobiegł w stronę łąki, najeść się do syta, głód przewyższał chęć zdobycia najważniejszego, i najbardziej upragnionego przez Dolwena dokumentu…licencji czarodzieja. Magowie byli załamani taką porażką, lecz w tym samym momencie, Dolwen zdecydował zweryfikować swoje postępowanie, co ucieszyło wszystkich magów. skierował się w stronę kamiennego piedestału. Arcymagowie zaczęli podpisywać licencję dla Dolwena, lecz stała się rzecz, przez nikogo nieoczekiwana. Dolwen stanął bowiem przy piedestale i przypatrywał się krwi jednorożca. Miała ona kolor srebrzysty, co skłoniło go, aby jej zasmakować. W tym momencie, z ziemi wynurzył się bóg śmierci. Magowie byli tym zaskoczeni, lecz nie chcieli wkraczać w drogę, wielkiemu bogowi. Dolwen został oszołomiony. Gdy się ocknął, zauważył że nie jest na ziemi, lecz pod jej powierzchnią. W tym momencie przemówił do niego bóg śmierci : "Wypiłeś krew niewinnego stworzenia, marny elfie. Zostaniesz potępiony na wieki, lecz widzę w twych oczach nienawiść i zło. Nie zginiesz. Staniesz się moim uczniem. Nauczę cię zaklęć, którymi będziesz mógł stworzyć coś, z niczego, obrócić stworzenie w proch, a nawet...(tu zaczyna szeptać) zranić Boga..."Dolwen, był tym zafascynowany, a zarazem wystraszony. wiedział bowiem, ze może sprowadzić plagę na świat za takie poczynania, lecz nie miał wyboru. Zgodził się. Nauka jego u wielkiego boga śmierci trwała wiele lat. Z czasem, Dolwen stawał się coraz potężniejszy, i magia śmierci, fascynowała go coraz bardziej. Po setkach lat nauki, u boga śmierci, otrzymał od niego, szkarłatne szaty, z wielkim kapturem, aby zasłaniały jego zgniłą twarz. Dolwen wiedział bowiem, że żadna istota nie będzie chciał na niego patrzeć. Bóg śmierci, machnął ręką i w tym momencie, Dolwen pojawił się na ziemi. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie był to ten sam czas, w którym zniknął...Tak... Bóg śmierci, zatrzymał czas, aby wywrzeć na wszystkich jeszcze większe wrażenie. Gdy Dolwen, uświadomił sobie w jakiej sytuacji się znajduje, zrobił to, co uważał za stosowne. Natychmiast zabił jednorożca. Zdziwieni arcymagowie podarli jego licencję. Dolwen, zaczął się szyderczo śmiać ... Podszedł do arcymagów i tak rzekł : "Nie potrzebuję waszej licencji! Teraz ja tu rządzę!"(tu zaczął się szyderczo śmiać) Wzniósł w powietrze, jednego z magów, i zamienił go w proch. Wszyscy wpadli w panikę i zaczęli uciekać, lecz Dolwen przekonany o swojej mocy, sprowadził z podziemia, grupę widm, którym kazał natychmiast pozabijać wszystkich mieszkańców miasta razem z jego rodzicami. Okrutna wędrówka Dolwena po świece, trwała wiele lat. Bogowie, rozgniewali się na niego do tego stopnia, ze poświęcili by wszystko i wszystkich, aby go unicestwić. Postanowili sprowadzić na krainę Armagedon. Dla boga ognia nie było to problemem. Niestety, gdy Dolwen usłyszał o tym spisku, postanowił uratować swoje życie i zrobić to co według niego było rzeczą nieuniknioną...Zabić Boga ognia...Dolwen wiele dni przygotowywał się do tej walki. Sprowadzał duchy, upiory, i inne potępione stworzenia. Gdy wyruszył aby pozbyć się boga ognia, posłał wszystkie przyzwane stworzenia, aby zająć jego uwagę, w czasie gdy On...wypowiadać będzie słowa zaklęcia, używając przy tym wielu składników, i struktur. Gdy większość stworzeń została zniszczona przez boga ognia, Dolwen skończył swoje zaklęcie, i na zawsze unicestwił boga ognia. Bóg śmierci, był mile zaskoczony tą wieścią, bowiem wiedział ze to jego uczeń. Po tych wydarzeniach, Dolwen Błąka się po całym świecie, nie nadużywając swoich mocy, aby nie wzbudzić podejrzeń u ludzi i bogów.
Teraz elfy zaczęły dyskutować, a postać umilkła, w pewnym momencie jeden z młodych magów zapytał ze strachem w głosie.
- Czy to ty jesteś Dolwenem?
- Tak. Widzę że jesteście spostrzegawczymi elfami. Zasługujecie na miano maga. Lecz pamiętajcie! postępujcie sprawiedliwie, bowiem skończycie tak jak ja! Jak widzicie jestem potężny jak nikt, ale moje życie jest przeklęte na wieki. Nie zapomnijcie moich rad!

Tajemnicza postać, albo jak juz powinniśmy ją nazwać – Dolwen Wielki, wstał z drewnianej kłody i wymówił strukturę jakiegoś nieznanego im zaklęcia i w tej chwili, patrząc na młodych magów, zapadł się pod Ziemię...


ja tu tylko zauwazyłem sporo interpunkcyjnych błędzików radze wrzucic do worda i popoprawiać

no i jeszcze dość dużo tu tych "bowiem"ów
no musi byc klimacik fantasy
9 "bowiem"ów not bad


Krytykować i wytykać jest łatwo...

Jak jesteście tacy hej do przodu to umieście własne opowiadania... a nie przyczepiacie sie do błedów.
Night Elf, tyle że ja tu JESTEM od błędów właśnie Poza tym nie lubię pisać dla czystego pisania, bo nie lubię rzeczy bez celu.

Poza tym nie uważam nieopryskliwą krytykę za złą Dobra krytyka nie jest zła.
Dzięki krytyce się przecież rozwijami. Gdyby wszyscy byli od chwalenia, to na świecie byłyby same badziewia...
Doskonałym przykładem jest nasz rząd chociaż im krytyka nie bardzo pomaga ;d a odnośnie opowiadania, to całkiem przyzwoite, aczkolwiek nie jestem szczególnym fantem opowiadań w których historia opisana jest ogólnikowo, ale oczekuje kolejnych prac, może sam kiedyś coś zamieszczę
next opowiadoanko, klimatycznie przypominające tamto.

Dwóch młodych elfów obserwowała swego dziadka, gdy przeszukiwał jedną z jego tajemniczych skrzyń. Nie mogli dostrzec, co się w owej skrzyni znajduje. Po chwili przeszukiwania tej skrzyni, ów dziadek zauważył młodych wojowników, którzy nieśmiało do niego podeszli. Stanęli przed nim, i nastała chwila ciszy, po czym jeden z nich zapytał: - Co trzymasz w tych tajemniczych skrzyniach? - Widzę że odkryliście moją małą tajemnicę [zaczął się ciepło śmiać]. Wiec nie mam wyboru, i musze wam opowiedzieć, ową historie, o stworzeniu, tego oto pięknego świata, i czterech wybrańcach... Przerwali mu młode elfy, ponieważ natychmiast wybiegły z pokoju, aby przynieść sobie ciepłe koce, bowiem przewidywały, iż owa historia nie będzie historyjką z typu tych, które opowiadała im ich mama. Wiedzieli bowiem, że będzie to historia bardzo długa. Gdy elfy wygodnie się rozsiadły, dziadek zaczął swoją gawędę. - Wiele lat temu, gdy nic jeszcze nie istniało, oprócz jednego Boga. Boga stworzenia...Stworzył planetę, gdzie umieści rasę ludzi, którzy ją władali. Byli oni głupi, i nieokrzesani. Po pewnym czasie, uznał, że oglądanie postępów jednej rasy jest monotonne. Postanowił więc, stworzyć jeszcze trzy planety, na których umieścił 3 nowe rasy. Elfy, które obdarzył niezwykłą wiedzą i zręcznością. Krasnoludy, które były silne, i powolne. Oraz orki, które były okrutne, lecz potrafiły krzesać ogień. Co jakiś czas, dla rozrywki, łączył obie planety, aby zaobserwować ich zachowanie. Po wielu latach, czas jego expansji zaczął przemijać. Postanowił raz jeszcze, umilić sobie czas, łącząc planety, lecz gdy to zrobił nie miał juz siły, rozłączyć je. Powstała jedna wielka planeta, obfita we wszystkie dobra. Było na niej wiele okrucieństwa, ponieważ rasy rywalizowały ze sobą, tocząc walki i podboje.... - Dziadku, a co się stało z tym bogiem? - Cierpliwości zaraz wam opowiem. Owy bóg, kończąc swój żywot, rozszczepił się na cztery części, które stały się najpotężniejszymi broniami tego świata. Każda z raz, otrzymała taką oto broń. Ludzie, otrzymali magiczny miecz, zwany ostrzem huraganu. Elfy, Łuk, z którego wypuszczona strzała, zaczęła się zażyć, a następnie palić, przebijając wszystko co stworzone ręką ludzką, lub nawet boską. Krasnoludy, otrzymały magiczny topór, który po uderzeniu w ziemię, wywoływał niesamowite wstrząsy, które oszałamiały pobliskich wrogów. Natomiast orki, otrzymały magiczne szpony, z których wytryskiwała magiczna woda, która mogła przebić nawet najgrubszy pancerz.... -Dziadku, przecież takie artefakty, mogły wywołać wiele zła! - Owy bóg też to przewidział, moi mali. Dlatego tych broni, mógł używać wybraniec, który rodził się co tysiąc lat, i który miał na lewym nadgarstku magiczne znamię. Najszybciej, urodził się wybraniec, w rasy orków, który natychmiast pochwycił swą broń, i wyruszył na podbój świata. Potem, narodzili się kolejno wybrańcy u ludzi i krasnoludów. Elfy, na swojego wybrańca czekali iele lat, lecz on, nie urodził się. Wreszcie, w dniu, w którym już każdy stracił nadzieję na to, iż ów wybraniec przybędzie, stało się to. Urodził się. Wybraniec, ze znamieniem na ręku...lecz nie było to takie znamię jakie było przepowiedziane. Było ono bardzo niekształtne, i rozmazane. Lecz, elfy po wielu latach oczekiwań, nie przejmowali się tym. Nazwali go Norgondem. Zaczęli uczyć owego wybrańca, posługiwania się bronią, aż gdy dożył 25 roku życia, został mu wręczony owy magiczny artefakt. Norgond, długo chodził po świecie nabywając nowych doświadczeń, i wiedzy. Po pewnym czasie, wysłano go na wielką misję. Pokonać smoka, postrach całego świata. Nie wiedzieli bowiem, że inni wybrańcy otrzymali tą samą misję. Pierwszy raz, spotkali się w jednym miejscu, pierwszy raz, magiczne artefakty były tak blisko. Wybrańcy, zaczęli ze sobą walczyć, lecz gdy wszystkie bronie skrzyżowały się w walce, wybuchły, wybrańcy odrzuceni o pół staji, obserwowali co się dzieje. Owe bronie, zmieniły się w Boga...Boga stworzenia, który tak przemówił: -Widzę że na świecie, który stworzyłem, jest wiele nienawiści i okrucieństwa. Więc obdarowuję was tymi oto artefaktami, i magicznymi zdolnościami, które pomogą wam przetrwać na tym okrutnym świecie. Odtąd, będziecie chronić dobra, i potępiać nienawiść. Jeżeli kiedykolwiek, będziecie, chwalić nienawiść, i będziecie okrutni, wasza broń zniknie, a wy, zginiecie natychmiast. Po tych słowach, zniknął, a ich bronie, wróciły do nich. Po tych wydarzeniach wybrańcy , bez słów wrócili do domów. Każdy przestrzegał tych zasad, oprócz orka, ktory krótko po tych wydarzeniach zginął. Elfy Zauważyły na nadgarstku dziadka owe znamię. - To ty jestes tym elfem wybrańcem? widzę znamię na twej ręce. -Owy dziadek po chwili namysłu nagle znikł, nie było po nim śladu, i już nikt nigdy o nim nie słyszał
W sumie to czemu nie ;d
Stara historia postaci z serwera BOD.

Todh

I. Codzienność

Gdzieś w Cienistym Lesie, w bliżej nieokreślonej lokalizacji rozgrywają się losy kilku osób z sekty Czarnej Wdowy. Wierzą iż mogą przyzwać swą panią odprawiając jeden z najstarszych rytuałów zapisanych w ich magicznej księdze. Co prawda została ona pewnie napisana przez jakiegoś barana, który się nudził i postanowił dla rozrywki założyć sobie sektę. To jednak zostawmy... bo nie ma zbyt dużego znaczenia.Tak czy owak, kilku idiotów postanowiło spróbować sprowadzić swoją królową. Stoją teraz w kręgu przed pająkiem wyrzeźbionym w kamieniu. Pająk ten przypomina wszystkim dobrze nam znaną Czarną Wdowę. Ludzie ubrani są w czerwone szaty, na łbach rzecz jasną mają nałożone kaptury, jak to w "dobrych" sektach przystało. Odprawiają też modły w bliżej nieokreślonym języku, trochę pokracznym trzeba przyznać.
W końcu jeden z nich, który odziany był w złote szaty, wyszedł na przód wyjmując sztylet zza pasa. Jak na relikty przystało, został pięknie przyozdobiony rubinami. Jednego jednak brakuje...
- Który to miał ostatnio nasz święty miecz?! - spytał po dokładnych oględzinach człowiek w złotym płaszczu.
- Yyyy... on, Sir Griksie. - wszyscy zaczęli wskazywać palcami swoich sąsiadów.
- Mamy ładną pogodę. - odrzekł mężczyzna stojący najbliżej przywódcy.
- Czy ja mówię jakimś niezrozumiałym językiem? KTO MIAŁ OSTATNIO PAJĘCZARZA!
- Sir Griksie. Wydaję mi się, że Ronald.
- Ronald wystąp!
- Ale sir, Ronalda zjadło to wielkie COŚ ze skrzydłami. Pamięta pan, podczas ostatnich modłów na Samotnych Wzgórzach.
- Aha... no tak.
- Ekhm... Jacek, to trochę głupie, nawet nie mieliśmy nigdy żadnego znaku od Czarnej Wdowy.
- Miałeś na mnie mówić Sir Griks! Wiesz jak bardzo nie lubię mego imienia!
- Zawsze możesz je zmienić.
- Mogę? - ze zdziwieniem odparł Jacek.
- Owszem... lecz trzeba było...
- Długo jeszcze będziemy tak marnować czas?! - przerwał mu jeden z tych, którzy się nie odzywali - Skończmy to wreszcie! Na wieczór jestem umówiony z panną!
- Ach... no niech będzie. Królowa może nie zorientuje się, że brak jednego kamienia.
Jacek, a raczej Sir Griks w końcu podszedł do statuy. Złapał miecz oburącz i rąbnął ostrzem w łeb pająka. Chciał go chyba tam wbić... lecz miecz prześliznął się po kamieniu.
- Aaaaaarg! - zawył zły przywódca i odwrócił się do człowieka trzymającego księgę - No co robimy nie tak?! Wszystko jak w książce!
Wtem wyrwał mu ją z rąk i przewrócił strony na ostatnią. Otworzył szeroko oczy czytając:
- "Opowieść napisana przez Fryderyka Goldiasza, wszelkie prawa zastrzeżone".


Sir Griks w rozmowie z Opiekunem Księgi.

Może kretyni mieli by szansę przemyśleć swoje życie. Może dostrzegli by, że tracili czas na zwykłe opowiadanie. Może zauważyliby swoją głupotę. Może... gdyby nie pewien szkopuł. Dość duży z resztą, czarny, z wielkim młotem trzymanym oburącz. Szkopuł ten zwał się Todh, Inkwizytor Todh.

