ďťż
Epilog - Gracze


Bo człowiek głupi jest tak bez przyczyny

[Ten temat przeznaczony jest na to, byście we wszelaki sposób opisali, co działo się z waszymi postaciami przez te trzy miesiące - oczywiście, w rozsądnej formie. Jest to temat na waszą inwencję.]


Resmer Darantaz
Któregoś deszczowego dnia halruaański czarodziej, Resmer Darantaz po prostu przepadł z wyspy. Z nikim się teoretycznie nie pożegnał, ani nawet nie zamienił słowa. Razem z magiem wyspę opuściła na dobre jego siostra, Sarade. Niektórzy twierdzą że czarodziejowi po prostu przestały całkowicie odpowiadać władze wyspy, inni że to efekt znudzenia lub ucieczka od czegoś aby uzyskać chwilę spokoju. Faktem jednakże jest, że przez jakiś czas widziano maga w Waterdeep, w towarzystwie jakieś ciemnoskórej półelfki (Ba, niektórzy wręcz uważają że była w połowie mroczną elfką). Później podobno udał się do swej ojczyzny - Halruaa, z zamiarem wstąpienia do Rady Starszych... Nie wiadomo jakie są dalsze losy Resmera Darantaza.

Tobur Minelorx
Czarnobrody, łysawy krasnoludzki mag, przez trzy miesiące praktycznie nie widział na oczy świata zewnętrznego nie opuszczając na krok Cytadeli Eiverhow. Podobno na dobre pochłonęła go praca nad metodami oswajania i wychowywania wywern...

Rond Treasqe
'Kapitan' Treasqe opuścił wyspę zaraz po tym, jak doszła do niego wieść o pojawieniu się Rundleen w Aulos. Niczym poparzony wybył na kontynent. Z wszelakich informacji wynika, że wrócił nad Morze Wewnętrzne, dość często kursując w okolicy Smoczych Wysp...
Ferran:

Nie ja byłem pierwszy do wybaczenia zabłąkanym braciom i bardzo tego żałuję. Ale jestem dumny z tego, co stoi nad wszelkimi elfami i koniec końców spaja ich choćby najbardziej zwaśnione serca. Jestem dumny z naszej jedności. Jestem wdzięczny Seldarine.

Ferran przyjął Separatystów, gdy ci skruszeni powrócili do swych domostw. Wygłosił poruszającą mowę, a potem wspierał pojedynczo słowem każdego elfa, który tego wymagał.

Przez te trzy miesiące Ferran bardzo często był widywany w świątyni Seldarine i dość często widywany poza nią, nawet poza Lasem Elfów. Cóż, opiekował się swą ukochaną, mroczną elfką Alyae, gdy tej opieki zaczęła potrzebować coraz bardziej... W Lesie zaś zajmował się poezją, harfą, magią.

Powrót rebeliantów zmienił Ferrana... A jak? Okaże się...

Jack Westwood:

Nie porzucił zbroi, nie porzucił miecza, ale porzucił te dwadzieścia noży do rzucania i wytrychy, które chował po kieszeniach. Był złodziejem. Ale postanowił nieco zmienić swą ścieżkę.

Nycael Ahmaquissar:

Ten zaś, zamiast wspierać Malthen Canath z Aeris, postanowił wrócić do domu rodzinnego i stamtąd utrzymywać handlowe kontakty z Aeris.

Mam nadzieję, że sobie poradzisz, Seriandzie.
Fyanath Enethil
Choć tiefling starał się nie popadać w rutynę, żył dość stałym biegiem - grywał na rynku i w obozie, zdobywając trochę monet na życie, często przechadzał się w okolicach latarni morskiej ćwicząc i szukając inspiracji w szmerach drzew, rozgwieżdżonym niebie i szumie oceanu.


Żaba

Cienie raz są, a raz ich nie ma.
Niektórzy mówią, że to zależy od położenia słońca na niebie albo od jego całkowitego braku. Być może mają słuszność, pomyślałby ten, kto nie wie pewnych rzeczy, kto nie ma pojęcia o pewnych sekretach...

Żaby nie ma. Był i zniknął. Wiele mówił, niewiele zrobił, ale to nieistotne.
Lecz czy to, co mówił było prawdą? Kto wie? A może wciąż jednak gdzieś tam jest? Gdzieś tam z boku. Stoi i obserwuje, uśmiecha się i szepcze czułe słówka. Prawdziwe, czy też nie.

Zdrada to potężna broń, zwłaszcza, gdy nikt nie wie gdzie cie szukać.
Tak właśnie by pomyślał Żaba, którego nie ma.

Salavar od dłuższego czasu nie pojawiał się w obozie ani w okolicach Portu. Można by pomyśleć, że niefortunnie trafił na silnego wojownika, który wziął go za jednego z Separatystów i młody elf musiał pożegnać się z życiem. Jednak tak nie było… Elf przemierzał samotnie zakamarki wyspy z niewiadomych przyczyn nie pokazując się wśród dawnych znajomych. Obserwował z daleka wydarzenia, jakie miały miejsce na wyspie. Widział pożar obozu siedząc na jednym z oddalonych wzgórz, jak również pożar winnicy w Lesie elfów. Doszły do niego również słuchy o powrocie jego Braci, niegdyś walczących z ludźmi jako Separatyści. Niektórzy w tym czasie mogli wypatrywać i Jego powrotu (wśród Separatystów), jednak ci musieli się rozczarować. Elf, jak zniknął, tak dotąd się nie pojawił.

Nadszedł jednak czas wielkich zmian. Kolejne dzielnice miasta pojawiały się na wyspie w dość szybkim tempie. Do Portu Aulos zaczęły przypływać kompanie handlowe z pobliskich miast, oferując swe usługi i towary. Elf zaciekawiony zmianami przypatrywał się im z ukrycia. Przez ten cały czas towarzyszyła mu jego czarna kotka, – Taurdae – starając się zastąpić mu towarzystwo tych, z którymi do niedawna przebywał.

Jakie emocje tliły się w jego duszy? Cóż. Trudno powiedzieć. Miał przyczynę, przez którą porzucił na dłuższy czas kontakt z innymi, jednak niewątpliwie ogarniały go smutek i tęsknota. Zajmował sobie czas na wspólnych polowaniach z Taurdae, by nie myśleć o swej sytuacji i stłumić w sobie chęć powrotu – przy najmniej do jakiegoś czasu. Często odwiedzał elfią kapłankę Thalię, jak zwykle częstując się owocami, które zastawiały stół w Lesie Ludu. Elfka nie wypytywała go o jego sytuację, choć widziała, że wielokrotnie znikał, potrafiąc nie wracać przez wiele dekadni. Jedynym człowiekiem, z którym kontaktował się (nie osobiście) przez ten cały czas, była kapłanka Sefri. W namiocie medyka kilkakrotnie pojawiały się małe ilości słodkich owoców, rzadko z dołączoną krótką wiadomością na kawałku pergaminu. Jednak także i Jej nie wyjawił przyczyny swego zniknięcia, polecając jedynie by dbała o siebie. Dawał Jej w ten sposób oznaki, że jeszcze żyje, a tym samym ma zamiar wrócić gdy czas nadejdzie. Kiedy będzie miało to miejsce? Zobaczymy…

Unen Melve'fer
Przez ostatni czas, ci którzy zwracali uwagę na młodego drowa zauważyli, że starał się unikać cywilizowanych miejsc.
Wiele czasu spędził w górach na medytacjach oraz rozmyślaniach. Kilka osób spotkało go, gdy zaciekle polował na gobliny, zawsze podchodził je z zaskoczenia, zawsze z tym samym uśmiechem, który wyglądał przeraźliwie w połączeniu z jego ostrymi rysami twarzy.
Jeśli już udało się go spotkać w mieście to jedynie w towarzystwie swoich kompanów z Akh D'Isto, czasami przesiadywał w karczmie słuchając wieści i odpoczywając po podróżach.
Kto nadstawia ucha na wieści o mrocznych elfach wie, że zdarzały się też wschody księżyca, które spędzał ze swoim przyjacielem Ilrynem Druu'giirem oraz kapłanką Pani Tańca Qualnvyll z którą ponoć wiążą go nici uczuć.
Od kilku dni Unen znowu częściej odwiedza miasto strojąc się przy tym nadmiernie i częściej niż zwykle wznosząc twarz ku niebu.

Alaiven Nivael
Elf, nie żegnając się prawie z nikim, pierwszym możliwym środkiem transportu udał się do Waterdeep, by tam załatwić wszystkie mniej znaczące sprawy i odwiedzić rodzinę. Sprzedał także część swojego majątku i zostawił złoto w rodzinnym domu.
Jinli z Dżungli Chult

Dzikus Jinli większość swojego czasu spędził na wycieczkach po ziemiach psiogłowych i goblinów, odpowiednio dbając o liczebność tychże gatunków. Często można go było także spotkać w obozie, kiedy to złorzeczył na wszelkiego rodzaju dziwactwa w postaci smolistych elfów i długouchych pawianów. Jak tylko mógł, wspomagał wieśniaków, ofiarowując im rozliczne dobra typu: dziurawe płaszcze, sztabki żelaza, czosnek... Dbał ponadto o interesy swoje i Glasy, udzielając tanich pożyczek w ramach Zachodniochultskiej Kompanii Handlowej. Ostatecznie porzucił swoje ambitne plany, związane z inwestycjami na wyspie i osiedlił się w prowizorycznym szałasie, nieopodal Nowego Aulos.

Gwardia Aeris. (Czyli o nieszczęsnych strażnikach)



Kiedyś to wszystko zaczęło się od Straży Aeris prowadzonej przez Paladynkę Arvein Ankhezim i Laziire Fernan. Jedna z nich poświęciła swoje życie w obronie Silwood przed smokami walcząc do końca. Pozostał po niej jedynie skrawek czerwonego płaszcza, który potem został symbolem dla młodego wojownika ze wschodu. Nie należy zapomnieć, że na wyspie Aeris, straż czy po prostu osoby broniące sprawiedliwości i pokoju zawsze były najlepsze. Dlatego do dzisiaj krążą legendy na temat wojowników, którzy z zapartym tchem bronili walącej się świątyni.

Po rozwiązaniu Straży wszystko się zmieniło. Dla niektórych na lepsze, a dla innych na gorsze. Nie mnie jednak jest oceniać, co jest prawdą, a jedynie o tym wspomnieć. Rudowłosy chłopak jednak nie poprzestał w swojej misji, ciągle mając w swoim sercu widok martwej dowódcy i całą drogę jaką z nią przebył. Zaczął rekrutować i zbierać bohaterów, poszukiwaczy przygód, którzy popierali jego wizję świata pozbawionego przemocy czy gnębienia słabszych. Pieniądze na inwestycje dostawał od podróżnych, którym pomagał na trakcie, starał się jak mógł by przywrócić nadzieję.

Pewnego piękna dnia udało mu się skompletować drużynę zdolną chronić Aeris za cenę własnego życia. On bardziej traktował ich jako przyjaciół, ale pod maską stanowczości i spokoju dało się to wyczuć. Gwardia Aeris, bo tak nazwał nową stworzoną organizację do sprawowania ochrony powoli się rozwijała. Nieco później skorzystał nawet z sojuszu Szarych Czarodzieji by żadna plugawa magia nie dotknęła biednych mieszkańców.

Noelan Hectronal spełniał się wyśmienicie jako zwiadowca i osoba wtykająca swój nos w wszystkie sprawy. Serlith Moonrose jako jego mentalny spadkobierca całym sercem był poświęcony pracy, choć jego natura mogła temu przeczyć. Hanus Longnif był doskonałym wsparciem zbrojnym razem z swoim kolegom Albrechtem i Kastonem. Niewiele osób mogło to zauważyć, ale było w nim coś podobnego do Davaricka, byłego przyjaciela dowódcy. Może dlatego tak bardzo mu ufał.

Jedno było pewne, że traktował ich jak swoją własną rodzinę, a za każdego z nich oddałby swoje życie bez wahania. Mimo swojej żelaznej woli miewał również upadki. Przed jego oczyma pojawiały się dwie ścieżki, których nie mógł połączyć. Przyjaźń i służba. Gdy poświęcił się wykonywaniu obowiązków i ratowaniu bezbronnych to wiele osób potępiło go za jego decyzję, a nawet odseparowało. Starał się tego nie okazywać, ale nawet przez Maskę Samuraja przebrnęło wiele uczuć.

Nastały jednak chwile chwały. Mawiano, że gdy zapadnie zmrok musi wzejść słońce. Po wyspie drążyło wiele szajek bandytów, tych bardziej zorganizowanych i tych mniej. Pracowali bez żadnego wypoczynku, a o ich dowódcy mówiło się, że w ogóle nie spał.
Tylko skąd on potem brał siłę na walkę? Coraz mniej widziano złoczyńców, a szala zaczęła się przechylać w stronę zwycięstwa. Z pomocą Gwardii Eiverhow udało się schwytać przywódców, a cały proceder zamknąć na dobre.

Można by wiele opowiadać o zadaniach wykonanych przez tych wytrwałych obrońców, których nie powstydziłby się sam Torm. Wieśniacy otrzymali od nich skóry, budowniczy mieli kamienie, potrzebujący pieniądze dzięki pomocy Kapłanki Ilmatera Sefri o której wspominano jak o Aniele. Ale czy to wszystko było ważne? Nawet widziano, jak pomagano w uprawach rolnych by wszyscy mieli, co jeść. To było najpiękniejsze w tym wszystkim. Nie oczekiwali potęgi, władzy, złota, a jedynie szczodrego uśmiechu najzwyklejszego człowieka, elfa, a także diabelskiego drowa.

Dobry dowódca pozostawia w swoich podopiecznych ziarnko swojej filozofii i służby. Czy można tego odmówić temu chłopakowi? Zginął w dziwny dla wielu osób sposób. Samobójstwo to straszny czyn zasługujący na potępienie. Niech ocenią to bogowie. Ja nadal nie znam odpowiedzi na jedno pytanie Przyjaźń czy Służba?
Ale przejdźmy do dalszej części. Pozycję dowódcy przejął Serlith Moonrose, wielu mogło to się nie podobać, ale odziedziczył po poprzednim dowódcy dobre serce. Czyżby to był cel zamierzony? Możliwe. Bo jak inaczej pozostawić po sobie jakąś część, jak nie przez dążenie do miłości i wszechobecnego pokoju. Tak się kończy opowieść o chłopaku zwanym Laviet Kiten.

Los zdaje się nie być łaskawy dla żadnego z dowódców na tej wyspie.

Ale to nie koniec, gdyż jest do opisania jeszcze następna historia o kolejnym dowódcy.

....................... To be continued.

Raverius

Przez ostatnie trzy miesiace Raverius Iriavodies, Kat Nowego Aulos, coraz bardziej sie w sobie zamykał. Był opryskliwy i nieuprzejmy, a mocno podkrążone oczy wskazywały, że sypiał coraz gorzej. Wpadał w coraz gorsze towarzystwo, a jego najlepszymi przyjaciółmi stały sie flasze gorzały i wina. Łatwo wpadał w złość, na drowy i przedstawicieli ras innych niż ludzie patrzył jeszcze krzywiej niż zwykle. Przed wysoko postawionymi osobami grał osobę kulturalną, światłą i oczytaną, ale była to tylko gra. Coraz częściej bawił sie swoimi szczypcami do tortur i bełkotał coś cicho, powoli wpadając z nieznanych powodów w szaleństwo. Nawet grupe nielicznych znajomych traktował niemiło.

Trwało to dwa miesiące i dwa dekadnie. Przy ścinaniu zamachowców jego oczy nienaturalnie błyszczały, a twarz miała dziwny, jakby nieobecny wyraz.

Potem Raverius po prostu wypłynął na Aeris, informując jedynie Namiestnika i najbliższych przyjaciół o swoim wyjeździe. Jeśli ktoś go zapytał o cel podróży, odparł tylko, że jedzie w szeroko rozumiane okolice Morza Księżycowego.

Merin Rivenstone

Losy gnoma w zielonym kapeluszu nie są dokońca znane. Pewnego dnia po prostu zniknął z wyspy. Jak głoszą lokalne plotki, szeptane głównie wśród gnomów, zginął w wybuchu podczas jednego ze swych alchemicznych eksperymentów. Jednak ci którzy znali znali Merina lepiej (i jego alchemiczne talenty) twierdzili, że wciąż przebywa na wyspie, kryjąc się gdzieś w lasach na tyle skutecznie, że nawet sam Cienistoszaty byłby zdumiony.
Qualnvyll

Jak co noc można ja było zobaczyć jak tańczy w nocy sama nago, trzymając w dłoni swój miecz. Szeptano, mówiono o niej. Różne rzeczy, część była zmyślona, część prawdziwa. Często widywano ją w obozie, właściwie co dzień. I jak co dzień przyjmowała ludzi, z uśmiechem na ustach, otaczając ich opieką i pomagając nie tylko uleczyć rany, nastawić złamania, ale też pośmiać się z nimi, porozmawiać. Także mówiono że pracuje w gwardii, ale tu mówiono że to nieprawda raczej, w końcu drowy do gwardii przyjmować mieli? Wielu nie dawało wiary. Widywano ją w towarzystwie swoich pobratymców, a także jednej drowki. Ostatnim czasem najwięcej czasu spędzała z jednym z nich, niektórym znanym jako Unen. Ale czy coś ich łączyło? Coś więcej niż tylko sprawy wspólnoty drowiej? Niektórzy mówili że tak, ale to ponoć plotki były. Jednak mimo iż czuli że stara się być miła, to ludzie mówili bardziej o tym co się działo wokół niej ciekawego.
Kiri Grevey

Przez ostatnie miesiące jego osoba bardzo rzadko zostawała w jednym miejscu na dłużej niż kilka godzin. Większość ludzi i nieludzi mogła go zobaczyć tylko w tych krótkich chwilach, gdy nagle pojawiał się lub znikał z głośnym trzaskiem. Podczas tych niewielu rozmów, które nie sprowadzały się do załatwiania interesów, zachowywał się jeszcze bardziej chamsko i opryskliwie niż zwykle. Jego twarz stała się maską niewyrażającą żadnych emocji i uczuć, przynajmniej dla osób postronnych. Tylko kilku jego najbliższych znajomych miało zaszczyt, wątpliwy według niektórych, oglądać jego dawne oblicze, chociaż i tutaj coraz rzadziej można było dostrzec choćby cień uśmiechu, a jeśli już to w większości wypadków był on wymuszony, sztuczny i przesłodzony do granic możliwości. Grupka naprawdę nielicznych widziała, że część swojego wolnego czasu spędza z innym magiem, niejakim Xaemarem. Kruczowłosy, podczas tych spotkań, krzywił się jeszcze bardziej niż zwykle, co kilkanaście sekund wypluwając z siebie kolejną litanię przekleństw albo przydługich ripost.
Podczas ostatnich dwóch tygodni nawet niewprawne oko może dostrzec, że na jego dłoniach pojawiło się kilka kunsztownie wykonanych pierścieni, promieniujących w ciemności delikatnym światłem. Szaty, które nosi są zrobione z wyraźnie lepszych materiałów, a on sam w dziwny sposób wrócił na łono społeczeństwa…

Serlith Moonrose
Elfa widywano rzadziej niż zwykle, mówiło się, że pogrążył się w księgach, a miecz odłożył na bok. Nieprawda to jednak, bowiem były też chwile, gdy widziano jak ostrzem i magią powstrzymywał bandytów na szlaku i w ciemniejszych zaułkach Aulos. Jednakże zmienił się, stał się nieco powazniejszy, może ponury. Odbiła się na nim praca w Gwardii, obowiązki i zdrowie.
Jakiś czas walczył z czymś, o czym niektórzy powiadali, że było klątwą, a przez co wyglądał na cień niegdysiejszej swej postaci. W końcu widać udało mu się wrócić do sił, bowiem znów pojawiał się na szlaku i w różnych zakątkach wyspy.
Nie posiadał jednak tak samo stanowczej osobowości jak niegdyś. Zmiany widać też było, gdy walczył. Nie rzucał się już jak niegdyś w wir walki, uderzając magią i uderzając z pewną prostotą i brutalnością wrogów. Stał się ostrożniejszy, ciosy wyprowadzał finezyjne, czary wplatając w walkę płynniej niż dotychczas. Wydawało się, że miecz i magia są u niego teraz jednością. Jednakże rzadziej niż niegdyś bronił się ostrzem, pokładając widać większe zaufanie w swych zaklęciach, a zaklętą klingę pozostawiał atakowi.

Pozostał w Aulos. Gdy wielu elfów odeszło do lasów, on uznał, że towarzysze broni i pamięć o poległych trzymają go w tym mieście. Po części, co bardziej cyniczni stwierdzali, został dla prestiżu i złota. Mijało się to z prawdą, bo elf niewiele posiadał na własność, a większość zarobków przeznaczał na pomoc wychowanym przez ulicę dzieciom.
Na wieść o powrocie Separatystów pokiwał tylko głową z pewnym zrozumieniem, widać wiedział o tym nieco więcej. Sam jednak milczał, gdy rozmowa na te tematy schodziła.
Ostatnio wydawać się zaczęło, że młody bądź co bądź elf popada w stagnację, przerywaną lekkim niepokojem. Rutyna zaczynała go męczyć...