Wybiegł zza drzewa w swojej złotej zbroi, która świetnie komponowała się z jego czarną skórą. Tak, Todh miał czarną skórę. Ciągnąc za sobą swój wielki młot podbiegł do pierwszego, który stał najbliżej. Ten tylko zdążył odwrócić głowę, by dostać prosto w policzek. Odleciał na kilka metrów i przywalił głową w statuę. To jednak nie miało większego znaczenia, bo zgon zaliczył już przy kontakcie z bardzo ciężkim młotem. Na drugi ogień poszedł w złotej szacie Jacek, wielki Sir Griks. No... nie był już taki wielki gdy oberwał ciosem kierowanym od góry w płat czaszki.
Dalej była jeszcze większa rzeźnia. Ludzie i ich części ciała latały tego dnia po całym lesie, a miejsce rytuału, jak i sam posąg zmieniły nieco kolor. Dostały pięknego odcienia czerwieni. Kończąc dzieło, Bohater założył broń zagłady niedoszłych heretyków na plecy i dysząc podparł się rękoma o kolana. Rozglądając się po pobojowisku, co było teraz wystrojem lasu, dojrzał księgę. Kilka minut później leżała spalona obok zniszczonej statuetki pająka.
Jak się później okazało, została ona skradziona jednemu z rzeźbiarzy z Aden. Ten już nigdy nie ujrzał jej na oczy...
Todh ostatni raz zerknął na swoje dzieło, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku miasta.
- Coraz więcej idiotów postanawia porzucić jedyną słuszną wiarę. No żeby jeszcze coś w tym było... ale to co prezentują ci idioci to szczyt głupoty. Słyszałem jak to się zaczęło, ukradli zwykłą książkę z biblioteki. Żeby jeszcze jakiegoś sławnego pisarza, ale NIE! Oni zwinęli najgorszą. Na dodatek któryś z tych parobków uwierzył w słowa w niej zapisane... Czym się w ogóle kierowali? Nie to co kiedyś...
Coś zaszeleściło w krzakach. Thod wyciągnął najszybciej jak tylko mógł swój młot rozglądając się dookoła. Jego czujne oczy bacznie obserwowały otoczenie w poszukiwaniu zagrożenia. Już miał rąbnąć w krzaczor swą zabójczą bronią, lecz zahamował rządzę niszczenia obrazem jaki zobaczył. Zwykły borsuk wyleciał zza krzaka. Nawet nie jeden, a drugi taki sam i kilka małych. Pewnie Mama i Tata borsuk, wraz z dziećmi. Często ich widziano na trakcie. Ponoć są takie szybkie, że ciężko je trafić i zabiły już nie jednego śmiałka który to próbował. Opowieści te były jednak mało wiarygodne.
Już zarzucał młot na plecy, gdy dwóm dużym borsukom zaświeciły się oczka. Z całą pewnością nie były to normalne borsuki. Może to pora by uwierzyć w słowa pijaków napotkanych przed gospodą? Spojrzały ostatni raz na Todh'a i zaczęły zwiewać. Ten już miał je gonić, ale zatrzymał się widząc, iż to trud daremny. Wrócił więc do swoich rozmyślań.
- Dawniej... to było coś. Sekty z prawdziwego zdarzenia, czarownice i wiedźmy, które nie jednego przyprawiły o ból głowy. Ba a jaka to radość była patrzeć jak płonie na stosie! Czuło się, iż prawdziwy przeciwnik uległ pod mocą mego młota! - kontynuował przedzierając się przez las i spoglądając co chwila na słońce - Ile to już minęło odkąd zostałem przeniesiony z Glornacji? Ile czasu upłynęło odkąd ostatni raz widziałem mistrza zakonu stacjonującego w tym mieście?... 3734 dni...
Wypowiadając ostatnie słowo ujrzał bramy Aden, skinął tylko głową strażnikowi, który otworzył wrota prowadzące na trakt przed miastem. Wkroczył dostojnie na drogę prowadzącą do miasta. Zerknął na grupkę osób przed karczmą. Był tam chyba przedstawiciel każdej z ras, a działo się tam wiele rzeczy na raz. Wszystkie jednak widywano tu po kilka razy dziennie, dlatego Todh raczej nie był zaskoczony przyłapanym złodziejaszku, który wynosił już pawęż dwa razy większą od niego. Do tego jakiś czarodziej dla zabawy rzucił zaklęcie na kufel, który akurat dzierżył krasnolud. Efektem tego był malutki wybuch, który spowodował rozlanie się piwa na twarzy brodacza.
Ciekawe były też niziołki, które sprzedawały ryby przed karczmą. Chętnych na nie była kupa, choć te same można było nabyć na targu 10 razy taniej... a i w gospodzie lepsze żarcie by się znalazło. Nie dziwnym był także spór o płaski głaz leżący blisko budynku...
- Co tu się dzieje! - wydarł się Todh na widok dwóch mężczyzn walczących na kamulcu.
- Ta ciapa wlazła na mój kamulec! - odparł pierwszy z nich.
- Chyba ci piwo zalało dynie! Pierwszy tu byłem padalcze! - drugi wypuścił kontre.
- Jak zaraz ci... - tutaj rzucił zaklęcie odpychające swego przeciwnika. Todh już łapał za młot, ale puścił go słysząc inkantację mężczyzny.
- Tryglodycka szkapa... - wymamrotał przed uderzeniem głową o drzewo.
- Mam dość... - odparł inkwizytor kręcąc głową.
Todh wolnym krokiem ruszył w stronę bramy głównej miasta. Zerkając na łuczników skierował kciuk za siebie. Strzelcy wyborowi bez dłuższego namysłu wystrzelili precyzyjne strzały wprost pod nogi walczących. Ci widząc to pogodzili się i... poszli na piwo. Todh pacnął się dłonią w czoło i przeszedł przez bramę.

II. Powrót do Przeszłości

Ciemny, niewielki pokój. Dopala się ostatnia świeca. Na stojaku wisi złota zbroja, pod nią skrzynia. Ściany puste prócz zamocowanego nad łożem wielkiego młota. Zaś na twardym łożu umiejscowionym w koncie leży on. Gapi się z grobową miną w sufit.
- Dlaczego tak się potoczyły me losy. Dlaczego nie zostałem piekarzem, murarzem... Dlaczego nie zostałem zwykłym obywatelem cieszącym się z własnej pracy, idącym rano do roboty, wraz z innymi szarymi ludźmi, wraz z przyjaciółmi. Dlaczego nie wracam wieczorami styrany, gdzie czeka na mnie jeszcze ciepły, choć odgrzewany obiad. Obiadek przygotowany przez piękną, kochającą żonę. Dlaczego nie przywitają mnie w progu moje dzieci rzucając mi się na szyję i prosząc abym się z nimi pobawił. Dlaczego kładąc się spać nikogo koło mnie nie ma... dlaczego... wiem dlaczego...

Bohater wrócił myślami nieco w przeszłość. Todh jeszcze w Zakonie Najświętrzej Tarczy siedzi sobie w parku. Ktoś z nim jest, to jego przyjaciel Bonifacy. Wspomnieć trzeba, iż obaj po 13 lat mają.
- No słuchaj mówię ci, to twoja szansa wykazania się jako wielkiego... INKWIZYTORA! - Rzekł Bonifacy.
- Nie wiem. A dlaczego sam tam nie pójdziesz i tego nie załatwisz?
- Przecież chcę pomóc najlepszemu kumplowi, no nie?
- A bo ja wiem...
- Jedyna taka okazja! Dzięki niej staniesz się mężczyzną!
- Hm... No dobra to gdzie to jest! - odparł bez namysłu mały Todh.
Bonifacy opowiedział mu o skrzyni w porcie, gdzie ukryty jest jak to określił "Bardzo zły artefakt bardzo złych wiedźm". Mało rozumny jeszcze Todh oczywiście uwierzył przyjacielowi i o północy poszedł do portu dzierżąc mały młoteczek do mięsa. W cichym zaułku odnalazł tajemniczą, niewielką skrzynię wyglądającą jak... skrzynia na zabawki. Podszedł powoli i z ostrożnością uchylił wieko.
Jak trzasnęło purpurową farbą, to w porcie długo jeszcze huk odbijał się po ścianach zaułka! Młody Todh leżał na ziemi cały w farbie, a za nimi pojawił się Bonifacy z kolegami. Ze śmiechu aż tarzali się po ziemi. Ba, jeden z nich zachłysnął się powietrzem i prawie zaliczył zgon, gdyby nie szybka interwencja Todh'a.
- Głupie zabawy... - odparł na całą sytuację - Przez was mogłem zginąć!
- Zginąć? - jeszcze chichocząc wydusił z siebie Bonifacy - Przecież to zwykła farba, zejdzie od wody.
Niespodziewanie usłyszano wybuch na ulicy. Chłopcy szybko wybiegli z zaułka. CIemność rozjaśnił ogień rozproszony po całej uliczce, na której stało dwóch mężczyzn. Jeden z nich, ubrany w purpurowe szaty osobnik w średnim wieku, rzucał już kolejne zaklęcie ognistej kuli. Drugi to odziany w złotą zbroję z wielkim dwuręcznym młotem w dłoni... ojciec Thoda. Chłopcy rozdziawili japy widząc jak ten uchyla się ognistej kuli. Gerald, bo tak na imię miał jego ojciec, również był inkwizytorem. Czarownik zaś był od dawna poszukiwany za wymordowanie dzieci w sierocińcu. Gerald zaraz po uniku rzucił się na niego, chcąc uderzyć w prawy bok. Mag jednak szybko wyczarował lewitującą tarczę w którą z hukiem rąbnął młot sprawiedliwości! Drugą ręką wyczarował mniejszą kulę, która już z miejsca poszybowała w stronę odsłoniętego Geralda.ten puścił młot i zablokował ją otwartą dłonią. Z uśmieszkiem na ustach chwycił ponownie młot oburącz i począł okładać tarczę maga serią ciosów. Czarownik zaczął się cofać, a tarcza powoli znikać. Po kilku sekundach magia prysła a mag leżał już na ziemi na łasce Inkwizytora.
- Dobra robota tato! - krzyknął podekscytowany Todh, który stał już na środku ulicy.
Zdezorientowany ojciec odwrócił wzrok od maga by spojrzeć na syna. To wystarczyło by ten odepchnął go siłą woli i przyciągnął malca telekinezą. Ostrzegano, iż mag może posiadać umiejętności psioniczne, ale kto by tam słuchał tego co piszą w lokalnej gazecie wydawanej przez zwariowanego gnoma. Ponoć gnom ten tak bardzo chciał zostać elfem, że postanowił jeść szyszki.. dosłownie. Tą nowinkę zaś powiedział mu krasnolud zwany Wandarem Siwobrodym. Tak, to ten sam który uwielbiał wieszać elfy na drzewie za... uszy. Jakby tego było mało gnom miał problemy ze swoją maszyną przelewającą słowa na papier. Uważano ją za diabelską i złą. Pewnego razu nawet zaczaili się na gnoma chcąc przekonać go by zniszczył maszyną zła zabierając mu szyszki. Ten pogryzł ich i uciekł.
Wróćmy jednak do nieco mniej ciekawszych zdarzeń, czyli młodego Todha. Bo co może być bardziej ciekawego od gnoma jedzącego szyszki. Tak czy owak młody Todh został złapany przez szalonego maga, który chciał użyć go jako przetargu dla Geralda.
- Puszczaj ty $%@%^%, @#$!#% ty #$%@$#%& i @#$^^@#$! - rzekł... odparł... ee... No... w każdym razie ojciec na to...
- Synu... Gdzieś się nauczył tego słownictwa?...
- Na podwórku papo.
- Todh, jak wrócimy do domu musimy odbyć rozmowę rodzicielską. Jak ojciec z synem!
- Dobrze papo... ale czemu. Powiedziałem coś nie tak?
- To chyba nie jest dobra pora na takie rozmowy.
Zdezorientowany zaistniałą sytuacją mag nie wiedział przez chwilę co zrobić i przez to puścił malca. Ten zaczął biec w stronę ojca. Czarownik ocknął się w odpowiednią porę by posłać młodemu Todhowi kulę ognia na pożegnanie. Geralt widząc jaśniejącą poświatę za swoim synem dosięgnął go trzonkiem młota i odepchnął na bok... kula minęła Thoda i trafiła wprost w głowę Geralda. Ten bez najważniejszej części ciała padł na ziemię. Tu jednak można by się spierać. Na ten przykład plemię Gindusów uważa za najważniejszą część ciała nogi, i że tam znajduje się organ zwany mózgiem, ale kto by tam ich słuchał...
Todh podbiegł do ojca i gapił się przez dłuższą chwilę na jego zwłoki z niedowierzaniem. W końcu padł na kolana i zaczął płakać. Mag rzucił się do ucieczki. Wtem rozwścieczony Todh capnął wielki młot ojca! Kierował się chęcią zemsty, gdyby dorwał tego maga, pewnie nic by z niego nie zostało. Oczywiście "gdyby". Mały Todh nie był w stanie unieść tak wielkiego młota i NIC mu nie dodało siły aby to uczynił. To nie bajka. Mag zdołał uciec...

Wielka sala pokryta kopułą. Na środku sali na ołtarzu leżą posklejane zwłoki Geralda odziane w szaty ceremonialne. Złota zbroja wraz z młotem leżą koło niego w specjalnych na nie przygotowanych miejscach. Dookoła ciała zebrali się kapłani wraz z przyjaciółmi Geralda i innymi inkwizytorami. Obok jednego z najbliższych przyjaciół nieboszczyka, Harolda, stał młody Todh.
- Tak mi przykro chłopcze.
- Przykro?! Zginął przeze mnie! Nigdy sobie tego nie daruję!
- Widocznie nasz pan ma z nim jakieś plany.
- Aha... jasne, plany... A co on będzie z nim tam robił, zgwałci go?! - odpowiedział znerwicowany Todh. Nikt się jednak nie obejrzał na bluźniercze słowa, więc chyba prócz Harolda nikt też tego nie usłyszał.
- Ciszej chłopcze! Opanuj się! Udam, iż tego nie słyszałem. A co do ciebie proponuję udać się na rozmowę z szepczącym najświętrzym kurhanem.
- Przecież kurhany nie mówią, to tylko kamienie.
Harold już wychodził z siebie, chciał przygadać małemu, lecz podszedł do nich jeden z kapłanów
-Mamy go... zaraz po ceremonii zostanie spalony na stosie.
Jak powiedział, tak zostało zrobione. Zaraz gdy skończyli modły nad ciałem Geralda i pochowali go w grobie, ruszyli przed klasztor gdzie czekał już przywiązany do bala czarownik. Todh patrzył na niego z wielką nienawiścią. Uradował się w duszy gdy kapłan pozwolił mu wzniecić ogień oczyszczenia. Podali mu pochodnię. Dziwne to, kto by dał małemu dzieciakowi bawić się ogniem. Normalni ludzie powiedzieliby mu prędzej, że się zsiusia w nocy, czy coś w tym rodzaju. Tak czy owak inkwizycja bardzo lubiła bawić się ogniem, inaczej nie spalili by tylu heretyków. Co prawda mają jeszcze wiele innych sposobów na skuteczną likwidację wiedźm i innych tego typu mutantów, lecz wszystkim inkwizycja najbardziej kojarzy się właśnie ze spalaniem na stosie. Piromani.
Płomienie w mig ogarnęły ciało maga który wydał z siebie ogromny wrzask. Todh wyrzucił pochodnię w bok i cofnął się by stanąć koło Harolda. Z piekielnym ogniem w oczach i lekkim uśmieszkiem na twarzy patrzył, jak ciało wydzierającego się maga zaczyna skwierczeć... spalać się. W okolicy zaczęto czuć swąd, jakby ktoś przypalił kaczkę. Wszyscy jednak już przyzwyczajeni byli do tego zapachu, w końcu już nie pierwszy raz piekli kaczora, znaczy człowieka. Człowieka który śmierdział jak kaczor. Wszyscy ludzie tak śmierdzą. Dziwne to i trochę głupie.