Sefri

Przez te trzy miesiące Sefri robiła to co lubiła najbardziej, pomagała potrzebującym dzieląc się z nimi wszystkim czym miała, lecząc ich rany i opiekując się dziećmi które straciły rodziców. Uznała że wielki świat pełen bohaterów i epickich wydarzeń nie pasuje do niej, więc postanowiła się odizolować i skupić na pomaganiu zwykłym mieszkańcom. Nie zyskała na tym żadnych nowych doświadczeń ani chwały ale z całą pewnością poczuła się o wiele lepiej.
Widząc jak sytuacja na wyspie się uspokaja większość swego czasu spędziła wśród potrzebujących zupełnie rezygnując z walki pozostawiając ją bardziej utalentowanym osobom o dobrych sercach.
Odwiedzała też osoby bliskie jej sercu nieśmiało wypytując o ich potrzeby, jednocześnie zamartwiając się o te o których zaginął słuch...
Dragan Calantar
Dla Namiesnika Nowego Aulos ostatnie trzy miesiące na pewno nie należały do łatwych. Można wręcz zaryzykować stwiedzenie, że były one dla niego bardzo ciężkie. Trzeba przyznać, że miał mnóstwo pracy na głowie - kończąca się właśnie budowa głownej dzielnicy Nowego Aulos, liczne negocjacje umów z przeróżnymi organizacjami z Faerunu, aktywna walka z mrocznymi kultami, które spędzały do tej pory sen z powiek mieszkańców Lenna, kilka podróży na Kontynent. Służbowych, prywatnych, w interesach? Tego nie wiadomo.

Priorytetem Dragana stało się zapewnienie Nowemu Aulos dobrobytu i bezpieczeństwa - wszelkimi dostępnymi środkami. Często ingerował osobiście w treść umów zawartych przez Nowe Aulos - tak, aby Lenno skorzystało na nich jak najbardziej. Przekonał Wysokich Lordów do tak kontrowersyjnych pomysłów, jak nawiązanie kontaktów z Rundeen czy Czerwonymi Czarodziejami z Thay. Chodzą słuchy, że od tych ostatnich Miasto ma uzyskać własnego golema - takiego samego, jakiego ma Eiverhow. Całkiem możliwe, że są one mocno przesadzone, ale z Thayanami i Namiestnikiem niczego nie można być pewnym do końca. Pogłoski o tym, jakoby tylko przesiadywał w Ratuszu były zdecydowanie krzywdzące i niesprawiedliwe. Zresztą, po pewnym czasie ich głoszenie stało się dość ryzykowne. A to za sprawą oczka w głowie Dragana, czyli Garnizonu - będącego w pełnym stanie osobowym, należycie wyekwipowanego i sprawnie wykonującego wszystkie powierzone mu obowiązki. Z drugiej strony, Namiestnik bardzo często sam wymyślał i puszczał w obieg przeróżne plotki na swój temat. Być może w kilku spośród nich tkwi nawet jakieś ziarno prawdy?

Z drugiej strony, Dragan rozpoczął odbudowę farm znajdujących się przed wojną domową i starciem ze smokami na terenie dzisiejszego Lenna. Tym razem mają być one budowane inaczej - tak, aby zapewnić im maksymalną wydajność i zwiększenie produkcji żywności na potrzeby rozwijającego się miasta. Niektórzy mówią, że likwidacja tymczasowego Obozu uchodźców sprawiła Namiestnikowi dużą przyjemność. Ciężko było to po nim poznać. Pewnym jest fakt, że osobiście oglądał ostateczną przeprowadzkę ludności do Miasta. Czerwoni Czarodzieje na Wyspie pojawili się sami. Za to Miecze Panienki pojawiły się na Aeris na wyraźne zaproszenie Dragana. Lunatyczki miały zapewnioną kwaterę oraz wszelką niezbędną pomoc od Miasta - podobnie jak Hoaryci i inne siły, które chciały wesprzeć Namiestnika w oczyszczaniu Lenna z wszelkiego plugastwa. Także rodzime organizacje mogły liczyć na wsparcie ze strony Nowego Aulos w pozyskaniu siedziby na terenie Miasta. A że to wsparcie ograniczało się głównie do zgody i korzystnych warunków spłaty...

Największym zmartwieniem Dragana była niewątpliwie strata ukochanej żony. Jak powszechnie na Aeris wiadomo, Lady Lenya Calantar - wraz z niejaką Sinzyne Ousstlar - zaginęły w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach. Prawdę o tym, co się stało naprawdę kilka osób na Wyspie zna. Na pewno jednak nikt się od Dragana nic nowego na ten temat nie dowie. Nawet wąskie grono 'wtajemniczonych' nie otrzymało żadnej nowej informacji. Być może dlatego, że nie było żadnej? A może dlatego, że prawda okazała się o wiele straszniejsza od ploteczek, jakie swego czasu można było usłyszeć?

Co tak naprawdę rozgrywało się przez te trzy miesiące w głowie i w sercu Namiestnika? To wie tylko on sam. Natomiast każdy, kto go spotkał przez ten czas mógł zaobserwować pewne zmiany. Niepokojące, warto dodać. Niegdyś rozmowny i wylewny Dragan Calantar stał się człowiekiem małomównym, zamkniętym w sobie. I - przede wszystkim - bardzo skrytym. Nawet swoim najbliższym wspólpracownikom nie wyjawiał szczegółów swoich planów. Najczęściej dowiadywali się tylko i wyłącznie o o tym, o czym wiedzieć musieli. Starał się też nie pokazywać swoich emocji zewnątrznemu światu. I trzeba przyznać, że naprawdę nieźle mu to wychodziło. Jeżeli już coś gościło na twarzy Dragana, to był to najczęściej drwiący półuśmiech. Jednak niektóre rzeczy były po prostu widoczne gołym okiem - bardzo wychudł przez ten czas. Od zniknięcia Lenyi naprawdę mało jadł i bardzo krótko sypiał. Podobno zaczął też panicznie unikać luster. Nie wiadomo dlaczego. Na początku pierwszego miesiąca - podobno jakimś starym, cormyrskim zwyczajem, którym upamiętniano utratę kogoś bliskiego - ściął włosy. Wyglądał wówczas jak swój własny cień - wiecznie podkrążone i przekrwione oczy, blada cera, ogólne zaniedbanie. Wtedy właśnie postanowił odłożyć swoje prywatne problemy na bok i poświęcić się całkowicie pracy. Być może dlatego, żeby przestać się zadręczać, zagłuszyć jakieś wyrzuty sumienia? A może po prostu chciał poprawić los mieszkańców Lenna, skoro nie mógł nic zrobić ze swoim własnym? Nie wiadomo. Ważne, że do pewnego stopnia wyszło mu to na dobre. Włosy w końcu odrosły, cera nabrała zdrowego koloru a w oczach pojawił się jakiś dziwny błysk. Nie stracił też swojego poczucia humoru. Ciężko też powiedzieć, że mu się przez ten czas wypaczyło. Zawsze było trochę spaczone.

Odciął się też do pewnego stopnia od części znajomych wybierając towarzystwo Magistratu i żołnierzy Garnizonu. I Thayan. Przy okazji kontaktów z Enklawą zakumplował się z niejakim Sehetem Amraphenem, jednym z wysoko postawionych Czerwonych Czarodziei. Gildie kupieckie i Gwardia poszły na jakiś czas w odstawkę. Nie to, żeby zostały potraktowane przez Namiestnika jak narzędzia, które się wrzuca do komórki, gdy przestaną być już użyteczne. Skądże znowu! Po prostu przestał ingerować w sprawy, które nie dotyczyły bezpośrednio jego samego, lub Nowego Aulos.

Jedno jednak pozostało niezmienione. Na palcu wskazującym prawej dłoni Namiestnika można zawsze dostrzec ślubną obrączkę...

Khalum Glanthic(tak tak, Glanthic nie Brawnanvil)

W okresie izolacji, Khalum zajął się nadzorowaniem przebudowy Cytadeli, jak i uregulowaniem kontraktów Eiverhow. Był jednak mimo wszystko widywany często, szczególnie w okolicach Karczmy Pod Trzema Mieczami i Twierdzy Gwiazdy. Zasłyszano także, że krasnoludy z Cytadeli przybrały nowe nazwisko Glanthic, co oznacza w krasnoludzkiej mowie Zapomniani Zwycięzcy. Czemu? Nie wiadomo... Wiadomo jednak, że blond brody krasnolud postanowił oddać się w pełni Cytadeli i obowiązkom...

Anreil

Półdrow rozejrzał się spokojnie po ruinach Silwood, po czym ruszył w kierunku Aulos. Nie pożegnawszy się z nikim poza wyznawcami Eilistraee i byłymi towarzyszami z Straży Aeris wsiadł na okręt do Waterdeep.
Niektórzy powiadają, że wezwała go sama Quilue Veladorn... Po co? Nie wiadomo...


Lereah

Czarownica spojrzała na budowę Szarej Wieży, po czym starła łzę z policzka. Następnie spojrzała na Nashię i Etiena.
- Bywajcie...Może uda mi się go odnaleźć... Taka mam nadzieję.
A potem słuch o niej zaginął, niektórzy powiadają, że czarownica udała się do Tethyru, a później do Calimshanu, by odnaleźć swego ukochanego.


Letiriel Le'Tner

Elfka stała na baszcie Twierdzy Gwiazdy spoglądając z niej na odległe mury Aulos, po czym spojrzała na elfa w białej szacie. Przemówiła spokojnym melodyjnym głosem w mowie N'Tel'Quess:
- Bracie... Spróbuję...
Po czym opadła w ramiona swego brata.

Później widać było, spore grupy knechtów ćwiczących fechtunek na dziedzińcu Twierdzy, zaś wozy z towarami wtaczały się i wytaczały z niej i do niej. W końcu nie na próżno wlano w nią ilości złota, o których mało kto marzył...


Seriand Hawksong

Elf spokojnie spędził ostatnie trzy miesiące, pomagając Thalii i służąc jej ochroną. Szkolił jednak ciągle swe umiejętności walki ostrzami, jak i łukiem... A teraz? kto wie, ponoć ma w planach stworzenie Elfiej Gwardii...

Teretti Depocken

Podróż, powrót... I ból... Ból, po tym jaką cenę poniosła natura na Aeris. Powiada się, że po wydarzeniach w Kręgu gdzieś znikła... Ale ci co ją znają wiedzą gdzie i z kim jest. Ale to już inna historia...
Seward Brightshield

Miesiąc przed gwałtownym rozwojem Nowego Aulos brodacz nagle zniknął. Od jego niebrodatych przyjaciół można było się dowiedzieć, że wypłynął do Wrót Baldura, do Czujnej Tarczy. Celem jego było odebranie święceń. Nie wiadomo jednak, na jaką ilość czasu.

Pewnego dnia jego stopa stanęła na aulosjańskim molo. Uśmiechnął się lekko, mrużąc oczy ku słońcu. Rad na myśl o ponownym ujrzeniu miasta i jego mieszkańców, ruszył trzepocząc na wietrze swoim nowym, sięgającym do kostek, czerwonym płaszczem, obszytym na krańcach misternie ozdobionym wzorami pasem barwy złota.

Z chęcią odwiedzał nowe dzielnice miasta. Większość czasu spędzał jednak na medytacjach przy ognisku lub na poszukiwaniu chętnego zawsze do rozmów (i nie tylko...) młodego Albrechta. Nie pogardził oczywiście także towarzystwem innych, niegnomich znajomych.

Czy się zmienił? Nie, jest prawie taki, jaki był. Popielata, brązowa broda nadal gości na jego obliczu, lecz włosy długością sięgają teraz barku. Charakter? Cichy, małomówny, rzadko się uśmiechający... Norma.

Lenya Calantar

Nie, nikt nie wie. Bo i skąd? Bo i z jakiego powodu? Bo i jak? Niektóre sekrety są starsze niż świat, bardziej niż świat złe i potężne.

Jej nie ma. Kto by jej zresztą szukał, nie znajdzie. Zostawiła wszystko i zniknęła, a razem z nią zniknęła Sinzyne. Powiadają, że porwali je nekromanci, że uwięził je Lisz... bajdy. Bajdy dla niegrzecznych dzieci.

Gdziekolwiek jest, chodzi na boso po gładko wypolerowanych kamieniach. Zna już każdą ścianę i każdy posąg, rozpoznaje migoczące światełka w ciemności. Pije herbatę bez cukru. Czyta. Gładzi Sinzyne po włosach. Sama sobie mówi, że wszystko będzie dobrze. Czasem próbuje się cieszyć, że nie jest sama, że jeszcze jest lux in tenebris.

Jeszcze.

Gdziekolwiek jest, tam jest jej udręczenie, tęsknota i rozpacz. Wyciszane, łagodzone, wynagradzane w sposób, w jaki się jej nie śniło. Placebo jednak z definicji jest kłamstwem. Spełniają jej życzenia, ale ona ma tylko jedno.

Nie zapomnieć.


Naevys Moondream

Urocza pisarka nie odeszła do Lasu - nie widziała takiej potrzeby. Wszakże miała do napisania książkę, a na przyjście do Ludu jeszcze będzie czas. Nikomu się nie spieszy. Trzy miesiące były dla niej zaledwie sierpniowym popołudniem.

Prawie zawsze była z nią córka. Prawie. Czasem wieczorami można było zobaczyć bardkę w towarzystwie komendanta Garnizonu. Ten i ów mówił, że wcale ze sobą rozmawiali, że na wszystko odpowiadało im milczenie.

Co rano odgania ptaki z parapetu, a potem zbiega po schodach.


Daydra Whitespear

Ma czerwone włosy, czerwone usta, czerwone paznokcie. Twarz kredowobiałą, jakby martwą, a może tylko nieżyczliwą, choć - co trzeba z całym szacunkiem przyznać, Daydra jest piękną dziewczyną. Kompozytorka nie opuszcza swojej blondwłosej przyjaciółki i czasem tylko bystry obserwator może zauważyć, że panna Whitespear pisze coś na pergaminie.

To nuty. To zawsze są nuty.

Trigho Nimojn
Starając się trzymać swoich spraw, pracował dorywczo, przyjmując zlecenie to od jednego człeka, to od innego. Czasem jednak znikał na parę godzin. Nie były to regularne ucieczki nocą...po prostu wychodził z miasta i ciężko było go wtedy spotkać. Jedynie jacyś podróżni widzieli na trakcie samotnego wędrowca w kapeluszu, noszącego płaszcz o kolorze piasku i majtającym się ogonie z tyłu. I tak to sobie Trigho żył, raz bogatszy, raz biedniejszy, ale zawsze pewny swego...i często uśmiechnięty
Lia Amakiir
Lia wypłynęła wraz z Ilrynem, swym znajomym, na Kontynent. Drowiemu czarodziejowi zabrakło tchu, gdy usłyszał, gdzie elfka się udaje. Koniecznie chciał zobaczyć największe zbiorowisko ksiąg i zwojów w Faerunie. Celem jej podróży była bowiem Świecowa Wieża. Zaklinaczka natomiast chciała znależć się tam, aby podzielić się doświadczeniami, refleksjami, przeżyciami z magią mającymi związek z osobami posiadającymi podobny, niekoniecznie identyczny, talent jak ona. Pragnęła poszerzyć krąg swojej wiedzy. Po dwóch miesiącach powróciła. Nie zmieniła się zanadto pod względem wyglądu i charakteru, lecz wzbogaciła wysoce swoje umiejętności. Większość czasu spędzała na ziemiach Ludu, ale widywano ją także często w Księżycowym Sierpie.
Arranz

Kanclerz Miejski zawsze był osobą skrytą, nie spoufalającą się z innymi osobami. Zapewne nie wiele osób zdziwił fakt, że opuścił wyspę nie powiadamiając o tym niemal nikogo. Zamienił tylko kilka słów z Namiestnikiem zostawiając mu swoją rezygnację z posady w Magistracie. Niedługo po tym zostawił za sobą wyspę Aeris. Ludzie w mieście gadali przez jakiś czas, że wrócił do swojego rodzinnego miasta - Waterdeep.


Sehet Amraphen
*Bardziej prolog, ale cóż...*

Czerwoni Czarodzieje. Dla wielu mieszkańców Aeris, ta organizacja nie kojarzyła się pozytywnie. W Faerunie panuję przekonanie o złowrogich działaniach Thayan, podobno praktykują plugawą magią, zajmują się niewolnictwem i innymi ciemnymi sprawkami. A teraz mieli prowadzić interesy z Lennem Aulos. Nic więc dziwnego, że decyzja o pozwoleniu budowy Enklawy w mieście budzi wiele obaw. Czy się potwierdzą? Czas pokaże.
Jednym z najczęściej widzianych wśród mieszkańców Czerwonym Czarodziejem jest Sehet Amraphen. Pojawił się w Aulos wraz z częścią swoich rodaków po jakimś półtora miesiąca. Rozmawia z ludźmi, odpowiada na pytania związanych z Enklawą, zachęca poszukiwaczy przygód do kupowania u Czerwonych Czarodziei. Czasem można zauważyć jak dogryza co poniektórym. Jak to Thayanin. Podobno jest w dobrych kontaktach z samym Namiestnikiem.
Ludzie powiadają, że szczególnie się nie lubi z Laspeerą... Nikt przecież nie lubi konkurencji, prawda?

Ilryn z domu Druu 'giir
Ilryn długi czas spędzał w samotności, nikt nie wiedział gdzie, pracując nad swoimi traktatami dotyczącymi natury magii oraz jej samej. Czasami można go było zobaczyć z przeważnie Unenem a czasami z innymi wyznawcami Eilistraee. Pewnego dnia Ilryn po rozmowie z Unenem zniknął. Wraz z pewną elfką, Li'ą Amakiir, udał się do Wrót Baldura a stamtąd prosto do Fortecy Candlekeep... Jedyne problemy jakie go napotkały, to te że był Drowem... dużo czasu zajęło mu przekonanie Strażnika bramy o swych intencjach. Lia bardzo mu w tym pomogła. Ale skąd miał odpowiednią księgę by przestąpić próg Fortecy? Otóż ofiarował im księgę która odegrała duże znaczenie w Historii Aeris. Te 10 dni które pozostawał za murami Candlekeep, Ilryn wykorzystał w pełni. Pobyt w twierdzy polegał na licznych dysputach z uczonymi, studiowaniu ksiąg oraz dokańczaniu swoich traktatów. Chcąc pokazać się mnichom w dobrym świetle, Elf dużo czasu spędzał na przekazywaniu swej wiedzy o Podmroku jak i o Kulcie Mrocznej Dziewicy. Na odchodne Ilryn zakupił kilka dzieł które w przyszłości mogą się okazać bardzo przydatne. Podczas tych 10 dni Ilryn bardzo wiele się nauczył i bardzo się zmienił. Opuszczając mury Fortecy, wiedział że pewnego dnia tu wróci. Z Candlekeep udał się do wrót gdzie spędził kilka dni a następie statkiem powrócił na Aeris... Trochę czasu zajęło nim w pełni ogarnął szereg zmian jakie zaszły na wyspie. Ilryn wrócił odmieniony... Obojętny... zamknięty w sobie... chęć pomocy ogranicza się tylko do jego najbliższych i tego co jest dla nie go ważne... Ale w Drowie rozgorzał nowy płomień... płomień zdobywania wiedzy... oraz przekazywania jej innym... Po powrocie na wyspę Ilryn znów dużo czasu poświęcał na pogłębianie swej wiedzy i prace nad traktatami...Pierwszym sukcesem było nauczenie się podstaw Starożytnego języka Elfów... Co Ilryn zawdzięcza Serlithowi...
Yuriko Ryuu

Przez dłuższy czas nie było słychać roześmianej kobiety na wyspie. Zniknęła błyskawicznie po ujawnieniu się Lisza Aeris. Niektórzy widzieli ją jak była całkiem blada, jakby wiedziała coś więcej o całej tej sprawie. Mówiła coś pod nosem o naturze i przebaczeniu. Potem już tylko zniknęła w błysku teleportacji.

Wróciła jakiś czas potem nieco odmieniona. Niektórzy powiadają, że przywiozła ze sobą tajniki wschodnich mistrzów kowalstwa. Przypominając sobie słowa pewnego poszukiwaczy przygód stała się ostrożniejsza wobec jakichkolwiek władz. Mimo wszystko wciąż podróżuje po Aeris z uśmiechem na ustach szukając smoków.


Amandine Ved'vash

Zniknęła równie tajemniczo, co jej Siostra. Nikomu nie pozostawiając żadnej wiadomości. Pojawiła się sama na środku jakiejś pustyni wycieńczona, do tego mówiła w jakimś dziwnym języku, którego wcześniej nie znała. Jakoś dotarła do najbliższego miasta i powróciła jak najszybciej do Cormyru by spotkać się z swoimi przełożonymi.
Dopiero po wszystkim postanowiła wrócić na Aeris.

Hanus Longnif herbu Harfa

-Wierność swemu władcy, to honor rycerza.

Co się tyczy pogłosek krążących na temat Lorda Aermasa, Hanus nie przykładał do nich wielkiej wagi i nie rozwodził się wiele nad sprawą. Podszedł raczej sceptycznie do wszystkich plotek i, nawet dopuszczając do siebie myśl o ich częściowej prawdziwości, nie zmienił stosunku do władców wyspy, służąc im wiernie na mocy zaprzysiężenia, które składał jako gwardzista.

W stosunku do elfów, zarówno separatystów, jak i reszty, rycerz zaczął odnosić się z większą rezerwą. Gdy jego droga wiedzie przez ich ziemie, obserwuje otoczenie czujnie i nieco podejrzliwie. Skoro jednak Wysocy Lordowie zaakceptowali ten stan rzeczy, nie obnosi się z ową niechęcią nawet wobec tych, którzy podnieśli rękę na lud Aeris. Milczy więc i pozostaje czujny, gotów sięgnąć za ostrze, gdy tylko jakaś strzała wbije się zbyt blisko.

Z lubością zaczął przechadzać się wzdłuż uliczek odbudowanego Aulos, obserwując pogodnym wzrokiem rozkwitający port. Postarał się nawiązać znajomości z niektórymi rzemieślnikami i kupcami. Częściej też przedkłada wartę w stolicy, nad patrolowanie szlaków. Przez trzy miesiące zdążył dość dobrze poznać nowe miasto.