Zabójca Geralda na stosie.

III. Sen

Powrót do znajomego pokoju w którym leży na twardym łożu Todh. Rozmyśla dalej nad swoim dzieciństwem oraz następstwami decyzji jakie podjął w tym okresie czasu. Tak propo dzieciństwo, to jest to okres w którym decydujemy o własnym życiu, ale jest to też czas największej głupoty ludzkiej. Ironia losu? Taki dzieciak patrzy na uniwersytet, bo się do niego dostał, no ale koledzy stoją obok z butelkami wina. Rozum podpowiada by iść się kształcić, lecz co innego mówi ciało rządne zatrucia pokarmowego i oczyszczenia żołądka... Wróćmy jednak do Todha.
- To owe zdarzenie nakłoniło mnie do bycia tym kim jestem. Co by było gdybym nie przeszkodził ojcu? Czy umarłby spokojnie ze starości? Może jeszcze by żył. Może wcale by mnie tu nie było, zostałbym w moim rodzinnym mieście, Glornacji. Hm... kto w ogóle wymyślił tą nazwę? Kojarzy się z galaretą. Niektórzy założyciele miast to mają we łbach jeno alkohol a nie rozum. Idioci, którzy jako tako myśleć potrafią tylko po pijaku. Ślęczą i męczą tą wódkę, a później idą grupami wsie i miasta zakładać.
Leżał tak jeszcze i dyskutował sam ze sobą na różne tematy, bo co mu pozostało. W końcu jednak zasnął...

Ulice miasta Glornacji. Todh stoi odziany w swoją zbroję. W rękach dzierży młot.
- Gdzie ja jestem? Czyżby to...?
Przerwał mu wybuch za rogiem. Bohater z miejsca ruszył by zobaczyć co się stało. Wyskoczył zza rogu i ujrzał znajomą twarz. To Gerald! Walczył z Czarownikiem, który... od miednicy był pół kozą...
- Co jest?... - wymamrotał
- Geraldzie z Glornacji! Zostałeś pokonany! - wypowiedział mag niszcząc jego głowę kulą ognia.
Wtem z kopyta ruszył Todh! Nie mógł jednak dobiec na miejsce bo jak zauważył, ziemia się pod nim rusza. Tak właściwie to stał na ruchomych schodach, które jechały w dół. Na domiar tego mag biegał teraz jako pełnoprawna koza, z niewielkimi rogami na których zatknięte były dwa jabłka. Domy zaczęły się rozmywać aż w końcu zniknęły. Zastąpiły je chmury, przez które akurat przelatywał kręcąc się w kółko gnom z szyszką w dziobie.
- To jest sen, ale kto by tam mnie słuchał. - rzekł połykając szyszkę.
Zaraz za nim widziano elfa o bardzo długich uszach, co najmniej 10 razy większych niż normalnie. Płynął kraulem uciekając przed "żabkującym" Wandarem Siwobrodym.
- Wracaj tu długouchy patyczaku! Jeszcze żem cię za uchole porządnie nie targał, a drzewo już czeka!
Zdezorientowany Todh gapił się na przelatującą mu koło nosa truskawkę.


Tajemnicza truskawka...

- Todh! Todh chodź no tu szybko! - zawołał głos z dołu.
W tym momencie bohater stracił lotność i począł spadać w otchłań. Obudził się.
-Todh! Wstawaj robota czeka! - powtórzył swoje wołanie Harold stojący już nad łożem Todha.
- Idę już idę...
- To się zbieraj, robota czeka. Będę czekał na rynku.
Zerknął ostatni raz na odchodzącego Harolda. Ten miał już swoje najlepsze lata za sobą, pomyślał. Ile to już lat skończył? Sześćdziesiąt? Dziwne, że nadal potrafi unieść swą broń. Przypomniał sobie jak to było gdy wręczał mu młot ojca. Todh miał wtedy czternaście lat, a Harold coś koło czterdziestki. Skończył już jednak dumać i powrócił do przygotowań. Robota czekała. Powinność bycia narzędziem w rękach Kreatora...

IV. Ukryte Zło

Spotkali się tak jak mówili na rynku. Harold stał oparty o jedną z kolumn:
- Haroldzie... - zaczął Todh - możesz przesunąć swoją łysą głowę?
- Hm? A to czemu?
- Odbija słońce wprost na moje oczy.
- Dobra, lepiej już chodźmy. Zadanie wyjaśnię ci po drodze - odparł z lekkim uśmieszkiem.
Szli uliczką w stronę dzielnicy mieszkalnej. Harold dumnie wypiął pierś zerkając na gapiące się w nich, jak w obrazek, młode panny. Dumnie wyglądał, dopóki nie wszedł w mała psią kupkę. Z żyłką na czole ze zdenerwowania ruszył dalej "mlaszcząc" skórzanym butem przy każdym kroku. Harold opowiedział naszemu bohaterowi o co chodzi. Ponoć jedna z kobiet mieszkających w Slumsach uprawia czarną magię. To tyle...
Doszli pod wskazany adres. Dom oskarżonej był w opłakanym stanie, brakowało okien, ściany wyglądały jak ser szwajcarski a same drzwi zdawały się być przeżarte przez korniki aż po samą klamkę. Todh podszedł powoli i uderzył w nie kilka razy pięścią by zapukać. Drewno ugięło się pod lekkim stukaniem bohatera i... rąbnęły o podłogę rozlatując się na kilka części. Harold otworzył szeroko oczy kładąc dłoń na rękojeści miecza. Tutaj trzeba wspomnieć nieco o broni naszego bohatera. Większość znanych inkwizytorów używało mieczy, często posrebrzanych. Todh wybrał jednak młot, do tego dwuręczny. Po prostu kafar. Dlaczego? Żeby się tego dowiedzieć musielibyśmy się cofnąć nieco w przeszłość... Dokładnie wtedy, gdy był jedenastolatkiem. Wydarzenia z tak młodego wieku powinien ukazać ten obraz.


Todh jako młody wandal.

Jak widać, bo raczej mało widać, młody Todh okłada teraz serią ciosów stary wóz. Co trzyma w ręku? Wielką pałkę. Od dziecka lubił niszczyć coś bronią obuchową. Miecze i inne tego typu bronie uważał za mało zabawne i wyrządzające mniej szkód. Do tego uważał, że jeśli będzie coś trzymał w jednym reku to nie będzie mógł włożyć w cios całej swojej siły. No i tak mu się już utrwaliło. Próbowano nakłonić go do używania mieczy, ale rezygnowano po tym jak próbował wyważyć wielkie wrota mieczem dwuręcznym, który odbił się i trafił go w łeb. Całe szczęście, iż miął wtedy hełm co spowodowało, że tylko zapadł w śpiączkę. Leżał wtedy w lecznicy przez kilka dni zanim odzyskał przytomność...

Wracając do Aden, Harold wraz z Todhem stoją teraz przed otwartymi drzwiami do kryjówki złej czarownicy. Wcale nie wyglądało to na kryjówkę, a raczej dom biednej rodziny. W środku biedna matka tuliła swoją mała córeczkę. Kobieta była już w podeszłym wieku, córeczka zaś to piętnastolatka... a obok stała inna dziewczyna i mierzyła w obie z kuszy.
- No... To mamy naszą heretyczkę! - Odparł z zadowoleniem Harold.
Niedoszła włamywaczka aż upuściła kuszę z wrażenia i poczęła powoli podnosić ręce. Harold zmierzał ku niej z wolna. Na twarzy kobiety pojawiły się krople potu, nie wiedziała co robić, a Harold był coraz bliżej... i minął ją. Włamywaczka odetchnęła z ulgą. Podszedł do kobiety z dzieckiem i złapał ją za fraki.
- Co ty robisz?! - zaprotestował Todh.
- No, to przecież ta, nie? Ona tu mieszka.
- A kogo tak naprawdę obchodzi kogo złapiemy, bierz włamywacza, będzie jednego nicponia mniej.
Przemyślał słowa kolegi, popatrzył na bidulkę i odstawił na miejsce, zaś zdezorientowaną łotrzycę capnął Todh. Wyszli w trójkę z chaty. Za nimi po chwili wybiegła dziewczyna krzycząc coś, że matka jej zemdlała. Jak się okazało, w mieście jest sprawna klinika i szybko na wozie w którym często wożono łajno, kobieta została tam przewieziona.
- Heretyczko! Zostaniesz skazana za porzucenie wiary w Kreatora! - rzekł Harold.
- Ale ja nigdy nie wierzyłam w Kreatora!
- Zaraz zaraz... - zaczął Todh - W takim razie ona nie może być heretykiem.
- Jak to? - odparł w niedowierzaniem Harold.
- Definicja heretyzmu mówi, że osoba która wcześniej nie wierzyła w danego boga, nie może stać się dla niego heretykiem.
- Ekhm.. czyli co?
- Po prostu. Kobieta musiała by najpierw przyjąć religię Kreatora, a potem ją porzucić by stać się heretykiem.
- Aha... A Ty jako jedyny nosisz z wszystkich złotą zbroję... Wiesz, nie to żebym się czepiał o jakieś przywileje czy coś, ale większość z nas chodzi w smętnej czerni.
- Mówię prawdę, pójdziemy potem do Kapitolu i zapytamy się znawcy. - odparł Todh ignorując ostatnie słowa kolegi.
- No jak tam chcesz... ale ja to wolałbym ją z miejsca skazać czy coś.
Odprowadzili ją do jednej z cel w więzieniu i tam zostawili. Sami zaś udali się do Kapitolu wyjaśnić, jak to określił Harold, "Marudzenie Todha". Wkroczyli do Rządowego budynku i udali się na pierwsze piętro do przyjaciela Todha, Romualda. Był tam księgowym, a takie pojęcia znał na pamięć. Musięli rzecz jasna poczekać zanim sięspotkają z przyjacielem. Romuald miał bardzo napięty plan zajęć, czekali coś około godziny zanim wpuszczono go do jego gabinetu. W końcu jednak ujrzeli uśmiechniętą twarz łysiejącego staruszka. Siedział przy biurku zapraszając do dwóch foteli stojących naprzeciw niego. Todh siadł po prawej stronie zaraz przy oknie wielkości średniego regału na książki.
- To w jakiej sprawie do mnie przychodzicie przyjaciele? - Zaczął Romuald.
- No więc, mamy pewien problem. - rzekł Harold wyciskając sobie syfka z nosa - No jest taka kobieta. Oskarżono ją o uprawianie czarnej magii i o herezję. No ale ona upiera się, że nigdy nie przyjmowała wiary w Kreatora. Todh twierdzi, że w takim wypadku nie może być heretykiem. To jak to w końcu z tym jest.
- To proste, ja mam rację. - odparł Todh gapiąc się na okno.
- No nie do końca. - począł wyjaśniać staruszek - Są różne określenia herezji i naprawdę nie ma co się przejmować takim szkopułem. Kim jesteście? Inkwizytorami. Czy naprawdę robi to wam różnicę czy ktoś zrobił to o co go oskarżono?
- No niby nie. - odpowiedzieli chórem.
- Więc w czym tkwi problem? Róbcie co do was należy.
- Straciliśmy tu tylko czas... - wypowiadając te słowa Todh zauważył osobę spadającą za oknem - Hej! Ktoś właśnie przeleciał za oknem.
- Co? - chórem Harold z Romualdem.
- Jakaś osoba właśnie przeleciała za oknem... - spadła druga - O! Jest i druga!
- Na górze mają rozmowę z szefem od zatrudnienia. Ostatnio były problemy z dochodami. - wyjaśnił Romuald.
- Dwie osoby... - zaczął Todh gdy kolejna osoba spadła z wyższego piętra tuż za oknem - Trzy osoby właśnie przeleciały za oknem!
- Hej, to chyba był Czesław.
- Nie... raczej Fred. - spierał się Harold z Romualdem.
- Mówię ci, że Czesław.
- Ale... - następna osoba przeleciała za oknem - ... To był Czesław.
- A, racja. Ciekawe kto skoczy następny.
- To już nie nasza sprawa - odparł Todh wstając z fotela - Musimy ruszać, mamy jeszcze jedną heretyczkę do utopienia.
- Wiesz, wolałbym ją ugotować.
- Gotujemy tego typu przypadki zawsze... więc chodź raz utopmy ją w rzece.
- Niech ci będzie.


Spadający za oknem Czesław.

Opuścili Kapitol i udali się do więzienia. Wyciągnęli biedną kobietę i zaciągnęli do sali tortur. Tam wykorzystali cel do jakiego stworzone zostało to pomieszczenie. Kobieta uległa po dodaniu czwartego piórka do łaskotania stóp. Przyznała się do wszystkiego a nawet coś dodała od siebie ubarwiając swoją wypowiedź. Ponoć chciała podkraść sąsiadce cukier i mąkę. To często zdarza się w tego typu dzielnicach jakimi są Slumsy. Po przyznaniu się zabrano ją przed trybunał który skazał ją na utopienie w rzece. Jak powiedzieli tak też zrobili... lecz nie do końca. Okazało się, iż rzeka była płytka i po prostu schyliła się, a potrafiła długo wytrzymać pod wodą bez powietrza.
Co do jej sąsiadki i jej córki. Podczas odwożenia do kliniki jej matki, dziewczyna gdzieś po drodze wsiąkła... przez co jeden człowiek trafił do sądu.
- Wysoki sądzie, na prawdę było mi żal tej młodej niewiasty. Inkwizycja przestraszyła jej matkę prawie na śmierć. Znaczy, niby zemdlała tylko, ale to faktu nie zmienia ni?. A ojciec to zginął podczas wyprawy na orki! Dziewczyna była sama i smutna. Doprawdy płakałem gdy ją rżnąłem!
Mężczyzna dostał dożywocie za gwałt na kobiecie. Nie skarżył się, bo trafił do celi wraz z gwałcicielkami ze starej drużyny jednego ze sportów wymyślonych przez bandę dzieciaków. Sport ten polegał na kozłowaniu piłki i trafianiu nią w wielką obręcz. Ponoć strasznie to rajcowało grające w to kobiety i powodowało u nich sprośne myśli. Sport został wycofany, a wszystkich osadzono w więzieniu, wraz z pomysłodawcami. Nie ma co, jak coś się nie podoba najlepiej pozamykać wszystkich w pierdlu.

V. Epilog


Obraz siebie widziany w umyśle przez Todha.

Todh wrócił do swego małego mieszkania, zdjął zbroję, młot umiejscowił na swoim miejscu i padł na twarde łoże. Począł sobie przypominać, iż gdyby nie śmierć ojca, nigdy nie posunąłby się do takich zbrodni jakimi były tortury na niewinnej kobiecie. Tak, kiedyś nazywał to zbrodnią. Widząc jednak jak jeden z tych, którzy według niego byli bez winy zabija jedyną osobę z jego rodziny, zmienił zdanie. Ba, spaczyło mu to jego mały dziecięcy umysł, zmieniło stanowisko do świata, spowodowało, iż stał się tym kim jest. Bezwzględnym Inkwizytorem.

Napisane przez: Sotha Sil(Nazreel). Wszelkie prawa zastrzeżone.