Głównym elementem jego życia nadal pozostała służba w Gwardii. Nie poddając się zmęczeniu, z nowym zapałem podjął próby stopniowego zbierania informacji o nowych zagrożeniach, o których wspominają rozgłaszane przez ludność portu pogłoski. W owych dniach często można go było ujrzeć przechadzającego się w pełnej zbroi i z dwuręcznym mieczem u boku. Wolny czas spędzał w sporej mierze na doglądaniu broni i pancerza, dbaniu, by ciało pozostało równie sprawne, jak duch ochoczy.
Arvein (NPC)

W ciągu ostatnich trzech miesięcy srebrnowłosa paladynka zaczęła się częściej pojawiać wśród mieszkańców. Początkowo trzymała się na uboczu wciąż skrywając twarz pod chustą, lecz z czasem odważyła się ją zdjąć ukazując swe oblicze, które z bliska wciąż dawało poznać, że walka ze smokiem wiele ją kosztowała - czas jednak powoli zaleczył rany. Wielokrotnie widywano ją w towarzystwie starych weteranów z czasów wojny domowej lub wśród członków Bellatoris. Pogłoski mówią, że nocami można ją spotkać wśród ruin Silwood, gdzie wprowadza akolitów Zakonu Rubinowej Róży w arcana walki z nieumarłymi.
Saeval Noirwen

Saeval uległ pewnej przemianie. Niegdyś pogodny, rozmowny elfi Ambasador zamilkł. Można odnieść wrażenie że porzucił swą walkę o wpływy z Rune jak również próby ingerencji w pracę Elfiej Rady. Sieć mniej lub bardziej subtelnych intryg została rozerwana. Cóż tak odmieniło elfiego polityka? Wśród Ludu krąży wieść o zaginięciu Sinzyne, kochanki Ambasadora. Bynajmniej wiele elfów ta wiadomość ucieszyła. Nikt jednak nie ośmielił się dzielić swą radością z Saevalem. Elf po miesiącu bezsilnych knowań, prób odnalezienia odzyskania lub choćby kontaktu z Sinzyne poświęcił się doglądaniu budowy nowego Księżycowego Sierpa, swego największego dzieła tworzonego w hołdzie Alaverlowi. By przegonić złe myśli oddał się także swej drugiej miłości - Sztuce tworząc nowe obrazy oraz wykuwając posągi, które wkrótce miały zdobić korytarze elfiego schronienia. Niestety odbyło się to kosztem jego badań oraz nauki nad Sztuką. Powiada się nawet, że celem rozpaczliwego ratowania Sinzyne wypowiedział najpotężniejsze zaklęcie - życzenie. Niestety błędnie wymówione poskutkowało jedynie wielkim osłabieniem mocy elfiego mistrza magii.

Etien Ved'vash

W przeciwieństwie do swoich sióstr Etienowi udało zachować zdrowie zarówno psychiczne jak i fizyczne. Niektórzy mogli nawet ujrzeć szarodzieja jak opanowuje potęznę zaklęcie 7 kręgu, prawie niszcząc Szarą Wieżę, która zaczyna być coraz wyższa i wyższa.

Powiadają, że razem z lubą swego serca - Nashią udał się na miesiąc do Corymru, do rodziców. Cele podróży są jednak znane tylko dwojgu kochanków.


Alyae

Drowka, która zdołała zawładnąć sercem elfiego kapłana niespodziewanie zniknęła. Pojawiła się tydzień później. Ci którzy widzieli jej treningi szermierki mogli ujrzeć, że elfka straciła na kunszcie w walce mieczem, a nawet zatraciła styl walki, jakiego dotychczas używała. Kto wie, czy drowka opowiedziała komukolwiek co właściwie się stało.

Mimo tego, Alyae chodziła z dnia na dzień bardziej uśmiechnięta, a jej brzuszek zaczął coraz bardziej wskazywać na obecność kogoś jeszcze...

To tylko dzwon dobrego marszu na południowy zachód od Essembra - usłyszała para wojowników.

Lasy Cormanthoru wydawały się inne niż lasy Aeris, ciekawe ale tez kryjące większe niebezpieczeństwo. Dotarli do wznoszącego się ponad koronami drzew opactwa.
Przez kilka dni, nawet tygodni wojownik nie mógł się nacieszyć tym miejscem, miejscem poświęconym w całości temu który zawsze pozwalał mu odnieść zwycięstwo - Młot na wrogów zdawał się być obecny w każdym miejscu Opactwa Miecza. Dni mijały na treningach, modlitwie i słuchaniu opowieści o wielkich bitwach, wędrowcy pochodzili z innego zakątka Faerunu to też opowieściom nie było końca. Przyglądał się tez uważnie pracy miejscowych kowali a dokładniej pancerzom i broni która tworzyli natchnieni przez Władce Bitew.

Nie małe poruszenie nastąpiło szóstego dnia Uktar.
Jutro wielka ceremonia - dało się słyszeć z każdego zakątka opactwa.

Wszyscy kapłani i wojownicy brali udział w ceremonii upamiętniającej bitwę w której zginał Ambrose. Wspominano życie założyciela opactwa jak tez przebieg samej bitwy. Jednak młodemu wojownikowi zapadły w pamięć słowa kapłana:
Nasz Władca Bitew nakazuje nam bronić drogich nam osób, walczmy zatem z honorem i bez ustanku, byśmy mogli zasiąść przy stole w Sali Tempusa. I choć drogę nasza znaczą czerwone łzy, maszerujemy niestrudzenie, albowiem męstwo płonie w nas wszystkich. Szlak łez Tempusa to coś więcej niż droga przez życie, a każdego dnia stawiamy na niej kolejny krok.

Wojownicy tuż przez opuszczeniem opactwa złożyli hołd i ofiarę samemu Tempusowi zostawiając swoje miecze i pancerze.
W bramie ku ich zaskoczeniu pojawił się sam generał Gorym Lśniąca Tarcza, wręczył im brosze światła dnia i na koniec rzekł:
- Zostańcie, potrzebujemy takich jak Wy wśród Zaprzysiężonych Mieczy...
Młodym wojownikiem zaczęły targać mieszane uczucia, z jednej strony chęć służby ku chwale Młota na wrogów z drugiej strony słowa kapłana Nasz Władca Bitew nakazuje nam bronić drogich nam osób...
Thravil Meaisandrian
Oddalił posłańca z wieściami, gdyż nie miał ochoty przerywać komponowania herbaty, której aromat przyćmiewał wszystkie stworzone do tej pory. Suszona morela oraz listki zielonej herbaty stworzyły smak, któr być może zagości w lepszych gospodach wyspy, o ile takie kiedyś powstaną.
Herbata Złota - ochrzcił swoje dzieło.
Odnalazłszy posłańca przyjął wieść w milczeniu, w drodze powrotnej narzekając na słabość ludzi i żądzę władzy, wynikające z zazdrości. Zazdrości do Naszej długowieczności, którą uzyskują sposobami niegodnymi.

Thrad
Gdy tylko do jego uszu dotarła wieść o tożsamości Wysokiego Lorda wypił prawie całą butelczynę wódki jednym haustem, krztusząc się resztą, klnąc, wiwatując, bawiąc się w karczmie. Próbował utopić zawód w kolejnych butelkach różnej maści trunków. Działał dla sprawiedliwości, ale nawet na Aeris chybił.

Zamithara
Wyjawienie tożsamości Lorda nie wpłynęło na czarownicę w żadnym stopniu. Tak samo jak do tej pory, w milczeniu przechadzała się po wyspie nocą, wytykana palcami przez przechodniów, jako upiór, lub wampir. Teraz już całkiem zniknęła z życia wyspy.

Thain Żelazna Dłoń
- Imć Lord Wysoki troszkie hop do przodu się okazał, hę? Sztuczek się nauczył i chwalić się chce? Niechby tylko wtedy znalazł się niedaleczko, posmakowałby zaraz krasnoludzkiej stali, jak brzytwa ostrej, o tak! Kościej hędoż.. ujć, przepraszam panienko. Lordzik nasz miłościwie do niedawna panujący powinien solidnego klapsa dostać !

Thair Nuruodo

W grobie się przewraca.
Derthen

Rycerz Kelemvora zaklnął szpetnie, bardzo szpetnie gdy poznał tożsamość władcy wyspy. Po chwili miecz z impetem wbił się w drewnianą ścianę gospody. Sam wojownik wzniósł wzrok ku niebu, po czym upadł na kolana i zaczął długą modlitwę do Kelemvora o wskazanie drogi.
Noelan Shadowstep Hectronal

Niektórzy mówili, że gdyby chciał to nikt by go nie widział. Na krótko przed zawieruchą wokół Lisza najwidoczniej zechciał bardzo mocno. Zaszył się w jakimś odosobnionym miejscu; w cytadeli Eiverhow, albo w jakimś zacisznym miejscu gdzieś na wyspie. Byc może w tej karczmie, która znajduje się w puszczy obok traktu, który kiedyś patrolował razem z innymi gwardzistami. Z tymi samymi gwardzistami, których opuścił i przestał rozumiec.
Przestał także rozumiec boga, któremu oddawał cześc gdy zjawił się na Aeris. Był tylko chytrym skrybą, który nie potrafił prawidłowo trzymac broni. Jak można czcic patrona wiedzy gdy skrywa się tyle tajemnic?

Największą z nich był dar, chociaż wcale się o niego nie prosił. Dzięki niemu zawsze wychodził obronną ręką z tarapatów. Ścigany przez widmowe kształty, kuszony przez czcicieli plugawych bytów, zmuszany do przyjęcia roli marionetki kogoś wyżej. Wygląda na to jednak że miał bardzo czytelne zasady i odwagę by się sprzeciwiac. To co miało stac się ciężarem zaczęło mu dodawac skrzydeł, lecz im wyżej się wznosił tym bardziej oddalał od towarzyszy i bardziej ryzykował że nie przeżyje upadku, do którego mało co nie doszło.

Pomoc często zjawia się z nieoczekiwanej strony. Dla niego zjawiła się pod postacią kapłanki, która uratowała mu życie poświęcając własne. Gdyby był skończonym łajdakiem powiedziałby że to jej wybór i jej strata. To wydarzenie jednak okazało się potrzebnym kubłem zimnej wody.

Kilku podróżujących po wyspie mogło zauważyc znajomy, czarny kaftan i parę wirujących mieczy. Postac wyłaniającą się z ukrycia i zanurzającą się w niej z powrotem gdy już rozliczyła czyhających na szlaku bandytów. Niedługo później jego samego w towarzystwie kilku Lunatyczek, mającego to samo zacięcie na twarzy co one. Widac pozostało jeszcze trochę długów do spłacenia.
I dłużników do odnalezienia

Katrist Deiren

Stała w drzwiach. Nie miała odwagi wejść do środka. Wspomnienia nadal bolały mimo upływu czasu. Mimo zagłuszających myśli usłyszała jak podszedł do niej spokojnie. Nie musiała się odwracać. Znała go dobrze.
-To tylko dom, Katrist.
-Ty nie spędziłeś w nim całego dotychczasowego życia, więc wybacz, ale nic o nim nie wiesz.
-Może nie wiem, może wiem... Znasz mnie.
-Tak, znam. I wiem doskonale po co przyszedłeś.
-Czyli już nie muszę nic mówić? Dziękuję. Oszczędziłaś mi roboty.
-Proszę bardzo. I dziękuję, że przypomniałeś sobie o mnie akurat wtedy, kiedy wróciłam do Athkatli. A może to nie przypadek? Kaleth nadal ślęczy w dokach i obserwuje statki wyłącznie dlatego, że pasjonuje go żeglarstwo?
-Nie kpij. Pojąłem.
-Tak? Zadziwiające... A teraz może łaskawie mnie zostawisz tu w spokoju? Bez żadnych wścibskich sąsiadów i innych podobnych?
-Jak chcesz. Już mnie tu nie ma. Ale pamiętaj o swoim zadaniu, Mo...
-Nie mów do mnie tak!
-Moge nie mówić. Ale i tak Nią jesteś...
Mężczyzna odszedł bezszelestnie. Katrist westchnęła. Miała już dość wszystkiego. Cztery miesiące bez tych dzieci to było dla niej za długo.

Sarade Darantaz

Brat zawsze był dla niej wzorem. Mimo wszystko. A rodzina dla Halruaańczyka jest świętością. Niemal równą magii. Kiedy brat postanowił wrócić do ojczyzny z chęcią wróciła z nim. Nie ważne, że Aeramas jest Wybrańcem Mystry. Nie zostanie przecież sama na tej niebezpiecznej i dosyć dziwnej wyspie.

Aenyv Dermont herbu Jednorożec

Aenyv od dawna czuła się obca na wyspie mimo wielu róznych dziwaczniejszych stworów przebywających tu. Nie widywała się też za często z przyjaciółmi, więc ci pewnie sądzili, że już dawno jest poza wyspą. Tymczasem o dziwo poznała swojego brata. Los dał im szansę się spotkać akurat na tej wyspie. Wspólnie wrócili do Neverwinter, do swojej posiadłości w Czarnystawie. Ra'Shirr dał sie namówić do wspólnej podróży mimo marudzenia. Pytanie tylko czy tam zostanie...

Valerie znana jako Evelin

Jej los od dawna był tajemniczy. Na Aeris ostatnie co o niej słyszano to to, że trafiła do obozowego aresztu w namiocie. Nawet do końca nie wiadomo jak dawno to było. OD tamtej pory nikt nie miał pewności co się naprawdę z nią stało. Niektórzy mówią, że została zamordowana w namiocie "więziennym" bo znaleziono tam sporo krwi. Ale ciała nie odnaleziono...
W Waterdeep ostatnio widziano jednak półdrowkę zaskakująco podobną do Evelin. Przebywała wyłącznie w towarzystwie opalonego bruneta, który był łudząco podobny do pewnego czarodzieja.

Zoeneri Faelivrin

Leśne elfy zapytane o los niebieskowłosej bardki bezradnie kręcą głową. Chętniej w odpowiedzi polecają udać się do Authroma. Ten zaś ze zwykłym sobie spokojem mówi, że Zoe jest szczęsliwa i zgłębia swoje korzenie oraz to, że pewnie kiedyś powróci. Tylko co może znaczyć dla elfa "kiedyś"?
Marina.

Po dość długim pobycie w lesie, gdzie korzystała z gościny Leoreth, Marina wróciła do ziem ludzi razem ze swoją małą latoroślą, kotką i kurą. Parę tygodni w głośnym porcie sprawiło, że tęskno jej było za spokojem, jaki znaleźć mogła na łonie natury. Postanowiła więc złożyć dłuższą wizytę swoim starym przyjaciołom w Kręgu. Została przyjęta przez państwo Silverwood i została wraz z nimi aż do czasu końca budowy miasta.
Nashia Teashow

Młoda, czarnowłosa dziewczyna najwyraźniej odżyła przez kilka ostatnich miesięcy.
Nikt już, nie widywał jej przygnębionej. Wiele czasu spędzała doglądając budowy Nowego Aulos. Przestała martwić się przeszłością, co było, nie wróci...

Zniknęła z wyspy na miesiąc, nie mówiąc o tym, zbyt wielu osobom.
Miała udać się do Cormyru wraz z wybrankiem jej serca, Etienem . Warto też nadmienić, że spędzała z nim większość swojego czasu.
Mimo natłoku pracy i różnych zajęć, nie zapominała o rodzinie w Waterdeep, którą podobno odwiedziła wraz ze swoim ukochanym.

Jedno jest pewne, wciąż pozostała tą samą, rozmarzoną i uczuciową kobietą.



Essio Ravensong


''- Ym.. wybacz, mówiłeś coś? Nie słuchałem..
- Tak durniu, gdzie się do cholery podziewałeś?''

Tak pewnie wyglądała pierwsza rozmowa Essia z jego przełożonym Kirim, gdyż młody miłośnik zlota i kobiet, postanowił opuścić wyspę na kilka miesięcy, nikomu o tym nie mówiąc.

Podobno postanowił nauczyć się tańczyć na kontynencie, pewnie zostałby tam jeszcze dłużej, gdyby nie to, że na horyzoncie pojawili się kolejni ''przyjaciele'' od ściągania długów.

Essio postanowił więc, wynieść spowrotem na Aeris. Nikt normalny by tam nie wracał, ale młody Chondathanin był najwyraźniej głupi...
Miasto już stało, kobiety wciąż były całkiem niezłe... A przez to, że Ravensong nauczył się tańczyć, uważał, że będzie mu teraz nieco lepiej wychodziło ich uwodzenie. O ile można powiedzieć, że kiedykolwiek, mu to wychodziło.

Czy nieobecność go zmieniła? Zdecydowanie....
Jak go zmieniła, na lepsze? Czas pokaże...

Renny, czasem Reppelem zwany.

Ostatnie wydarzenia odcisnęły bolesne piętno na charyzmatycznym (lub przez złośliwych nazywany głupim) niegdysiejszym przywódcy rewolucji chłopskiej. Drowy rozpanoszyły się po wyspie. Jednak nie to było najgorsze. Dwóch jego najlepszych przyjaciół - młodym, dobroduszny (nie dla elfów) Lenny i mentor - zawsze mającego dobrą radę w zanadrzu Ralga, zginęli podczas ataku separatystów na Aulos. Następny cios spadł na biednego Rennyego niedługo po tym. W wyniku napaści elfów na farmy stracił żonę i ledwo narodzonego syna. Wpadł w alkoholizm, zaczął być częstym bywalcem karczm (lub ławeczek).
Potem musiał przyjąć kolejne ciosy... Mordercy odpowiedzialni za śmierć jego żony,dziecka i przyjaciół zostali po prostu uniewinnieni. Renny nie mógł tego pojąć. Jeszcze bardziej znienawidził ylfy.
Widziano go podobno z kilkoma zgniłymi jajkami, podczas jednej z ceremonii z udziałem Lorda Aeramasa. Gdy już miał rzucać śmierdzącymi kulami zatrzymał się. Wybąknął pod nosem : yy...Ale przecie to nie kościej!. Rewelację o Powrocie Lisza potraktował jak zwykłą bajkę i plotkę.

Quarr

Nikt nie wie gdzie podziewał się ten drobny i dziwny przedstawiciel smoczego rodu.
Czasem tylko wieśniacy opowiadali, że dzieciaki znajdowały w krzakach pozostałości po ogniskach i pozostawione na kamieniach i w glinianych miseczkach różne wiktuały.
Dla wielu z nich byłą to uczta jakiej już nigdy nie mieli powtórzyć.
Ojciec Nieistniejącej Rewolucji, Najmędrszy Spośród Głupich Tego Świata, Wirtuoz Połamanej Lutni, Król Chamów, Prawowierny Anarchista, Słońce Aeris, Jego Niewdzięczność Marvis Greyrope

Marvis przez ostatnie trzy miesiące wcale a wcale nie spochmurniał ani nie spoważniał, jak to wielu osobom się przydarzyło. Tylko nabluzgał się za wszystkie czasy, kiedy wyszła na jaw prawda o Aeramasie. Poza tym czas upłynął mu raczej miło i, jak na niego, wyjątkowo aktywnie. Większość czasu poświęcał na ćwiczenie zaklęć, szermierki, gry na lutni czy strzelania z łuku. Poza tym codziennie wypijał przynajmniej pół butelki wódki. Jednak tak intensywnie trenował, że szybko trawił alkohol wlewany codziennie do swych trzewi. A wieczorami rozmawiał z ludźmi (zwykle łżąc bez powodu kiedy tylko się dało) w karczmie czy na ryneczku, bądź też siedział w swoim pokoiku w karczmie i planował przewroty, spiski oraz zamachy. Albo wymyślał sprośne przyśpiewki, których jednak nie zapisywał, bo mu się nie chciało. No i tak spędził trzy miesiące. A kto zna choć trochę Marvisa, ten zauważy, że jest on teraz w znacznie lepszej kondycji niż po powrocie na wyspę. A choć wciąż brakuje mu części dawnych umiejętności, nauczył się kilku nowych rzeczy.
Leirelle
Gdy kilkanaście dni po oświadczeniu Aeramasa Leirelle pierwszy raz od miesięcy pojawiła się publicznie, musiała wzbudzić sensację wśród tych, którzy ją znali, chociaż niewiele już takich osób pozostało na Aeris. Elfka wyglądała na szczuplejszą i delikatniejszą niż kiedykolwiek, ale wciąż była pełna tej wewnętrznej siły, która prowadziła ją podczas brzemiennej w skutki walki z czarną smoczycą.

Jedyne co mówiła o swoich przeżyciach ostatnich kilku miesiącach to to, że odnalazła ją Sinzyne, zaś większość czasu spędzała wraz z Thalią i jej przyjaciółką, Seansene. Nie zamierzała zresztą na dłużej opuszczać obu kobiet, pragnęła jedynie powitać na wyspie swe siostry w pieśni i mieczu – obiecując im również swą pomoc w razie potrzeby.

Syclya Di’mallen – Epilog i śmierć
W ciągu dwóch miesięcy Elfka zdawała się stawać coraz bardziej ożywiona. Zawsze pogodną i uśmiechniętą można ją było zobaczyć w towarzystwie Vasaryna. Często też wybierali się na samotne wypady, zaszywając, nieraz na kilka dni, gdzieś w głuszy, z dala od wszystkich. Była w ciąży. Gdy powiedziała Ukochanemu szczęśliwą nowinę, omal się nie zachłysnął w zaskoczeniu. I od tej pory jego twarz poczęła częściej rozjaśniać się w uśmiechu. Planowali wybrać się na Evermeet. Chciała poznać jego rodzinę, lecz jednocześnie istniał w niej dziwny, tłumiony lęk przed tym spotkaniem. Jacy Oni są? Czy ją zaakceptują? Czas pokaże. Cieszyła się tym wyjazdem oraz dzieckiem, które nosiła w sobie.