Wiem, że końcówka nie pasuje do historii z jajem, ale co tam ;d
Bardzo fajna i ciekawa opowiesc. Pare bledow stylistycznych sie znajdzie, ale co tam...
Jeszcze w pierwszym obrazku nie za bardzo widac tekstu, ktory mowia. Zmien tam kolor z czarnego na jasnieszy.
Fajna ta truskawka :p zjadlbym ja
Postanowiłem dać swoje dzieło a dokładnie to Prolog i 1 rozdział proszę o ocenę i wytknięcie błędów (żeby 2 rozdział był lepszy)

PROLOG

Wbrew pozorom nikt nie chce zostać bohaterem a kto nim zostanie nie ma łatwo. Opisze teraz dzieje pewnych osób, które, mimo że broniły się rękami i nogami zostały jednymi z największych bohaterów swoich światów. Tak światów, myśleliście, że wasz świat jest jedynym? Nie, on jest jednym z wielu. A w każdym panują inne prawa i się różnią czasami nawet bardzo. Dla przykładu podam światy naszych bohaterów. Świat Tali pierwszej z trójki naszych bohaterów jest światem przesiąkniętym magią, wam by się wydawał, że tam czas zatrzymał się w średniowieczu, ale tam po prostu magia wynagradza technologię i to z dobrym skutkiem, gdyż tam prawie wszystkie kraje są tak cywilizowane jak wasze, oczywiście na swój sposób. Dzięki magii świat Tali jest prawie dziki i w przeciwieństwie do waszego prawie wcale niezanieczyszczony. Drugi z trójki Sander mieszka w zgoła odmiennym świecie, bo u was wydawałby się przyszłością, ale czas we wszystkich światach jest taki sam, po prostu w jego świecie ludzie nie trwonili czasu tak jak w waszym. Wy straciliście ponad półtora tysiąca lat między innymi w okresie, który nazywacie średniowieczem. Sander podróżuje między planetami tak jak i wy będziecie może za pięćset lat. Oczywiście, jeśli znów nie będzie u was zastoju. Jego świat jest zanieczyszczony, ale w porę się zorientowali, że nie mogą niszczyć własnej planety i mimo wszystko jest dużo mniej zanieczyszczony niż wasz. Na ziemi Sandera mieszka bardzo mało osób tylko kilkaset milionów reszta jest rozproszona w galaktyce lub w koloniach na innych planetach układu słonecznego. Większość osób, które mieszkają na ziemi nie mieszka na planecie tylko na „Pierścieniu” stacji kosmicznej otaczającej planetę jak pierścień stąd ta nazwa. Na samej ziemi mieszkają tylko osoby, które mają specjalne pozwolenia. Czyli bardzo bogaci, wpływowi, ale oczywiście można odwiedzać ojczysta planetę, ale i na to trzeba mieć pozwolenie. I ostatni bohater Dawid mieszka w waszym świecie, więc wiecie, jaki ten świat jest, taki zlepek innych światów, bez obrazy oczywiście. Dawid mieszka w Polsce i tyle wam na razie wystarczy o nim wiedzieć.

ROZDZIAŁ PIERWSZY „Sander”

Sander urodził się i mieszka na pierścieniu, ma szesnaście lat, czyli tyle ile każdy z naszych bohaterów, mierzy około stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu, posiada raczej ostre rysy twarzy, niebieskie oczy i rude włosy, nie jest mięśniakiem, ale jest trochę lepiej umięśniony niż przeciętny 16-latek. Jeśli Pierścień wyobrażacie sobie jako jedną wielką stertę złomu, to bardzo się nie mylicie. Tak mniej więcej wygląda sektor biedoty. Miejsce urodzenia i życia Sandera. Matka Sandera zmarła w czasie porodu a ojciec ogólnie nie powinien mieć dzieci. Sander miał ciężkie dzieciństwo, ale potrafił o siebie zadbać wiedział jak zarobić trochę grosza na jedzenie i ubranie, choć nie zawsze były to pieniądze legalnie zarobione. Tyle wam na razie wystarczy o nim wiedzieć.

— Sander pospiesz się — zawołał Xeners — nie będę na ciebie czekać w nieskończoność.
— Nie bój się nie spóźnimy się mamy jeszcze dziesięć minut.
— Ale chce zająć dobre miejsce.
Wyścigi ścigaczy najlepsza rozrywka na tym wraku jest nielegalna, ale i tak przychodzą na nią tłumy. Zwłaszcza, że można postawić na statek a jeśli wygrasz można nieźle zarobić. Szczególnie jak ma się takiego nosa do wyścigów jak Xeners on potrafi prawie bezbłędnie wytypować statek, który wygra. I dlatego gang Wilków, który urządza te wyścigi zabronił mu pod karą śmierci robić zakłady.
— Będziesz dzisiaj próbował się zakładać? — Spytałem.
— Tylko, jeśli nie będzie Dzikiego.
Dziki jest jednym z Wilków i nie wiadomo, dlaczego nas nienawidzi. Może, dlatego że ciągle robimy z niego durnia uciekając mu sprzed nosa po wygraniu zakładów.
— Chciałbym się ścigać — zacząłem, — ale ciągle brak mi kasy na ścigacz.
— Ile ci brakuje.
— Cały 1000 zenów, ale może za rok uda mi się uzbierać ten tysiąc.
— Może szybciej, mam pomysł, ale musimy pójść teraz.
— To nie chcesz zobaczyć wyścigów?
— Nie ściga się nikt ze sławnych sami amatorzy szkoda kasy.
— Pierwsze słyszę odkąd cię znam nie upuściłeś żadnego wyścigu.
— Zawsze jest ten pierwszy raz a teraz chodź.
Poszedłem a co miałem robić. Xeners poprowadził mnie bocznym korytarzem do kryjówki Wilków. Musze przyznać trochę się przestraszyłem, kiedy weszliśmy do kryjówki Wilków, ale zrozumcie nigdy nie miałem z nimi dobrych kontaktów. Miałem tylko nadzieje, że Xeners wie, co robi. Kiedy weszliśmy zwróciło się w naszą stronę sześć głów.
— Xeners przyszedłeś po lanie? — Powiedział najwyższy rangą.
— Nie mam czasu na zabawę. Zaprowadź mnie do Ślepego.
Ślepy był jednym ze czterech przywódców Wilków. Podobno kiedyś po pijaku się ożenił i kiedy rano wytrzeźwiał i zobaczył, z kim się ożenił oślepł, tak była brzydka, ale to tylko plotki. Faktem jest, że Ślepy nie rozmawiał z byle, kim. Czułem, że to się źle skończy.
— Niby, dlaczego mam cię do niego zaprowadzić? — Spytał się najwyższy rangą.
— Bo wiem jak rozwiązać wasze kłopoty.
— Dobra spytam się go, ale jeśli sobie żartujesz to z przyjemnością połamie ci kości.
Poszedł, nie było go parę minut, ale to były najdłuższe minuty mojego życia.
— Dobra chodźcie, ale musze wam zawiązać opaskę na oczy.
Prowadził nas tak kilka minut przez korytarze i schody. Kiedy ściągną opaskę widziałem niewiele więcej domyśliłem się, że jesteśmy na miejscu.
— O co chodzi Xeners? — Dopiero, kiedy Ślepy się odezwał zauważyłem go w głębi pokoju.
— Można zapalić światło? — Zapytał Xeners.
— Mnie nie jest potrzebne — to chyba znaczyło nie.
— Kiedyś wspominałeś, że masz zadanie na ziemi, dobrze płatne. Pamiętasz?
— Może, jesteś chętny?
— Ja i mój przyjaciel o ile najpierw mi powiesz ile zarobimy.
— Ile byście chcieli — spytał podejrzliwie.
— Trzy tysiące.
— Dam tysiąc.
— Dwa.
— Półtora. To moja ostatnia propozycja.
— Ok. Umowa...
— Czekaj — przerwałem mu — nie chce lecieć na ziemie.
— Przywódco proszę poczekaj trochę. Muszę porozmawiać z moim przyjacielem — powiedział Xeners.
— Co ci odbija chcesz ten tysiąc czy nie? — Spytał Xeners.
— A czym ryzykujemy?
— Niczym, prosta sprawa jedziemy na ziemie bierzemy kamyk i wracamy.
— Jaki kamyk?
— Jakiś potrzebny do eksperymentów nic niebezpiecznego o ile nas nie złapią.
— A jeśli złapią?
— Nikt nigdy nas nie złapał i nigdy nie złapie. Jesteś dobry, jeśli chodzi o kradniesz a ja, jeśli o przemyt musi się udać.
— Wciąż nie jestem przekonany.
— Pomyśl, że to nam zajmie miesiąc i jesteśmy z powrotem. A kiedy wrócimy kupisz sobie wymarzony ścigacz.
— No dobra, zgadzam się.
— Dobra przywódco umowa stoi.
— No nareszcie się zdecydowaliście. Instrukcje dostaniecie na ziemi a jutro wieczorem polecicie na ziemię.
Znów ktoś nam zawiązał oczy i zaprowadził na zewnątrz.
— Dobra Xeners — powiedziałem — ufam, że nie kłamałeś, jeśli chodzi o bezpieczeństwo.
— No, co ty, za kogo ty mnie masz? Jestem twoim przyjacielem.
— Mam taką nadzieje.
— Nadzieja matką głupich...
— Co?
— Spoko żartowałem. Zupełnie nie znasz się na żartach.
W nocy nie mogłem zasnąć. Nie mogłem przestać myśleć o jutrzejszym wyjeździe. Ale ten wyjazd ma swoje dobre strony nie będę musiał oglądać wiecznie pijanego ojca i po raz pierwszy zobaczę ziemię podobno jest piękna. Ledwo zasnąłem a obudziło mnie łomotanie w drzwi. To, Xeners i oznajmił, że za pół godziny odlatujemy na ziemie. Szczerze mówiąc miałem nadzieje pospać trochę dłużej. Poszliśmy do doków i po czternastu godzinach byliśmy na ziemi. Lot trwał pół godziny a trzynaście i pół godziny czekaliśmy aż pilot dostanie pozwolenie na start. Przynajmniej w statku się wyspałem. Kiedy zobaczyłem ziemie byłem w szoku mianowicie jak może być tak dużo zieleni naraz? Kiedy całe życie się mieszka na statku i nie widziało nawet zdjęcia ziemi jej widok przeraża. Po pierwszym szoku szybko się przyzwyczaiłem w trakcie lotu udało mi się dowiedzieć, że Xeners już był raz na ziemi.
— Dobra Xeners jesteśmy na ziemi, co teraz?
— Mamy iść do hotelu i czekać aż ktoś się zgłosi.
— Jak długo będziemy czekać?
— Nie wiem nie sądzę żeby dłużej niż dwa dni.
— A my będziemy w tym czasie robić?
— Siedzieć w hotelu, ale nie martw się jeszcze zdążymy sobie pozwiedzać.
Cóż zapowiadały się wspaniałe super nudne dni, normalnie żyć nie umierać. Zaczęło się super a miało się skończyć jeszcze lepiej. Ale o tym za chwile. Cóż trzy nudne dni później ktoś zapukał do drzwi.
— Xeners otwórz — powiedziałem.
— Dobra, kto tam?
— Mam dla was zadanie od Ślepego. — Usłyszeliśmy przez drzwi.
Xeners otworzył a ten facet rzucił się z nożem na Xenersa. Xeners zrobił krok do tyłu i to go uratowało, nóż minął go o włos. Ja jak tylko to zobaczyłem wyciągnąłem mój nóż i rzuciłem nim w napastnika. Nóż trafił go w brzuch, co pozwoliło Xenersowi uderzyć go w głowę i wyciągnąć nóż. Xeners podszedł z moim nożem do niego i poderżną mu gardło.
— Czemu go zabiłeś, mogliśmy z niego wydusić, dlaczego chciał nas zabić — spytałem.
— I tak nic byśmy z niego nie wyciągnęli trafiłeś go w wątrobę, wykrwawiłby się zanim byś go obudził.
— Dobra nie będę płakać nad rozlanym mlekiem, a teraz oddaj mi nóż.
— Masz, nie wiedziałem, że masz nóż.
— Wielu rzeczy jeszcze nie wiesz. Co teraz zrobimy?
— Chyba jesteś bardziej niebezpieczny niż myślałem. Trzeba porozmawiać ze Ślepym przez wideofon i dowiedzieć się, o co chodzi.
Schowaliśmy ciało szafy i poszliśmy do centrum komunikacji. Ciągle się zastanawiałem czy ktoś podczas drogi nie strzeli mi w plecy z blastera i co ważniejsze, dlaczego zabójca próbował nas zabić nożem a nie blasterem lub granatem. Wystarczyło jeden wrzucić przez okno i po nas, dziwne. Kiedy doszliśmy do centrum Xeners zadzwonił do Ślepego.
— Czego? — Spytał Ślepy.
— Ktoś chciał nas zabić.
— I co z tego?
— Mówiłeś, że to bezpieczna robota, że nikt nie będzie wiedział, że jesteśmy od ciebie.
— Kłamałem, robota nie jest taka bezpieczna, ale jeśli wrócicie bez kamienia to was zabije, a za dwa tygodnie skończy się wasza wiza ziemska wtedy was deportują na pierścień a wiesz, co wam zrobię, jeśli nie przywieziecie kamienia.
— Powiedz skąd mamy wziąć ten kamień, bo już nie zaufamy żadnym pośrednikom.
— Macie go ukraść pewnemu kolekcjonerowi, mieszka w willi nad morzem koło starych ruin. Na pewno znajdziecie, pamiętajcie macie jeszcze dwa tygodnie.
— Pamiętamy.
— No i co teraz — spytałem, kiedy się rozłączył.
— To proste jutro się włamujesz.
— Jesteś pewien, że to dobry pomysł?
— Nie, ale nie mamy innego wyjścia.
Rano pojechaliśmy zobaczyć wille i bardzo niemile się zdziwiliśmy, to niebyła willa to była forteca. Naprawdę nie miałem pojęcia jak się do niej włamać. W końcu jednak razem wymyśliliśmy plan, który może się udać.
— Pamiętaj Xeners masz tam na mnie czekać do rana, jeśli do tego czasu stamtąd nie ucieknę masz wiać i nie daj się złapać Ślepemu.
— Dobra będę się trzymać planu.
Było dobrze po północy, gdy wskoczyłem do morza. Dostać się tam miałem morzem willa była dosłownie o krok od morza, więc pomyśleliśmy, że w ten sposób najłatwiej wejdę do willi. Kiedy wyszedłem w wody szybko wskoczyłem za ścianę by nie złapała mnie kamera w swoje pole widzenia. Swoją drogą to dziwne, że od frontu nawet mysz się nie prześlizgnie a od strony morza jest tylko parę kamer. Kiedy ominąłem kamery otworzyłem drzwi, które rano ukradłem jednemu ze służących. Kuchnia była duża i panowały w niej większe ciemności niż na dworze, zobaczyłem drzwi i je otworzyłem. Za nimi był korytarz i schody prowadzące na piętro i chyba do piwnicy. Poszedłem do piwnicy przy okazji omijając, przeskakując i przeczołgując się pod czujnikami. Kiedy tam zszedłem zobaczyłem mój cel nawet nie liczyłem na takie szczęście. Myślałem, że w piwnicy będzie kontrola zasilania domu i uda mi się odciąć zasilanie czujników a potem będę musiał szukać kamienia po całym domu, miła niespodzianka. Kamień był oczywiście dobrze strzeżony zabrać go to będzie wyczyn, no, ale nie przyszedłem tu na wakacje. Kamień był jasno niebieski z czarno-srebrnymi żyłkami, był po prostu piękny. Kamień leżał w szkatułce zrobionej z urańskiego kryształu, który jest prawie niezniszczalny i bez lasera o mocy, co najmniej głównego działa kosmicznego niszczyciela nie ma, co próbować zniszczyć szkatułkę będę musiał ją wziąć ze sobą i później na spokojnie zająć się jej zamkiem, szkatułka jest otoczona polem siłowym, prawdopodobnie równie silnym jak wytrzymała jest szkatułka. Na szczęście jest to pole grawitacyjne najłatwiejsze do rozbrojenia z pomiędzy trzech pól siłowych. Pole grawitacyjne działa na zasadzie odpychania wszystkiego od rzeczy objętej tym polem, czyli działa odwrotnie niż powinno działać pole grawitacyjne. Pole jest uważane za niezawodne, ale ma jedną wadę urządzenie je wytwarzające musi być blisko przedmiotu, na które działa to pole. Dlatego wbrew pozorom najłatwiej unieszkodliwić to pole wystarczy w tym samym pomieszczeniu poszukać urządzenia go wytwarzającego i go zniszczyć. Niby łatwizna, ale strasznie długo szukałem tego urządzenia właściwie znalazłem go przez przypadek. Był schowany, a musze zaznaczyć, że ma ponad dwa metry długości i jest szeroki na metr, po prostu był wmurowany w ścianę i jedynie było widać małą kontrolkę schowaną za szafką. Znalazłem go przez przypadek, ponieważ kiedy nie mogłem go znaleźć to tak się zdenerwowałem, że przewróciłem tę szafkę. Unieszkodliwić pole było dziecinnie prosto, wystarczyło tylko po odkręceniu konsolki przeciąć kabel zasilania generatora pola, maszyna wciąż myślała, że pole działa a w rzeczywistości generator bez zasilania nie wygeneruje ani trochę pola. Kiedy pole znikło szybko porwałem szkatułkę i zacząłem ostrożnie, ale z pośpiechem wychodzić. Ciągle nie dawało mi spokoju, dlaczego nie natkałem się ani nie widziałem żadnego strażnika oraz dlaczego z tyłu była tylko parę kamer a z przodu było naprawdę solidne zabezpieczenie przed włamywaczami, wyglądało to jakby te zabezpieczenia były tylko na pokaz. Zagadka rozwiązała się jak tylko wszedłem na schody. Strażnicy nie byli potrzebni zabezpieczenia też nie, ponieważ to, co stało piętro wyżej pożarłoby wszystkich złodziei. Było to coś, czego nigdy nie widziałem ani o czymś takim nie słyszałem. To coś stało na dwóch nogach, mierzyło ze trzy metry, facjatę miało podobną do psiej, ale dużo większą i miało dużo więcej zębów, miało dwie łapy w każdej chyba trzy, długie brzydko zakrzywione pazury, ale nie chcę się upewniać ile tych pazurów było. Było całe owłosione. Naprawdę nieźle wpadłem i nie wiem jak się z tego wykaraskać.
Jeszcze nie przeczytałem całego...

Nie jestem jakims znawca literatury czy pisarzem, ale...

" Tak mniej więcej wygląda sektor biedoty. Miejsce urodzenia i życia Sandera. Matka Sandera zmarła w czasie porodu a ojciec ogólnie nie powinien mieć dzieci."

Mysle, ze to co pogrubiłem, nie jest w ogole potrzebne. Naczy to w ogole nie pasuje... potem nie piszesz nic o miejscu urodzenia, nie liczac tego, ze urodzil sie na pierscieniu, czy tez widziałes kiedys w ksiazce takie sformuowanie... takie cos mozna pisać przed wypunktowaniem czegos, czy zrobieniem tabelki.

Moim zdaniem powinienes stawiać więcej przecinków, w niektórych dialogach.

Na twoim miejscu wziałbym jakiegos kolege i przeczytał na głos w 2 osoby, czy tez wiecej te dialogi, gdyz szczerze mowiac... one jakos nie pasuja do sibie... w sensie nie brzmi to jak rozmowa dwoch przyjaciol czy cos.

I w jednym momecie napisałes Kradziesz, a pisze się kradzież...

Nie pisze tu nic złosliwie, zeby nie było... historia moze nawet byc ciekawa.
Dzięki za rade przetestuje wszystkie wskazówki. Jeśli ktoś ma jeszcze jakieś zastrzeżenia jakie jeszcze nie zostały powiedziane niech napisze. To jest pierwsze moje poważne opowiadanie i wiem że muszę się jeszcze wiele nauczyć żeby to jakoś porządnie wyglądało.

[ Dodano: Pon Gru 04, 2006 12:33 am ]
Mam prośbę czy ktoś kto sam pisał opowiadania byłby skłonny pomóc mi w pisaniu tego opowiadania? Chodzi oczywiście o wymianę poglądów, weryfikacje opowiadania i pomysłów.
Coś sprzed lat xD

Natascha Kechotova, czyli autobiografia Skaylay Calisto

Wszystko zaczęło się w Moskwie jakieś 296 lat temu, w 1687r., w niewielkim, ubogim domu, porzuconym przez szczęście, przyszła na świat mała, słodka dziewczynka; mała, słodka ja. Już w pierwszych latach doświadczałam cierpienia doskonale znając smak bólu i smutku. Gdy miałam zaledwie dwa lata mój ojciec zginął przysypany gruzem w kopalni węgla kamiennego, znając go tylko z opowieści wyobrażałam sobie na swój dziecięcy sposób jego wygląd, zapach, jego troskliwą opiekę. Podczas gdy ja uczyłam się chodzić moja matka pracowała, było nam trudno, największy problem był podczas pewnej srogiej zimy, kiedy to moja matka bardzo zachorowała, ale jakoś z tego wyszła, cieszyłam się niezłomnie, póki jeszcze było z czego.

Mam na imię Natascha i mam pięć lat, tyle umiem wypowiedzieć, a raczej pokazać. Od dzieciństwa mam problemy z pisaniem i czytaniem. Pewnej nocy mama przyprowadziła do domu nieznajomego mi pana, wyglądał śmiesznie kolorowo, w czerwonym kapeluszu z piórkiem, u boku miał szablę, możliwe że był bogaty. Po jakimś czasie mama powiedziała mi, że mam nowego tatusia, a, a… nawet nie umiałam wypowiedzieć słowa tatuś! To słowo było mi przecież obce. Jestem już przecież w pierwszej klasie, bawię się z innymi dziećmi, lecz z nauką mam problemy, zwłaszcza z czytaniem i pisaniem, przynajmniej mówić potrafię, o ile można to nazwać mową. W drugiej klasie dowiedziałam się od mamy, że będę miała braciszka, lub siostrzyczkę. Po wytłumaczeniu mi, co to jest brat czy siostra, przez chwilę na mojej twarzy pojawił się uśmiech, uśmiech, który na niej nie zagościł od dawna. Z ledwością przeszłam do trzeciej klasy, pani profesor powiedziała moim rodzicom, że mnie wyrzucą ze szkoły jak po wakacjach nie nauczę się pisać i czytać. Moi rodzice, zwłaszcza ojczyn był bardzo zły. Wiele czasu wakacji spędziłam ucząc się, lecz na próżno, pomimo nie wiem, jakich starań, zawsze nie ma żadnych rezultatów… żadnych.

Na świat przyszedł mój braciszek, miał dokładnie takie same oczka jak ja, lecz włoski innego koloru. Nastał czas powrotu do szkoły, pierwszy semestr nawet dobrze minął, lecz drugi był już o wiele trudniejszy. Mój ojciec widząc, że nie robię żadnych postępów wszczął awanturę, chciał mi zrobić krzywdę, ale mamusia mnie broniła… uderzył ją mocno i nakrzyczał, że jeśli nie da sobie spokoju to odejdzie, mamusia z rozbitym czołem, z którego ciekła krew wyglądała przerażająco, wtedy to, po raz pierwszy zrozumiałam, jakie jest kruche nasze ludzkie ciało, zaczęłam płakać i bić ojca po nogach. Złość, jaka mnie ogarnęła dodawała mi ochoty do walki, daremnej walki. Ojciec odepchnął mnie tak, że uderzyłam mocno głową o drewnianą szafę. Gdy tak leżałam, moje policzki były zwilżone łzami, chwyciłam się mocno za głowę, na moich małych rączkach widniała świeża krew, wyciągnęłam przed siebie dłonie, gdy tak leżałam wzrok mi zawodził, wszystko zaczęło się rozmazywać, dźwięki zaczęły się uciszać a ból ustępował, gdy tak leżałam ostatnimi sił spoglądałam na twarz mojej matki, twarz obmazaną cierpieniem, łzami i krwią. Ten widok, mojej cierpiącej matki, był ostatnim, jaki widziałam tamtej nocy, na zawsze wrytym do mojej pamięci. Choć dziś niechętnie wracam myślami do tamtych nocy.

Obudziłam się gdzieś w innej, nieznajomej mi części miasta. Było zimno, nie tylko w nóżki czy ręce, lecz także na sercu. Wstałam, krew na rączkach miałam już startą, a głowa znowu zaczęła boleć. Byłam głodna, nie wiedziałam na jak długo byłam poza zmysłami. Uświadomiłam sobie, że zostałam skazana na własne dziecięce możliwości. Zapadał zmrok, więc czym prędzej znalazłam jakiś kąt, nie był może suchy, ale ulatniały się tam opary, ciepłe i wilgotne. Budziłam się po nocy, głównie ze strachu, ale także z głodu; prześladowały mnie koszmary senne, w których mój ojczyn bił wszystkich, których jeszcze kocham, lesz to uczucie powolutku ze mnie uszło, obawiałam się, że zostało zastąpione poprzez nienawiść. Wreszcie, wreszcie wstało słońce niosąc swe ciepło na me zziębnięte ciało, wchód był jedynym powodem mojej radości. Wstałam cała przemoczona, a wiatr szubko mi uświadomił, że najlepiej to być suchym. Przerażające zimno, jaki niósł ze sobą każdy, nawet najsłabszy podmuch, był nie do wytrzymania. Błądziłam po ulicach, prosząc o pomoc, lub coś do jedzenia. Nie było dla mnie pomocy wśród ludzi. Z żalem patrzyłam jak inni spacerują beztrosko, jak ulice z zepsucia nocy, rozkwitają życiem. Uświadomiłam sobie, że wszystko ma jakiś cel, powód, lecz szybko w tym odważnym jak na mój wiek, przekonaniu podupadłam, gdyż, jaki ma cel moje życie? Popołudnie powinnam wracać jak inne dzieci ze szkoły do swych domów, do czekających w cieple rodziców, lecz zamiast tych dobroci błąkam się po uliczkach w głodzie i samotności. Wieczorem położyłam się spać, obudziłam się zaniepokojona dziwnymi odgłosami. Wkraczając w boczne uliczki, w źródło dźwięku. Widziałam jak jakiś wysoki pan słysząc moje kroki szybko schował coś za sobą.
Obrócił się i patrzył z niedowierzaniem na mnie. Był dziwny, coś w nim nie dawało mi spokoju. Wreszcie się odezwał:
-Co robi mała dziewczynka w środku nocy w tak niebezpiecznym miejscu? Zgubiłaś się?
Powiedziałam mu to, co potrafię, gdyż nie wiedziałam jak odpowiedzieć na jego pytanie:
-Mam na imię Natascha i mam osiem lat.
Mówiłam do niego z taką pasją, gdyż przez poprzedni dzień nikt nawet się na mnie nie popatrzył. Pytałam o jedzenie, czy chociaż nocleg w suchym miejscu. Tajemniczy pan z uśmiechem na twarzy podarował mi w woreczku zwinięte pieniążki. Pochylił się i pogłaskał po głowie. Rozebrał płaszcz i wręczył mi bym miała się czymś okryć, pierwsze rzuciłam się mu na szyję dziękując, po czym spytałam czy nie będzie mu bez płaszcza zimno? Odpowiedział „Nie ciało a serce oziębłe me bardziej”. Opuścił mnie na ziemię i obrócił, gdy chciałam mu jeszcze raz podziękować już go nie było. Owinięta w płaszcz, zasnęłam, tym razem spokojnie.

Rano szybciutko pobiegłam do sklepu, po drodze zobaczyłam ciastkarnię. Zapachy, jakich nigdy nie mogłam czuć, mój głód był nie do zniesienia. W środku stara kobieta o białym włosie, dekorowała wielki okrągły tort. Położyłam na stoliku pieniądze i poprosiłam o coś do jedzenia. Powiedziałam, co mi się przytrafiło, wszystko, prócz spotkania tamtej nocy. Kobieta powiedziała, że mogę u niej zostać, jeżeli będę jej pomagać z wyrabianiem ciasta. To właśnie ta kobieta nauczyła mnie wielu rzeczy, jak o siebie zadbać, jak zarobić, jak przetrwać w tym okrutnym świecie. U dobrotliwej Ivy Kechotovej spędziłam kolejnych dziewięć lat mojego życia. Traktowałam ją jak matkę a ona mnie jak swoją córkę, lecz wiekowo mogłaby być moją babcią. Gdy miałam siedemnaście lat zachorowała i pomimo lekarstw i opieki umarła. Jej ostatnie słowa wtedy brzmiały: „Cieszę się, że ma starość spotkałam tak wielką duszę jak ty” sowa te niosły spokój i zrozumienie, pozostało mi jej tylko odpowiedzieć: „Miło mi, że pośród tylu ludzi udało mi się odnaleźć człowieka”. Sprawiłam jej cichy pogrzeb. Postanowiłam odnaleźć swoją byłą rodzinę. Dziwo byli w tym samym mieście. Nocą przyczaiłam się niedaleko okna od pokoju dziennego. Widziałam ja znany mi człowiek, mój były ojciec stoi nad leżącą, bez oznak życia, moją matką. Zakradłam się ze wściekłością do domu, gdy był odwrócony plecami i w momencie, gdy wrzeszcząc cucił mają matkę wzięłam jego szablę i jednym uderzeniem pozbawiłam go złości, szumu, tchu. Upadł na ziemię koło mojej matki, gdy konał powiedział do mnie jak do złodzieja, żebym wzięła, co chce tylko nie robiła krzywdy jego synowi i żonie, oraz jeżeli mieszka we mnie litość żebym podała jej lekarstwo, które jest w jego kieszeni. Stałam tak nad nimi i nie mogłam nic zrobić, jeszcze chwila a zapomniałabym o oddychaniu, po chwili poczułam jak coś bije mnie z tyłu po nogach, obróciłam się odpychając napastnika, widziałam jak mój brat leży z rozbitą głową i patrzy się na mnie z wielką nienawiścią. Już wiem jak wyglądał mój wzrok tamtej nocy, gdy ja byłam na miejscu brata. Pochyliłam się nad matką… już nie oddychała. Wybiegłam z wrzaskiem i płaczem budząc wszystkich, we wszystkich pobliskich domach. Błąkałam się po ulicy, rozmyślając to tym, że ich śmierć to całkowicie moja wina, nie powinnam przychodzić do nich. Znienawidziłam samą siebie, za to, że nie umiem zapanować nad sobą i zagwarantować opieki osobą, których kocham.

Po wielu dniach, wręcz tygodniach dowiedziałam się, że jest rekrutacja do wojska. Przyjęli mnie, przeszłam podstawowe szkolenie z nadzieją, że wywalczę w ten sposób paszport i ucieknę z tego kraju, jak najdalej. W wojsku nauczyłam się wytrwałości i dyscypliny, choć nie znosiłam przemocy, plusem było wykształcenie zachowań by jej unikać. Poznałam także wielu ciekawych ludzi, kolegów oraz koleżanek, z którymi spędzałam wolny czas. Niestety po szkoleniu otrzymałam ostatni żołd, poczym przywrócono mnie do stanu cywilnego. Utrzymywałam kontakt z emerytowanym wojskowym, moim byłym przełożonym. Pewnego wieczora zaprosił mnie na kolacje. Jedliśmy smakołyki, popijając dziwnym napojem, ostrym, gorzkim, w smaku przypominającym… Wieczór przechodził w noc a ja zaczynałam się coraz bardziej fascynować jego osobą, widząc nie tylko osobę, ale także drogę do ucieczki. Nie chciał za nic wyjawić swojego imienia, i często opuszczał stolik, mówiąc, że służbowo, ale zawsze kierował się do ubikacji. Każdy ma swoje wady, powiedziałam, gdy przyszedł, to, że był chory nie miało dla mnie problemu. Gdy to usłyszał, po chwili, wybuchnął śmiechem mówiąc, że nikt go nie tak rozśmieszył od… dawna. Tak minęła noc, w której po raz pierwszy piłam krew spokrewnionego. Od tamtej pory spotykałam się z nim regularnie, co jeden tydzień.