I wtedy to się wydarzyło. Koniec wspaniałych chwil, jakie dane jej było spędzić przy swoim Ukochanym był równie szybki i niespodziewany, jak i początek ich miłości. Obudziła się w nocy, dręczona jakimś dziwnym niepokojem. Wydało się jej, że coś słyszała. Jakieś cienie wokół się poruszyły. Spojrzała kątem oka na Vasaryna – nie spał, równie zaniepokojony jak i ona, nasłuchując, położył dłoń na rękojeści miecza. Lecz zorientowali się zbyt późno. Wyłonili się z mroku, błyskawicznie ich otaczając i ruszając wśród wszechobecnej mgły do ataku. Zamaskowane cienie, giętkie, muskularne sylwetki, nocni łowcy – tylko, że to para Elfów była tu zwierzyną. Wtedy wszystko się zaczęło. Początek końca. Dramatyczna chwila. Ciszę nocy wypełnił szczęk broni, a ziemię skaził szkarłat wylanej krwi. Czas zwolnił. Wszystko się jakby rozmazało. Istnieli dla niej już tylko oni oraz napastnicy. Chwyciła za miecz. Nie była przyzwyczajona do walki w osaczeniu. Jej szkolenie raczej obejmowało ciche i precyzyjne ataki od flanki, błyskawiczne ciosy w żywotne miejsca. Nim przeciwnik dowiedział się o jej obecności. Lecz teraz te umiejętności były nic nie warte. Przymuszeni do odpierania ciosów ze wszystkich stron, zwrócili się do siebie plecami. Musiało im się udać. Walczyła przecież nie tylko o swoje życie, lecz o całą trójkę. Robiła co mogła, atakowała w błyskawicznych fintach, by w ostatniej chwili zadawać niespodziewany cios i cofać się przed innymi ostrzami. Obok Vasaryn wirował w śmiertelnym tańcu. Jego miecz pracował z zaciekłą precyzją, w doskonałych cięciach, idących po idealnych, harmonijnych łukach. Zbierał straszliwe żniwo, powalając kolejnych przeciwników. Nawet nie poczuła, gdy dostała po raz pierwszy. Krew obficie pociekła jej z uda. Była wykończona. Refleks powoli jej się stępiał, a reakcje pod wpływem zmęczenia stawały się coraz wolniejsze. A ich było wielu. Zbyt wielu. Jej Ukochany, brocząc krwią z wielu ran, wciąż walczył, wydawał się niestrudzony i niepokonany. Wtem wszystko się skończyło. Nie zobaczyła tego pchnięcia, dopiero poczuła jak ostrze przebija się między jej żebrami. Ból był niespodziewany i okrutny. Krzyknęła mimowolnie. Jej oczy poczęła zasnuwać mgła, a miecz wypadł jej z ręki. Zdołała jeszcze zobaczyć jak Vas odwraca się błyskawicznie, podchwytując jej spojrzenie. Było jej zimno. Zadrżała. Lecz pod jego wzrokiem uspokoiła się. Pozostał tylko jeden lęk. Lęk o Ukochanego. Następnie nie było już nic - zapadła ciemność.

Wkrótce pojawił się na Ziemiach Ludu, niosąc jej zakrwawione ciało do Kręgu Seldarine. Szedł pospiesznie, sam obandażowany byle jak, z mnóstwem niezagojonych ran. Nie odezwał się ani słowem do nikogo, a wszyscy Tel’Quess, którzy znali parę, spuszczali wzrok szanując jego milczenie. Twarz Vasaryna była odbiciem rozpaczy, pomieszanej z niedowierzaniem. W oczach błyszczało szaleństwo. Gdy w świątyni, najdelikatniej jak umiano, powiedziano mu, że nic już nie powinno się dla niej robić, iż jest pewnie szczęśliwa w Arvandorze, wyglądał jakby te słowa go złamały. Resztki nadziei, jakie pozostały w nim, właśnie zostały zgaszone. Nie protestował, mieli rację. W ogóle nic już nie powiedział. Jego twarz przybrała kamienny wyraz, wydała się wyzuta z wszelkich uczuć, całkowicie bez wyrazu, niby maska, która stała się więzieniem. Został na krótkim pogrzebie, a później, nim ktokolwiek zdążył go zatrzymać, niespodziewanie zniknął bez słowa w Głuszy. Syclya. Młoda Elfka o wielkich marzeniach i pozytywnym nastawieniu do życia. Jej ładny uśmiech i pewność siebie, być może zapamiętają Ci, co ją znali i cenili. Na pewno jednak pozostanie w jednym sercu, w którym teraz była po niej pustka. Nigdy się nie dowiedzą, co mogłoby się wydarzyć, gdyby nie ta feralna noc.

Sinzyne

- Podaj mi tamtą czysta pieluchę, Lenyo… – powiedziała Sinzyne do swej towarzyszki, przewijając jedno z dwójki niemowląt. Po chwili spojrzała na swoje dzieło z odrobiną krytycyzmu i wzruszyła ramionami.
- Chyba może być – stwierdziła, patrząc na swoje dzieci. Jak sądzicie…?
Dzieci urodziły się nieomal dwa dekadni temu. W samą Księżycową Ucztę, jak przekazał to obu kobietom ich niezwykle uprzejmy gospodarz. Poród odebrała Lenya, z niewielką pomocą przydzielonej obu kobietom niewolnicy. Dzieci – chłopiec i dziewczynka – urodziły się zdrowe, ale kilkanaście kolejnych dni Sinzyne spędziła odzyskując siły, nieomal nie opuszczając wspólnej dla obu kobiet sypialni. Dopiero trzy dni temu zaczęła wstawać z łóżka i wdrażać się w rolę matki… z różnym zresztą rezultatem. Kobietami, do których zwracała się Sinzyne, były jej towarzyszka niedoli, Lady Lenya Calantar oraz Vetuli, młoda niewolnica przydzielona obu kobietom jako służąca.
- Wydaje mi się, że tak, Pani. – odparła cicho niewolnica, nieznacznie tylko podnosząc wzrok, by spojrzeć na poczynania drowki.
- Doskonale – odpowiedziała Sinzyne z satysfakcją w głosie, podczas gdy Vetuli z Lenyą wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Żadna z nich nie miała serca – bądź odwagi - powiedzieć zaangażowanej w macierzyństwo drowce, iż popełnia jeszcze kilka drobnych błędów. Takich, jak próba założenia pieluszki na głowę.
Nie trzeba chyba dodawać, iż część rozmowy odbyła się w mniej lub bardziej poprawnym Loross – zarówno Lenya jak i Sinzyne w dość znacznym stopniu opanowały ten język przez ostatnich kilka wspólnie spędzonych miesięcy.
Sinzyne spojrzała na Vetuli i skinęła jej, wskazując iż może już zabrać brudne pieluszki i miednicę z wodą, sama zaś zdjęła koszulkę, biorąc dzieci i zaczynając je karmić.
- Czy nadałaś im już imiona? – spytała Lenya, chyba dwudziesty raz w ciągu ostatnich kilkunastu dni.
– Jeszcze nie – odparła drowka, chyba dwudziesty raz w ciągu ostatnich kilkunastu dni. O dziwo, nie wykazała nadmiernego poirytowania tym pytaniem, wyglądając raczej na nieco rozkojarzoną. Rozkojarzenie to mogło wynikać z faktu, iż bardziej skupiona była na trzymaniu w tej chwili obu niemowląt, ssących wytrwale mleko z jej piersi.
Same dzieci nie mogły się bardziej od siebie różnic. Jedyną cechą wspólną obojga były srebrzyste włosy na ich małych główkach. Wszystko inne raczej je dzieliło. Chłopiec wyglądał jak jego ojciec, z bladą, nieomal niebieskawą skórą księżycowego elfa, podczas gdy dziewczynka przydała się do swej drowiej matki. Wyglądało to tak, jakby sama natura podkreśliła tutaj wyjątkowość drowki.
W pewnej chwili od strony drzwi rozległo się pukanie.
-Czy nie przeszkadzam? – rozległ się męski głos od strony drzwi.
-Nie, skądże? Proszę wejść – odparła Sinzyne, nie odrywając spojrzenia od ssących jej piersi dzieci i nie czyniąc najmniejszego starania, by zakryć swą kompletną w owej chwili nagość.
Gość wkroczył do pomieszczenia, po czym odchrząknął i odwrócił wzrok, spoglądając na niewolnicę. Kosmyki cienia, niczym dym, wydobywały się z jego skóry.
– Zostaw nas – nieomal warknął rozkaz. Dziewczyna tylko skłoniła się i pospiesznie wyszła z pomieszczenia. Mężczyzna spojrzał na Lenyę, która lekko drgnęła pod wpływem jego spojrzenia, bardziej chłodnego niż zwykle. - Czy lepiej się już Pani czuje, Pani Ousstlar? – Ton mężczyzny nie zdradzał żadnych uczuć. Drowka, nie zdradzając najmniejszego zdenerwowania uniosła głowę, spoglądając na Pomroka.
- Co? Ach tak… lepiej. Zdecydowanie lepiej, dziękuję. A co u ciebie, Panie? – w jej głosie z kolei dało się wyczuć wciąż obecne lekkie rozkojarzenie i brak zwyczajowego sarkazmu.
- Przyznaję, że nie narzekam. Niemniej nie to mnie do Pań sprowadza. – Pomrok spojrzał na Lenyę i Sinzyne.
-Zatem co? – postanowiła odezwać się Lenya.
- Właściwie tylko jedno. Proszę, by Panie przez następnych kilka dni powstrzymały się od korzystania z biblioteki. Jeśli koniecznie macie Panię ochotę zajrzeć do jakichś książek, proszę przekazać prośbę dziewczynie. Proszę też Panie o pozostanie przez owe kilka dni w tej… komnacie. Jedzenie, jak również inne potrzebne wam rzeczy, zostaną wam dostarczone. To wszystko – Pomrok po tych słowach odwrócił się na pięcie i wyszedł.
Chwilę później wyraz rozkojarzenia zniknął z twarzy Sinzyne, spokojnie odstawiła dzieci od piersi, ostrożnie układając je w otrzymanej kołysce, potem sięgnęła po prostą, noszoną ostatnio szatę, zakładając ją i spoglądając na Lenyę.
- Fascynujące… – powiedziała we wspólnym.
- Co takiego? – Lenya machinalnie odpowiedziała w tym samym języku.
- Ciekawe, kim są jego goście. I czy ich obecność ma związek z nami… czy też niekoniecznie.
- Jakich gości masz na myśli, Sinzyne? – Lenya spojrzała na Sinzyne z zaskoczeniem.
– Tych, których niebawem będzie przyjmował. Tych, którym nie chce nas pokazywać. Być może niebawem stąd wyjdziemy…

Dopiero kolejne dni miały pokazać, jak bardzo uzasadnione były te podejrzenia… i nadzieje.