Mam osiemnaście lat i jestem sługą mojego pana, który niedawno przyprowadził przed moje oblicze, mojego brata. Tylko jednym słowem spowodował, że nienawidzący mnie braciszek usiadł koło mnie. Dziwnie się wtedy czułam. Coś złego się miało wydarzyć. Niski pan porucznik powiedział, iż ten z nas, kto pierwszy przyniesie mu oczy drugiego zostanie wynagrodzony. Wtedy to poczułam, że na chwilę pękło zwierciadło, kurtyna, która pokryła mnie, jak i mojego braciszka. Poczułam głęboko w sercu jakby słowo od mojego brata, ciepłe słowo, dawno już zapomniane. Brzmiało uciekaj! Nim siła sprawcza na powrót nami zawładnie. Nie wiem, jak, ale wybiegłam, wybiegłam jako inna osoba, nieświadoma swoich nowych możliwości. Biegłam aż na nowo w moim wnętrzu słychać było głos pana, śmiejący się, bawiący się naszym kosztem, biegłam, choć wiedziałam, że nie mogę się mu oprzeć, nie mogę zapomnieć, nie mogę się mu przeciwstawić. Dniami i nocami czułam się jak zwierzyna i myśliwy zarazem, tropiąc, węsząc, czuwając by nie zostać wytropioną. Obydwa moje cele były daremnie, nie udaje mi się ani wyrwać z tych okropnych więzów, ani wytropić braciszka.

Pewnej nocy, gdy uczucie nienasycenia wzięło górę nad głodem krwi czułam, że kurtyna słabnie. Dowiedziałam się, że mój brat powrócił do pułkownika i zyskał jego łaskę. Wiem, że muszę się pilnować gdyż mimo woli mój brat zrobi wszystko, aby dotrzymać łowów i uciechy jego pana. Dnie mijają a ja tułałam się po całym kraju. Wkrótce natrafiłam na miasto zwane Krymem. Piękna architektura w połączeniu z piękną historią tego miejsca zauroczyło mnie od pierwszego wejrzenia. Starałam się nie wzbudzać podejrzeń straży, nie zostawiać widocznych tropów. Trzeciej nocy coś wzbudziło moje podejrzenia… poczułam się dziwnie, tak jakby coś mnie odstraszało, lecz wewnętrzny głos mówił abym tam właśnie poszła, do centrum mych obaw. Gdy usłyszałam strzał, który przebił zimową ciszę, odruchowo zwolniłam, zakryłam głowę. Podczas gdy zakradałam się, to napięcie zaczęło mi się podobać, wzrost adrenaliny, stan lęków, napięcia, ciszy przed burzą, zaczął wręcz mnie zachwycać, a nawet podniecać. Gdy zakradłam się do wąskiej uliczki zobaczyłam wysokiego mężczyznę leżącego na ziemi z wbitym jakimś gwoździem w klatce piersiowej. Dwóch innych mężczyzn i jedna kobieta stoją nad nim dumając. Poczekałam chwilę, napięcie cały czas rosło, z jednej strony czułam strach z drugiej fascynację i ciekawość, które wzięły górę. Dalej czekam, w pewnej chwili kobieta wzięła jakiś przedmiot i rzuciła w moją stronę. Myślałam, że mnie zauważyli, lecz nie, kobieta poszła w drugą stronę z jednym mężczyzną, może idą po powóz, może po kogoś. Jednak w chwili, kiedy ostatni, który nogami zasłaniał twarz leżącego, splunął na ciało i zrobił dwa kroki ujrzałam twarz, z wraz z twarzą ujrzałam wspomnienia, które pozwoliły mi wrócić na moment w spokojne morze beztroski. To była ta istota, która podarowała mi płaszcz. Może bez tej pomocy nie żyłabym teraz? Może zrobił to, bo wiedział, że nadejdzie kiedyś taka chwila jak ta? Może to jest mym przeznaczeniem, może on jest mym celem? Nie wiedziałam czy pomagając mu wybieram dobrze, nie wiedziałam czy nie okaże się on kolejną osobą taką jak mój ojciec, czy były pan, nie wiedziałam czy jeszcze żyje i czy moje próby nie są z góry skazane na klęskę. Wychyliłam lekko głowę i zobaczyłam następną rzecz, która zbombardowała mój umysł kolejnymi wspomnieniami. Niedaleko przede mną leżała rzucona szabla mojego ojca. Jak ona się tu znalazła? Wiem, że odpowiedzi na moje pytania są zamknięte w pamięci osoby, która tam leży i oczekuje, lub nie, mojej pomocy. Pochwyciłam szablę i po cichutku zakradłam się do osamotnionego mężczyzny. Wojsko nauczyło mnie jak zabijać i nie być widzianym, czerpiąc z pamięci nauki przymierzyłam się nakładając wszystkie emocje, jakie mną targały w jedno z natury banalne cięcie, banalne, jeżeli w przypadku niepowodzenia nie kończy się śmiercią. Pchnęłam, człowiek prawie bezszelestnie opadł na ziemię. Gdy podeszłam pod ciało widziałam, że jeszcze żyje, nie oddycha, ale rusza oczami. Był ciężki, ale moja upartość była większa. Wzięłam go pod ramię i szybko wyprowadziłam na bezpieczną odległość. Położyłam go na płaszczu, jaki mi kiedyś podarował i powolutku wyciągałam ten sztylet o dziwnym wykonaniu, miał on zdobienia w nieznanym języku. Po chwili odzyskał przytomność i chwycił mnie za rękę patrząc mi prosto w oczy. Ta chwila ciszy niosła wiele zrozumienia, duma nie pozwalała mu podziękować. Przez tyle lat nic się nie zmienił, nic a nic, tylko jego płaszcz się postarzał, tak jak ja. Podarłam mu koszulę by opatrzyć rany. Jedno ukłucie, sztylet musiał przejść przez serce, powinien nie żyć. Nikt nie przeżyłby takich ran. Jego ciało było bardzo blade, choć skórę miał opaloną. Stracił dużo krwi. Gdy pochyliłam się nad nim, chwycił mnie… poczułam ukłucie chwilka bólu, która zaowocowała spotęgowaniem mej fascynacji, czułam jak odpływają ze mnie siły, tak jak odpływa dusza z świeżego trupa, straciłam przytomność…

Dziwnie się czuję, znowu… mam ból głowy i jestem głodna. Siedzę w bardzo ciemnym miejscu, nie wiem czy jest dzień, czy noc. Odnalazłam w tym pokoju łóżko, parę taboretów, ale nie mogę znaleźć ani drzwi, ani okien. Na stole po środku znajduje się miska z jakąś cieczą. Po dzisiejszej nocy wolę nie wiedzieć, co się w niej znajduje. Po chwili hałas, kroki, otwiera się źródło rażącego oczy światła. Wyjściem z tego pomieszczenia jest klapa w suficie, do której prowadzi drabinka. Gdy moje oczy przyzwyczaiły się do światła usłyszałam słowa przeprosin od istoty, której uratowałam nieżycie. Żądam wyjaśnień, odpowiedzi na pytania, pytania o cel mojego życia. Pierwsze, co powiedział to, to, że ma imię Notgeron Calisto i ma mi wiele do pokazania, ale wszystko w swoim czasie. Po upragnionym odpoczynku dowiedziałam się, że za niedługo opuszczamy Rosję, i że prawdopodobnie już nigdy tu nie wrócimy. Dopiero teraz widzę jego twarz, tak jakby dopiero teraz pozwolił mi ją zobaczyć. Mocno opalona skóra, orientalne ostre rysy twarzy i piękne głębokie brązowe oczy. Pamiętam jeszcze widok mijanej granicy wraz, z którą mijały wszystkie me wspomnienia, żal, od którego próbuję uciec. W drodze kazał mi pić swoją krew, gdyż ma do mnie pewne plany, piłam więc, bo wiedziałam, co to z sobą niesie, lecz już z pierwszym łykiem, który brałam z lekkim obrzydzeniem, jego krew była słodsza niż ta, którą miałam wcześniej kontakt. Tak jakby była czystsza. Bywaliśmy w wielu krajach, spędziliśmy razem wiele nocy. Widziałam, że sama moja obecność sprawia mu wielką radość, lecz nie tylko jemu, mi także. Nie wiem jak to wytłumaczyć, ale gdy ktoś inny podaje ci swoją krew to wraz z nią przechodzi na ciebie obowiązek dbania o tą osobę, tak jakby z pierwszym łykiem tej cieczy spadały na ciebie kajdany, czyniąc z ciebie niewolnika. Poznałam z Notgeronem wiele kultur, lecz najwyraźniej widział, że cały ten czas coś mnie trapi, coś, co nie pozwala się mi cieszyć wiecznością. Osiedliśmy się w Grecji, gdzie przez kolejne lata będzie mnie uczył języka, oraz obyczajów kultury tureckiej. Czasami śnią mi się zimowe noce pełne samotności i cierpienia.

Mam na imię Natascha i mam siedemdziesiąt sześć lat i wyglądam tak jak wyglądałam jeszcze, gdy byłam w Moskwie. Wyruszyliśmy do nowego świata, gdzie oboje spędziliśmy wiele lat na nauce, mój pan uczył mnie jak obchodzić się z ofiarą, jak się zakraść, jak pozostać poza zasięgiem wzroku. Z jego krwią nie idą jedynie kajdany, idą także potężne siły, o których nie miałam wcześniej pojęcia. Wreszcie jest rok technologii, upadek Niemiec, mamy XX wiek. Mój pan powiedział mi, że dobrze wybrał, i opowiedział mi wiele o tym, kim jest, o obyczajach Rodziny, do której należy, jak z honorem zwracać się do innych spokrewnionych, pokazał jak rozpoznać innego wampira z jego klanu, wreszcie dodał, że mówi mi to wszystko, bo ja też za niedługo do ich społeczności dołączę. Dodał, że doskonale wie, kim ja jestem, powiedział mi, że obserwuje mnie od dawna, temu miał szablę mojego ojca. Powiedział także słowa, które dały odpowiedź na wiele moich najważniejszych pytań: „Natascha pamiętaj, podczas całej swojej drogi życia najważniejsze jest to, jaka jesteś, a nie, jaki masz cel wędrówki” jest to jasna odpowiedź, lecz rozum śmiertelnika nie może jej zrozumieć. Powiedział, że nie może być dalej tak jak było, że ma on swoje problemy i obowiązki, w które mnie nie chce mieszać. Powiedział, że mogę robić, co mi się będzie podobało, ale muszę pamiętać by, co dwadzieścia osiem dni przybywać do tego miejsca po krew.

Rekrutowałam się do kampanii militarnej. Spędziłam parę miesięcy w bazie wojskowej gdzie regularnie wymykałam się po krew, lub zaskakiwałam przełożonych i kolegów moją siłą, umiejętnościami i wytrwałością. Pewnej nocy mój pan zostawił kielich z krwią i kartkę papieru gdzie objaśnił, że nie mogę go narażać na ujawnienie. Pisał, że będzie mnie zawsze odnajdywał by mnie nakarmić, że nie mam się o co martwić, że jest ze mnie dumny. Wyruszyłam na wojnę, nie pierwszą w moim życiu, wyruszyłam z moimi przyjaciółmi z jednostki do Wietnamu, gdzie stoczyliśmy wiele zaciętych starć, gdzie po okresie przerwy powróciły koszmary z dzieciństwa. Mówią, że wojna zmienia ludzi, że czyni cię hardym, odpornym na ból i cierpienie. Jednak tak nie jest! Wojna nie uszlachetnia ludzi, lecz zmienia ich tylko w żądne krwi i ofiar zwierzęta. Powracające wspomnienia są niczym zdjęcia przeglądane w albumie. Mówią jeszcze wiele innych rzeczy, jak te, że wojsko cię potrzebuje, że czyni cię człowiekiem. Jak coś zmuszającego cię do walki bez zasad, walki o przetrwanie, gdzie stawką jest stracić życie, lub je odebrać może czynić ludzkim? Jest w tym jednak trochę prawdy, gdy stoisz nad konającym kolegą z jednostki, wtedy, gdy widzi on całe swoje życie z pryzmatu historii, wie, iż podąża ścieżką, jaką sobie sam obrał, wie, jakich wyborów dokonał słusznie a jakich nie, i wie, że jego droga schyla się ku końcowi. To właśnie ta możliwość kierowania się rozsądkiem w symbiozie z duszą i uczuciami daję mu tą chwilę zrozumienia, wyciszenia, odcięcia od bodźców zewnętrznych, lecz… umiera. Wtedy, gdy tak rozmyślałam stojąc ranna nad ciałem kolegi, miałam ochotę się poddać. Wpadliśmy w pułapkę żółtków, nie zważali czy strzelają po wojskowych czy po cywilach, mężczyznach czy kobietach. Wraz z IX jednostką przeciwpancerną zostaliśmy uwięzieni w bunkrze, byłam ranna słyszałam jak nadchodzą, jak przedzierają się w naszą stronę gotowi do zabicia każdego, kto opuści bunkier. To wtedy poczułam, jakie przekleństwo niesie z sobą krew spokrewnionych. Moi kompani walczyli dzielnie i wytrwale, ale w końcu usłyszałam dźwięki krzyków, cierpienia, kolega oberwał, upadł niedaleko mnie, podczołgałam się do niego. Gdy go obróciłam, przez chwilę zamarłam, widziałam jak umysł wylewa się z jego czaszki, jak jego ciało opuszczają wszystkie siły wraz z ostatnim oddechem, jak po raz ostatni jego duch ma władzę nad ciałem targanym drgawkami. Ostatnimi siłami chwycił mnie za rękę, szeptając żebym nie pozwoliła mu umrzeć, że on nie chce umierać… Po sekundach pozostało mi tylko patrzeć w jego głębokie zielone oczy, jak z każdą chwilą tracą swój kolor, jak zachodzą mgłą nicości. Znowu poczułam napięcie… poczułam strach i nienawiści do każdego, kto wjedzie do bunkra. Jeszcze trzech kompanów dzielnie zmaga się z nieskończonymi siłami przeciwnika. Wielki grzmot,… podnoszę się z ziemi, w całym bunkrze jest mnóstwo dymu, krwawię z czoła i mam trudności z nabraniem równowagi. To był granat, wychodzę z bunkra, tracę zmysły. Mocne uderzenie w głowę.... Mam na imię Natascha i mam dwieście pięćdziesiąt cztery lata. Jestem wraz z jednym ocalałym kolegą w niewoli, gdzieś w ukrytym obozie. Mój kompan jest z innej jednostki, sierżant John McCreew Skaylay jest zawieszony na palu po środku obozu. Cały czas, gdy zbierałam myśli widziałam jak rażą go po plecach drutami z wysokim napięciem, jak łamią mu kości, jak odcinają mu powolutku palce, kawałeczek po kawałeczku. Słyszałam jak śmieją się z niego, jak krzyczą w języku, który jeszcze rozumiem, „gdzie macie obóz?!”; widziałam jak zapewniał ich, że nie wie. W końcu znudzeni zabawą, zostawili go samemu sobie na palu, ten widok jak osoba bliska cierpi, nie jest mi obcy, nie jest nieznany. Nie dostałam nic do jedzenia, ani do picia. Widziałam jak dzieci podbiegały do mnie i śmiały się, długimi patykami szturchały mnie, bawiąc się moim kosztem, widziałam jak ich opiekun z bronią skierowaną w moją stronę czekał na jeden niewłaściwy odruch, na jedną reakcję, tylko po to by mieć pretekst do skrócenia mojego życia, o ile można je nazwać życiem. Minęła kolejna noc, oczywiście nie mogłam zasnąć, cały czas rozmyślałam jak się stąd wydostać, jak uciec z tego koszmaru.

Nastał ranek, widziałam jak żółtek podszedł pod pal wyciągnął pistolet i strzelił prosto w głowę sierżanta, który w milczeniu przyjął ten wyrok. Ten poranny strzał obudził resztę, niczym pianie koguta. Idą, już idą, teraz ja będę wisieć, katowana przez dzień, by w nocy znaleźć odpoczynek, a następnego dnia zginąć w niekończącym się cyklu wojny. Gdy mnie nieśli próbowałam się opierać, lecz silne uderzenie w potylicę pozbawiło mnie czucia u nóg. Przywiązali mnie do pala, następnie razili moje plecy wysokim napięciem… Wściekłość, jaka mnie ogarnęła pozwoliła mi zapomnieć o bólu, czułam jak tracę nad sobą panowanie, jak zyskuje siły potrzebne by walczyć. Gdy tylko nadarzyła się okazja rozerwałam więzy i biegłam, biegłam tak jak wtedy, kiedy miłość do brata zrzuciła ze mnie kurtynę kajdan krwi, biegłam, choć wiedziałam, że nie mogę uciec, biegłam aż słyszałam głos mego oprawcy, głos, który śmiał się szyderczo,… zaczęło się polowanie, zabawa ludzka, zabawa moim kosztem. Uciekałam jak szybko potrafię, lecz rany, jakie mi zadano, teraz je poczułam, ból wziął górę i przewróciłam się, wpadając do szerokiego, może na pół metra, strumienia.

Wtedy poczułam jak moje wspomnienia płyną, giną jak fale potoku, zastępowane przez jedno uczucie, poprzez instynkt, dziki instynkt, który zaślepiał wszystkie znane mi emocje, narzucając jeden cel, przetrwać! Wstałam, znowu zapomniałam o bólu, nie chciałam już uciekać, nie chciałam unieszkodliwić przeciwnika,… chciałam zabić!, Zabić i mieć spokój, chciałam delektować się ich cierpieniem, żeby za każdy ból, jaki zadali mi i moim bliskim cierpieli tysiąckroć! Przyczaiłam się i zabijałam, z taką dzikością, że obserwujący, mnie napastnicy, nie śmiali się już więcej, na sam ten widok uciekali zaklinając się na bogów żebym ich zostawiła, żebym nie zabijała. Szybko osłabłam wiedząc, że to, co zrobiłam nie niesie rozwiązania, niesie jedynie nasilenie konfliktów, wbiegłam w puszczę, wrzeszcząc i płacząc, zła na samą siebie, że choć nienawidzę żółtków to poprzez tą okrutność upodabniam się do nich. Wiem, że inny oddział znalazł mnie, dowiedział się, kim jestem i czekałam już tylko na egzekucję. Stałam pod wielkim drzewem, uschłym, podziurawionym od kul. Widziałam jak pięciu ludzi mierzy do mnie z karabinów. Na komendę moje nędzne życie się skończy, doszłam do wniosku, że już mi na nim nie zależy…

Wtedy z puszczy odezwało się przeznaczenie, jakaś istota o niezwykłej potędze rozerwała ciszę oczekiwania, przecinając bariery ludzkich możliwości, z niewiarygodną prędkością, wyłoniła się z zarośli uderzając w pierwszego żołnierza i miotając nim o drugiego z taką łatwością jak dziecko bawiące się dominem. W ułamku sekundy nie było hałasów, nie było żołnierzy, nie było wybawcy, odszedł tak szybko jak się pojawił. Uznałam ta jako wskazówkę, mam żyć, mam dalej kroczyć po drodze, jaką obrałam, do nieznanego mi celu. Ciała żołnierzy wyglądały jakby były zmiażdżone przez ogień działa artyleryjskiego. Wszędzie były rozrzucone cząstki ich ciał, nawet najlepszy chirurg nie mógłby ich poskładać.

Po paru dniach tułaczki, walki o przetrwanie, o pokarm i bezpieczne schronienie wreszcie natrafiłam na patrol naszych. Zabrali mnie do bazy gdzie zostałam opatrzona, gdzie zdałam relacje z tego, co mi się przytrafiło. Mimo że byłam oddalona o dziesiątki kilometrów od tamtego miejsca, nie mogłam spać po nocach, nie czułam się bezpiecznie. Poprosiłam o zabranie mnie do ameryki w konwoju medycznym. Za wyrządzone rany, zabrano mnie helikopterem do najbliższego centrum czerwonego krzyża, gdzie już tylko godziny dzieliły mnie od opuszczenia tego miejsca. Gdy odlatywałam helikopterem znowu zostawiałam za sobą wspomnienia, znowu uciekałam o żalu i mrocznego fatum, jakie za mną podążają wyrządzając mi krzywdę, szarpiąc mój umysł, narzucając przykre wspomnienia i troski, tak jakby testowały moją granice wytrzymałości.

Po powrocie do kraju urządziłam sobie upragnione wakacje. Nareszcie przez parę lat nic szczególnego się nie działo. Zmęczona nudą. Za namową mojego pana ponownie wkroczyłam w szeregi wojska. Tylko tym razem jako członek elitarnych sił specjalnych. Grupa US Seal Team 6 stała się moją nową rodziną, z nowa tożsamością wykonywałam misje z moją grupą po dowództwem Richarda Macinko, człowieka, który nigdy nie istniał. W jednostce znalazłam oparcie, wykonywaliśmy przeróżne zadania, dochodzimy do miejsc, do których nie da się dojść, wykonujemy rzeczy niewykonalne, to zasługa dowódcy, jest bardzo wymagający, ale to dzięki niemu i jego umiejętnościach jeszcze działamy. Moje zadanie to osłaniać grupę z daleka. Jestem snajperem, jednostką, która nieraz zabijając z perfekcją nie widzi twarzy swoich ofiar, może to i dobrze. Znowu na moich barkach spoczywa los wszystkich kolegów, lecz teraz widzę w tym tylko motywację, może wreszcie przemogłam swoje przeznaczenie, może to zasługa mojego psychiatry. Kto wie?

Pewnego dnia, gdy po tylu latach spotkałam mojego pana przedstawił mi znajomą. Usiedliśmy na sofie i zaczęłyśmy gawędzić. Piękna Monika Georgio zna wszystkich ważnych w stanie. Miło spędziłyśmy wieczór, rozmawiając na różne tematy. Jakoś mi się wypsnęło, że dobrze strzelam i wzbudziłam jej zainteresowanie, po rozmowie obiecałam, że pójdziemy razem na strzelnice. Wszystko zaczęło się układać i choć mój pan powiedział, że nie mogę dłużej być w jednostce, ponieważ wzbudzę podejrzenia względem wieku to bardzo zaprzyjaźniłyśmy się z sobą, ja i Monika. Nastał czas mojej ostatniej akcji. Mieliśmy się zakraść do budynku zajętego przez wroga i wykraść teczkę z materiałem, o ponoć niewyobrażalnej wartości. Wszystko szło jak po maśle, dopóki Robinson nie nadał sygnału pomocy. Zwinęłam sprzęt i nadałam, że wchodzę. Zaczęłam się zakradać się do budynku, było słychać parę strzałów. Znowu poczułam adrenalinę, znowu to napięci, rosnące podniecenie, znowu strach i ciekawość. Zacisnęłam zęby i weszłam...

Wpadłam do pomieszczenia, było dość ciemno, po chwili widziałam jak dookoła mnie jest wiele trupów, poczułam się jak na małym polu bitwy. Poczułam przyłożenie lufy do głowy i ciche słowa Robinsona- odłóż broń złotko. Zapalono światło. Widziałam jak dowódca leży ranny na ziemi koło ścierwa terrorystów, jak trzech naszych uknuło spisek, chcą przejąć ładunek, wiedziałam, że jeden mój ruch, który odbiorą za niebezpieczny oznaczał mój koniec, przecież to profesjonaliści. Wpakowali nas do pokoju za żelaznymi drzwiami, gdzie opatrzyłam nogę koledze. Doszło wtedy do mnie jak ważna jest zgrana drużyna, jak ważni są ludzie, których darzysz zaufaniem i którzy ci ufają, ludzie, którzy poświęcą wiele by ci pomóc, wiedząc, że zrobisz to samo na ich miejscu. Zrozumiałam jak ważni są ludzie, dla których można oddać życie. Zrozumiałam, czemu sierżant nie wydał położenia obozu, nie powiedział, że już nie może, wolał oddać życie niż narazić innych, wiedział, że przedłuży tym moje życie, że mogą nas odbić. Po części zrozumiałam słowa mojego pana „Natascha pamiętaj, podczas całej swojej drogi życia najważniejsze jest to, jaka jesteś, a nie, jaki masz cel wędrówki”. Usłyszeliśmy wielki huk, taki jakby coś przebiło ścianę, słabnące jęki i potężne uderzenie pierwsze wgięło, a potem wybiło metalowe drzwi. Zerwałam się z zaskoczenia i ze strachu, wydawało mi się, że przez moment widziałam zamgloną twarz, na której na mój widok pojawił się delikatny uśmiech. Znowu zniknął… Wyszłam widząc zmasakrowane ciała, czyżby przybył do miasta za mną? Mój tajemniczy obrońca. Tam w puszczy było coś, coś, co musiałam zbudzić, lub zainteresować, coś, czemu się spodobałam, coś, co mnie ochrania, mój anioł.

Odeszłam z jednostki. Już nigdy nie powrócę do takiego stylu życia. Powróciłam na moment do zwykłej rzeczywistości. Tylko od czasu do czasu umawiałam się na strzelnicę lub do baru. Bardzo zainteresowałam Monikę moimi umiejętnościami strzeleckimi. Zaproponowała mi pracę jako wolny strzelec. Mój pan powiedział mi, że bardzo mi się przydadzą jej wskazówki, powiedział też, że jeżeli zauważy, że jestem gotowa to czeka mnie nagroda. Monika przedstawiłam mi mojego nowego łącznika, ma na imię Ivan Kupokricz i jest świetnym informatykiem. Będzie mi przesyłał zlecenia na skrzynkę pocztową. Monika przedstawiła mi jej synka, mała pociecha biegająca i żyjąca w błogim morzu beztroski. Mam nadzieję, że nic się im nie stanie. Bardzo się zapoznałam z historią Moniki, jej ociec nie żyje, był szefem zorganizowanej siatki czarnych sprzedawców działającej w większych miastach.

Mam na imię Natascha i mam dwieście dziewięćdziesiąt sześć lat, obecnie nie posiadam jednego schronienia, oficjalnie nie istnieje, można mnie spotkać pod imieniem Skaylay Calisto. Jestem zabójcą politycznym świadczącym swe usługi moim przełożonym i choć dalej zabijam to mam szacunek do rzeczy, które robię. Kiedy pociągam za spust rozpoczynam nigdy nie kończący się rytuał śmierci trwając w przekonaniu, że śmierć tego który teraz dostaje pocałunek od mojej kuli przyniesie lepszy byt, otworzy nową lepszą perspektywę. Mażę, aby nadszedł kiedyś te dzień, w którym mój pan przyjdzie z nagrodą.

Udało mi się wreszcie rozwiązać zagadkę mojego losu, ale konkretną odpowiedź pozostawiam tobie; każdy z nas kroczy inną drogą, do celu, którego nigdy nie jest do końca pewien, droga ta to nic innego jak sztuka wyborów, wyborów, jakie dokonujemy na własna odpowiedzialność, przez tą drogę nie musimy iść sami, mamy przyjaciół, którzy są naszym oparciem, lecz czasem i oni nas potrzebują, to ich poświęcenie jest jedną z rzeczy, która pozwala nam przetrwać tą podróż i osiągnąć nieznany nam cel… Marzę o końcu mej drogi dokładnie takim samym, jaki miała pewna starsza pani prowadząca ciastkarnię, chciałabym zakończyć mą podróż tak jak Ivya Kechotova, zestarzeć się i odejść wiedząc, że zrobiło się w życiu coś dobrego, coś, co przyniosło korzyść bliskim, coś…, czym się zasłużyło na szczerą miłość i opiekę. Niestety ja będę żyła wiecznie, zdobędę umiejętności i zostanę tym, kto podążać będzie bezkresu noce. Czuję to za każdym razem, gdy pociągam za spust, gdy stoję na granicy życia i śmierci. Tą sekundową myśl ‘spisałam’ trzymając na muszce kolejnego senatora, który jeżeli doszedłby do władzy rozpętałby następny Wietnam i choć wtedy Stany Zjednoczone Ameryki przegrały, to ja czuję się zwycięsko, z każdej sytuacji wyciągnęłam jakąś naukę, naukę, która czyni mnie człowiekiem.

Ciekawe czy ktoś przez to przebrnie ;p
Fragment zywota jednej z mojej postaci w autorskim systemie RPG.

Stojący pod zadaszonym wejściem do "Sprawiedliwego Losu" Żywokost, przesunął się lekko by zrobić miejsce kolejnym wchodzącym do suchej i ciepłej gospody klientom. Światło wylewające się przez otwarte drzwi i okna zachęcało wielu, głównie żołnierzy, lecz trafiali się i mieszczanie i pomniejsi kupcy, którzy już dzień po bitwie pod murami pojawiali się oferując swoje towary. Kontem oka dostrzegł kilka szczupłych postaci, przemykających boczą uliczką i szybko udających się na tył karczmy. Dziwki, ladacznice i kurtyzany. Gospodarz zadbał o wszystko, wykorzystując dzień gdy większość wojaków dostało przepustki. Pewnie już liczy zyski, pomyślał.
Stał jeszcze kilka chwil, podczas których zapadł zmrok a ciemne burzowe chmury wypluły z siebie strumienie deszczu. Szybko powstały kałuże, a potem małe strumienie, które z czasem zamieniły się w potoki.... Woda oczyszcza ... i wypłukuje wszystkie brudy miasta. Przez chwile obserwował strumień brudnej wody spływający ulicą w dół w stronę portu i dalej w wody zatoki. "Zatoka Śmieci" jedna z niewielu nazw, która z pewnością pasowała i oddawała stan rzeczy. Podczas dwumiesięcznego pobytu w Hunnedt położonym nad Morzem Tysiąca Mew spotkał się z wieloma nazwami, których związek z miejscem był żaden. "Plac Pozłacanych Kramów" okazał się być upadającym rynkiem, ofiarującym liche towary i niewolników a dla tych co zagłębili się dalej - sztylet w plecy. Ci którzy mieli więcej szczęścia tracili sakiewki i kilka zębów. Podobnie było z placem "Czystego Słowa". Zamiast kwiecistych przemów, poetów czy słynnych bardów, powitał go mały, otoczony szarymi smutnymi domami placyk z rozsypującą się mównicą i śpiącej w niej wiekową staruszką. Być może ciężko było wymagać splendoru i bogactwa od miasta, które trwało w oblężeniu od ponad pół roku. Ale Żywokost wiedział że nie jest to jedyny powód. To miasto było inne.. złe, brudne i bez skrupułów. Większość posiadłości wybudowano w podobnym stylu. Wydawało się, że szare, kamienne domy pochylały sie nad wąskimi uliczkami przytłaczając przechodniów. Ulice często przecinały się w najmniej oczekiwanym miejscu, wiele z nich nieprzejezdnych czasem nawet zablokowane barykadą. Całości dopełniał wizerunek nielicznych mieszkańców, cicho przemykających pod ścianami, nie patrzących w niebo, jakby bojących się że kolejna burza zaskoczy ich w otwartym miejscu a trafienie pioruna wyśle na drugą, sprawiedliwsza strone istnienia. Kapłani należeli do rzadkości. Jedynie służki Tydriss wypełniały swój obowiązek jak zawsze, jak wszędzie. Szacunek do śmierci to jedna z nielicznych rzeczy niezmiennych i wspólnych dla wszystkich miast królestwa. Wzrastający znacznie podczas wojen - dodał w myślach od siebie. Z zadumy wyrwały go pierwsze dzwieki melodii.
Rozejrzał się po opustoszałym placu. Zasłona deszczu prawie całkowicie skryła w ciemnościach okoliczne domy. Chwilę potem zabrzmiał słodki, cieńki głosik, piosenka była prosta i sprośna. Zajrzał przez otwarte okno. W śrdoku było duszno i tłoczno. W rogu na małym podeście, grając na instrumentach stało kilka zmeczonych kobiet. Przed nimi młoda kobieta - prawie dziecko śpiewała niesmiało, sciskając w rękach mały tamubryn. Czarne włosy okalały jej zmęczoną twarz i zielone podkrążone oczy. Goście akompaniowali głośno, stukajac kuflami i butami, służące uwijały się jak w ukropie roznosząc pełne kufle i misy gorącej, parującej strawy. Spocony karczmarz drygował długą drewnianą laska, wskazując kolejnych zamawiających. Z tłumu bawiących się wyłowił tych, których znał. Podniszczone mundury wojaków prezentowaly sie znacznie lepiej na tle prostych i bezbarwnych szat miejscowych. Czy w tym miescie nie barwia skór ? Czy nie dziala tu zadnen zaklad krawiecki ? Jedynie kilku z klientów, nie oklaskiwało występu. Albo byli zbyt pijani, albo jak znajomy sierżant i kilku szeregowych, z pochylonymi głowami, siedzących z dala od sceny pogrążonych było w jakiejś dyspucie. Sądząc po gestach, rozmawiali o wczorajszym szturmie. Obserwowal wszytkich po kolei, starannie przygladajac sie oczom, wyrazowi twarzy, gestom. Wszyscy wydawali sie byc calkowicie naturalni, pograzeni w zabawie, rozmowie czy tez po prostu jedzeniu i piciu. Zwykle ludzkie czynnosci, jakze proste a jakze niezbedne. Posilek, ciepla strawa, suchy kat. Odetchnal ciezko. Minie jeszcze wiele dni gdy bedzie sobie mógl na to pozwolic.
Kolejna tym razem dluga i raczej smutna piesn otrzymala gromkie brawa zanim sie jeszcze skonczyla. Grajace kobiety usiadly by odpoczac. Spiewaczka ruszyla na obchód wsród gosci, trzymajac przed soba odwrócony do góry dnem tamburyn. Nie spuszczal z niej oka, gdy przeciskala sie miedzy stolami. Malo który z miejscowych podarowal jej monete. Zolnierze natomiast sypali szczodrze. Doczekala sie równiez kilku propozycji, ale nie zwracala na nie uwagi. Wytrwale krazyla posród gosci a monet przybywalo. Dotarla w koncu do stolika przy którym siedzial sierzant i mlodziki. Uderzyla lekko w instrument chcac zwrócic na siebie uwage. Sierzant przerwal w pól zdania i odwrócil sie do dziewczyny. Nawet z miejsca w którym stal, Zywokost mógl dostrzec jak czerwona od smiechu twarz mezczyny tezeje, jak powoli bieleje a oczy wpatruja sie w drobna postac stojaca z wyciagnietym przed siebie instrumentem. Wojak zerwal sie gwaltownie, odpychajac dziewczyne, tamburyn spadl na ziemie, monety rozsypaly sie dookola. Sierzant w przerazeniu rzucil sie do wyjscia. Staranowal kilku gosci, odepchnal stojaca mu na drodze barmanke i wypadl z karczmy, na deszcz .. w strumienie oczyszczajacej z brudu wody. Zywokost ponownie skierowal wzrok w strone zielonookiej. Na chwile ich oczy spotkaly sie. Kiwnela glowa, spuszczajac powieki. W blasku pochodni na jej policzkach zalsnily lzy.
Wiec to on. Sierzant. Odwrócil sie na piecie, jeszcze raz sprawdzil czy miecze gladko i cicho wychodza z pochew i ruszyl za nim przez deszcz. Dogonil go szybko w miejscu gdzie glówna droga skrecala w strone koszar a mala odnoga prowadzila w ciemna alejke - znany i czesto wykorzystywany przez zolnierzy skrót prowadzacy do dzielnicy uciech. Jednynej, która mimo zlej sytuacji miasta, zachowala kolory i prosperowala znacznie lepiej niz kiedys.
Wojna ... czas bohaterów, grabarzy i dziwek.
Rozejrzal sie szybko. Okiennice starych domów szczelnie pozamykane. Wszystko co stanowilo jakakolwiek wartosc zostalo juz dawno rozkradzione, rozmontowane. Stojacy tu jeszcze miesiac temu kram z pachidlami, porabano na opal. Beczki na których przysiadywaly dziwki podajace sie za zielarki i wrózbitki - lezaly roztrzaskane. Nieliczne, cale klepki, plywaly w wielkich i ciemnych kaluzach, niczym dawo opuszczone statki. Zaulek w którym prezentowaly sie ladacznice - pusty. W taka pogode malo kto wlóczyl sie po miescie. Chyba, ze mial cos na sumieniu. Chyba... ze szukal sprawiedliwosci.
Idealne miejsce - pomyslal.
Uciekinier przystanal na chwile, opierajac sie o wygaszona latarnie. Pochylil sie ciezko, wymiotowal glosno.
"Sierzancie" - krzyknal przez deszcz.
Mezczyzna odwrócil sie gwaltownie, ocierajac usta. Na jego twarzy pojawil sie slaby usmiech.
"Pan porucznik widze, tez idzie sie zabawic. I ma juz towarzystwo." - wysapal.
Zywokost dopiero teraz dostrzegl u swojego boku odziana w zielony, przemoczony plaszcz, zakapturzona postac. Spojrzala na niego oczami pelnymi strachu. Dziewczyna z karczmy. Miala zostac w gospodzie, tak sie umawiali. Dlaczego tu przyszla? Czy nie dosc juz widziala ? Bez slowa odrzucila kaptur. Sierzant jeknal glosno.
"Nie, nie to nie mozesz byc ty ... nie." - mamrotal. Oczy nabiegly mu krwia, a usta zsinialy - "Zaraza ! To miasto... duchy, tu zyja duchy" - zamachal gwaltownie rekoma.
To bylo wszystko czego potrzebowal.
"Sierzancie, aresztuje was pod zarzutem gwaltu i morderstwa. Oddajcie bron." - Zywokost wyciagal dlon. Sierzant skulil sie, cofnal lekko.
"Poruczniku to duch, duch was omamil, to ona, ona mnie opentala, ... nie wierzcie jej, zlo to jest chodzace zlo." - wykrzyczal.
Tak zielone oczy nie mogly byc oczami ducha. Tak slonymi lzami nie zaplacze zaden demon.
"Oddajcie bron, na wytlumaczenie sie bedzecie mieli czas w koszarach." - powiedzial stanowczo, kladac reke na rekojesci miecza.
"Pomoge ci ! Uwolnie cie ! Ona juz ma nad toba wladze, kiedy patrzysz na mnie w jej oczach tla sie te czerwone ogniki." - wrzeszczal.
Zywokost zaryzykowal spojrzenie. Dziewczyna krzyknela cicho. W sama pore by porucznik katem oka zdazyl dostrzec blysk stali w rekach drugiego mezczyzny.
W ostatniej chwili odbil pchniecie. Sierzant mimo sporej masy, byl niezwykle szybki. Niezrazony pierwszym niepowodzeniem wyprowadzil drugi cios. Ich miecze skrzyzowaly sie. Odskoczyli i przez chwile krazyli wokól siebie jak wilki. Zywokost zaatakowal próbujac zakonczyc walke jednym celnym pchnieciem, po raz kolejny tym razem przy dzwieku blyskawic ich miecze spotkaly sie. W blysku dojrzal wykrzywiona w zlosci twarz sierzanta, to nie byl czlowiek którego znal od pnad pól roku. Skakali i wymieniali ciosy. Ciezko walczy sie w deszczu, gdy strumienie lejace sie z nieba utrudniaja patrzenie. A kaluze glebokie do kostek, skrywaly nierównosci drogi. Wyjatkowo potezny cios odrzucil porucznika w tyl, zachwial sie szukajac oparcia. Lewa noga trafila na wyrwe, by nie upasc podarl sie mieczem. Sierzant uniósl miecz do ostatniego ciosu. Zywokost lewa reka dobyl drugiego, krótkiego miecza. Za wolno, miecz drugiego mezczyzny zataczal juz smiertelny luk. Uderzyl piorun, rzucajac ich na ziemie, oslepiajac i ogluszajac. Piorun niczym poslaniec, dostarczyl wiadomosc, jeszcze nie czas zywokosta.
Pierwszy pozbieral sie Zywokost. Ruszyl w kierunku podnoszacego sie sierzanta. Naparl na niego calym cialem, rzucajac na sciane. Przyparl go, przykladajac miecz do podbrzusza.
"Jestescie aresztowani sierzancie, oskarzam was o .." - przerwal czujac nagly ból w udzie. Sierzant ani myslal sie poddawac. Stracil miecz, ale jakis sposobem zdolal dobyc sztyletu i wbic go, na szczescie niegleboko, w udo drugiego mezczyzny.
"Sierzancie.." - wycharczal Zywokost.
"Nie mozesz mnie zabic poruczniku." - wysyczal mezczyzna - "Nie mozesz zabic podwladnego." - dodal zwiekszajac nacisk na sztylet.
"Sierzancie, wykorzystujac regulamin oficera, zwalniam cie ze sluzby." - powiedzial spokojnie porucznik, zdajac szybki cios w podbrzusze.
Oczy sierzana wypelnil ból. Zwyokost zaslonil mu usta.
"Tak wlasnie ja trzymales ? Zasloniles jej usta by nie krzyczala ? - pchnal ostrze glebiej. Ciepla Krew trysnela mu na dlon. Nacisk sierzanta na sztylet ustapil. "Czula dokladnie to samo co ty teraz, ciepla krew i ból, gdy wdzierales sie w nia wbrew jej woli bydlaku."
"Ale przeciez to ona, wyjeczal przez palce zywokosta." - patrzac przestraszonymi oczami na dziewczyne.
"To jej siostra blizniaczka, która znalazla ja rano w stodole, pólnaga i zmaltretowana. Posiniaczona od pasa w dól. Bezbronna. Doczolgala sie prawie do drzwi, ale byla za slaba...jej oczy ... zgasly .. zostawiles ja na pewna smierc. " - ostatnie slowa prawie wykrzyczal. - "Zostawiles ja na smierc, tak ja teraz zostawie ciebie." - mówiac to wyszarpnal miecz. Chlusnela krew, sierzant próbowal zlapac wysuwajace sie z glebokiej rany wnetrznosci. Padajacy deszcz szybko zmywal krew. Woda oczyszcza... brudy miasta.
Zwywokost odsunal sie. Szybkim ruchem wyciagnal ze swojego uda sztylet sierzanta i rzucil go mu pod nogi. Ranny z ciezkim charkotem osunal sie na ziemie. Na czworaka zaczal pelznac w strone koszar. Sapal blagalnie o pomoc, o darowanie winy. Porucznik jednak nie ruszyl sie z miejsca. Po chwili obrócil sie i ruszyl z powrotem do karczmy. Deszcz przybral na sile. Rozejrzal sie w poszukiwaniu dziewczyny. Nie mogl jej dostrzec przez zaslone deszczu. Przez niebo przetoczyly sie kolejne gromy. Zatrzeszczaly w zawiasach niedomkniete okiennice. Z miejsca w którym zostawil sierzanta dobiegl go pelen strachu krzyk. W blysku pioruna dojrzal lezacego na plecach mezczyzne i mala odziana w plaszcz postac zatapiajaca w jego szyi jego wlasny sztylet. To zle miasto, dziwne, brutalne.
Odwrócil sie w strone swiatel gospody. Tam ciagle gra muzyka. "Sprawiedliwy los" ponownie przeczytal napis nad wejsciem. Sprawiedliwy los, to czasem nasza wlasna reka pomyslal spogladajac swoja zakrwawiona dlon.
Naz, jak ja uwielbiam Todha
Na razie skupiłem się na opowaidaniu Forisa. Całkiem niezłe opowiadanko, ale kłuje po oczach niewielka ilość opisów. Jednym słowem - za dużo dialogu za mało tego co dokoła bohaterów, a tak jest całkiem, całkiem

pozdrawiam
Teraz ja, przygotujcie się na głębokie doznania artystyczne :
Zaprzedana Dusza
- Podpisujesz, czy nie? - naciskał dziwny człowiek.
- To czego chcesz? - po raz kolejny zapytał coraz bardziej trzeźwy pijak. - W ciemno nie idę.
- Twojej duszy - usłyszał.
- Ha, ha, ha! Trzeba ją mieć. Moja stara mówi, że ze mnie bezduszny facet, to co mi tam... Bierz! Ale nie za darmo! Co to, to nie!
- My jesteśmy porządna firma! Dotrzymujemy umowy. Realizujemy każde zamówienie objęte umową. A co byś sobie życzył? - spytał diabeł, bo to on był we własnej osobie, ogniki radości zapłonęły w oczach na myśl o tak prostej zdobyczy.
- No tak - zaczął całkiem wytrzeźwiały mężczyzna. - no tak... Chcę chevroleta corvetę. Czerwoną, jak twoja koszula, do licha!
- Już mówiłem, że licho to ja...
- Cicho, bo ktoś usłyszy i nici z umowy. I żebyś zamienił tę kulawą barmankę w gwiazdę filmową. I... i... dziesięć milionów dolarów na koncie w Szwajcarii, żebym mógł sobie kupić willę na Majorcę.
- To wszystko. Trzy życzenia. Teraz proszę mały podpisik... No, nie długopisem! Co ty?! Przepraszam, muszę cię ukłuć...
- Ty! Co robisz?! Skaleczyłeś mnie!
- Przepraszam, tak trzeba... Musisz podpisać krwią...
- Ale pióro! Gęś po drodze oskubałeś, czy zakosiłeś z muzeum? - podpisujący zarechotał na widok dziwnego przyrządu.
- To tradycja... Byle czym nie załatwiamy poważnych kontraktów. Gotowe. Teraz do roboty. Gotowy, bo ja tak? - diabeł sprężył się, aż lekka mgła uniosła się wokół niego i rozszedł się dziwny zapach.
- Siarka? - zdziwił się mężczyzna.
- A ty myślisz, że co? Fiołków w piekle nie hodujemy! Samochód czeka! - rzucił demon. - Taki miał być?
- No... a barmanka?
- Za tobą
- Ale laska!... - diabli wspólnik zaniemówił z zaskoczenia.
- Umowa? - spytał uśmiechnięty diabeł, wyciągając rękę.
- Umowa! - mężczyzna podał czartowi rękę.
Wtedy trzasnęły drzwi baru, w którym siedział pijak i rozległ się przeraźliwy wrzask:
- Ty pijanico bezwstydna! Ja ci...
Ale demon nie czekał na dalszy ciąg tego zdarzenia. Od czasu historii z panią Twardowską unikał kobiet, jak święconej wody. Postanowił sam pilnować pijaka, więc skurczył się i wskoczył do pustej butelki po winie "Arizona". Odmieniony i całkiem trzeźwy szczęśliwiec chwycił butelkę, pociągnął aktorkę/barmankę za rękę i wyjściem dla personelu umknęli przed rozwścieczoną kobietą - jego żoną. Butelka trafiła do bagażnika, nowi milionerzy z piskiem opon ruszyli w świat. Żyli długo i szczęśliwie, w wilii na Majorce, na Seszelach i wielu innych miejscach, a z bagażnika samochodu niekiedy dochodziły dziwne dźwięki...

To opowiadanie kiedyś napisałam na szkolny konkurs literacki. Zajęłam pierwsze miejsce. Nie jest jakieś wyjątkowe, ot taka opowiastka .
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • latwa-kasiora.pev.pl