Sibhreach Półdrow

...nim po raz kolejny zdołał napiąć cięciwę swego łuku, Arrowthom wykrzyczał zaklęcie i potężna siła cisnęła półdrowem o jeden z menhirów. Sibhreach osunął się na ziemię, nie mogąc złapać tchu. Z przerażeniem spojrzał na paskudną ranę na piersi. Skórznia była rozerwana, miał wrażenie że z rany wydobywa się purpurowy dym. Wokół szalała burza, bitwa trwała już wiele godzin, z oddali słychać było wycie wilków. Purpurowy dym mącił wzrok i odbierał tchnienie. Sibhreach nie mógł się ruszyć. W świetle błyskawic widział tylko wyprostowaną sylwetkę szalonego druida, wznoszącego dłonie ku niebu i wykrzykujacego kolejne zaklęcia.

Nagle z prawej strony wyskoczył jakiś szary cień. Minął tropiciela i z głuchym warkotem pomknął w kierunku Arrowthoma. To był Huainn, wilk z Lasu Elfów, przyjaciel Sibhreacha. Położył uszy po sobie, zjeżył sierść na grzbiecie, cały jego lewy bok lepił się od świeżej krwi.

Póldrow chciał go zatrzymać. Chciał krzyknąć, ale z jego gardła wydostał się tylko zduszony jęk. Purpurowa mgła zasłoniła wszystko. Jednak po chwili usłyszał rozdzierający skowyt wilka, skowyt pełen bólu i cierpienia.

- Huainn... - zdołał wyszeptać ostatkiem sił.

Zapadając się w ciemność zdążył jeszcze ujrzeć Dębowego Druida, sprowadzającego błyskawice w miejsce gdzie stał szalony Arrowthom. Nagle od strony Kręgu błysnęło jasne światło. Arrowthom wrzasnął, a Sibhreach stracił przytomność. W oddali wilki wyły jak opętane.

***

Zwyciężyli jeszcze raz. Chociaż koniec był już bliski. Rytuał odprawiono pośród szalejącej bitwy. Arrowthom został uwięziony na wieki w pniu potężnego drzewa. Burza minęła. Na wschodzie wstało słońce.

***

Sibhreach stanął samotnie na polanie w Lesie Przybrzeżnym. W dłoni trzymał pochodnię. Przed nim na starannie ułożonym stosie, na stosie godnym prawdziwego wojownika, spoczywało zmasakrowane ciało szarego wilka Huainna. Dopiero co zagojona rana na piersi półdrowa pulsowała tępym bólem.

- Żegnaj przyjacielu... - wyszeptał i rzucił pochodnię na stos. Długo patrzył na płomienie, które zdawały się sięgać nieba. Potem długo stał bez ruchu, aż stos wypalił się całkowicie.

***

Półdrow stanął przed drzewem Arrowthoma. Ze skórzanego woreczka wysypał garść popiołu prosto na pień drzewa.

- Waruj Huainn... Waruj... - wyszeptał. - Pilnuj go, nie pozwól mu się wydostać... A gdyby kiedykolwiek próbował, ty tu będziesz... I mu przeszkodzisz...

Rana na piersi pulsowała tępym, obezwładniającym bólem.

***

Powiadają, że Sibhreach Półdrow odszedł potem w głąb lasów Aeris i długo nie dawał znaku życia. Wielu już myślało, że zginął, zabity przez gnolle. Inni sądzili, że wrócił do Cormanthoru.

Jednak po kilku tygodniach Sibhreach pojawił się znów w Kręgu. Przystanął pod drzewem, zamienił parę słów z Dębowym Druidem. Potem ruszył znów na szlak. Ci co go znali wcześniej powiadają, że zmienił się, osłabł. Zdawało się, że jest tylko cieniem owego dawnego Sibhreacha, zabójcy drowów. Jego zielone oczy straciły blask. Powiadają również, że rana na piersi, którą zadał mu Arrowthom, nigdy już się nie zagoiła i odtąd co jakiś czas przypominała o sobie tępym, obezwładniającym bólem.
Dębowy Druid - Valin Silverwood Arcydruid Kręgu Aeris

Burza jaka rozpętała się nad Świętym Kręgiem była straszliwa. Huraganowe wiatry i nawałnice uderzały z straszliwą siłą na ten skrawek ziemi na którym wycieńczeni długotrwałą walką strażnicy natury stawiali czoło straszliwemu wrogowi. Druid Arrowthom samozwańczy wybraniec Silvanusa który przybył na Aeris z Szmaragdowej Enklawy zapragnął w swym szaleństwie zniszczyć mieszkańców wyspy, topiąc jej ziemie w morzu krwi i ognia. Moc szalonego druida była przerażająca. Zbierając resztki sił, wsparci słowami Ojca Lasów i mocą Strażnika Szmaragdowej Enklawy, strażnicy natury Kręgu Aeris podjęli ostatnią desperacka próbę powstrzymania zła, które miało pochłonąć wyspę.

By powstrzymać szalonego druida strażnicy kręgu musieli ponieść bolesna ofiarę. Z krwawiącym sercem i smutkiem w oczach stanęli do walki z tymi, których poprzysięgli bronić. Owładnięci mocą druida Arrowthoma mieszkańcy lasu przybrzeżnego zwrócili swój gniew przeciw strażnikom natury atakując ich z straszliwą nienawiścią i siłą która zmroziła ich serca. Druidzi i strażnicy zewnętrznego kręgu wraz z nielicznymi zwierzętami, które pozostały im wierne stanęli do nierównej bratobójczej walki. Każda przelana krew, każde życie jakie tego dnia odebrali zabijało cząstkę ich duszy zmieniając ich na zawsze….

Ofiara krwi była konieczna. Jedyną szansą na pokonanie druida Arrowthoma był pradawny rytuał poświęcenia wyjawiony przez Strażnika Szmaragdowej Enklawy, który dzięki dzielnej druidzce Teretti zdołał przybyć na Aeris gdy wszelka nadzieja zgasła. Uwolniona moc natury miała na zawsze spętać szalonego druida jednak niosła ona ze sobą także wysoką cenę, jaką trzeba było zapłacić. Poświęcając cząstkę swej energii życiowej najstarsi i najpotężniejsi druidzi kręgu wraz z wysłannikiem szmaragdowej enklawy zebrali się w świętym kręgu kamiennych menhirów. Stając wokół arcydruida i szeptają słowa pradawnej druidzkiej modlitwy ofiarowali oni cząstkę siebie napełniając potężną mocą natury ciało Dębowego Druida który miał się stać odzwierciedleniem gniewu Ojca Drzew.

Dostrzegając grożące mu niebezpieczeństwo szalony druid z straszliwa furią rzucił się na garstkę strażników kręgu broniących Świętego Kręgu. Strzały przeszyły niebo, miecze, zęby i pazury starły się w morderczym uścisku a uwolniona moc natury rozdarła niebo. Wierne strażnikom kręgu zwierzęta rzuciły się na szalonego wroga niezważającą na swe życie zasłaniając ciała opadających od ran na ziemie strażników i gdy już wydawało się iż wszystko stracone. Iż gniew i szaleństwo druida Arrowthoma pozwolą mu ponownie wygrać i zniszczyć Święty Kręg i pogrążonych w modlitwie druidów głuchy grzmot i oślepiająca błyskawica spadły z nieba prosto na szalonego druida zatrzymując jego pochód.

Uginając się pod naporem błyskawicy Arrowthom opadł na kolano. Gdy z wściekłością w oczach podniósł głowę ujrzał on Dębowego Druida wskazującego na niego wyciągniętą dłonią. Jego ciało otaczała zielona aura a oczy przepełniał jasny blask. Podnosząc się druid Arrowthom skierował swój potężny kostur w kierunku arcydruida i uwolnił drzemiąca w nim moc. Z ziemi wystrzeliły setki korzeni i pomknęły w kierunku Dębowego Druida chcąc przebić jego ciało. Ten, wypowiadając pradawne słowa ruchem ręki powstrzymał je by po chwili ku przerażeniu druida Arrowthoma nakazać im spętać ciało jego samego. Korzenie drzew zatrzeszczały i jak błyskawica spadły na szalonego druida przebijając i oplatając jego członki. Grymas bólu i strach zagościły na twarzy Arrowthoma gdy otaczające go drzewa zaszumiały gniewnie i wyciągnęły ku niemu swe liściaste ramiona. Nie mogąc się uwolnić druid Arrowthom z przerażeniem w oczach patrzył jak korzenie unoszą go coraz wyżej ku pobliskiemu wiekowemu dębowi. Jego porośnięty mchem pień jęcząc rozwarł się by po chwili zamknąć swe podwoje wraz z szalonym druidem Arrowthomem by po wieki stać się jego drzewnym więzieniem....

Opuszczając dłoń Dębowy Druid rzekł spoglądając na drzewne więzienie.
- Ty który śmiałeś nazywać się wybrańcem Ojca Drzew poznałeś co znaczy jego gniew. Od tego dnia drzewo to będzie twym więzieniem po wieki a dzieci Ojca Drzew twymi kajdanami i strażnikami.
Po tych słowach Valin jak i stojący w Świętym Kręgu druidzi osunęli się na ziemię a przepełniającą ciało arcydruida moc natury rozpłynęła się po świętym kręgu napełniając to miejsce nowym blaskiem....

Po zakończonej walce Dębowy Druid długo nie mógł dojść do siebie. Moc która owładnęła jego ciałem znikła i odmieniła go jak i tych którzy ofiarowali cząstkę siebie by pokonać szalonego druida. Była to cena, jaką zapłacili za uwolnienie pradawnej mocy jednak była ona niczym wobec ofiary krwi i życia, jaką ponieśli mieszkańcy lasu w tej bratobójczej walce...

*******

Zagrożenie ze strony szalonego druida minęło jednak rany jakie zadał tej ziemi i mieszkańcom lasu oraz ofiary jakie ponieśli miały jeszcze długo dawać znać o sobie...

*******

&&&&&&&&&&&&

Zarinell i mały Aniril tulący się do jej piersi. Ukochana żona i syn Dębowego Druida w trakcie ostatecznej bitwy przebywali w Gaju Druidów. W tych trudnych chwilach wspierani przez Marii która schroniła się tu z synem przed nadciągającą zawieruchą i bronieni przez starego dzielnego niedźwiedzia o imieniu Mruk i dwa wilki zajmowały się rannymi i dodawały im otuchy....
Gdy wszystko ucichło ich dobre serca i ciepły uśmiech przynosiły ukojenie Dębowemu Druidowi jak i innym strażnikom Kręgu Aeris....

&&&&&&&&&&&&
Gina Loreen

Ognistowłosa kobieta kręciła się po okolicy z zaciekawieniem wysłuchując różnych plotek po niej krążących. Gdy dowiedziała się o tożsamości jednego z Wysokich Lordów wzruszyła tylko ramionami, jakby nie było w tym nic dla niej zaskakującego, lub jakby mało ją to obchodziło. Siadła wygodnie na ławce w Porcie i obserwowała nadpływające okręty do świeżo postawionego Aulos.

- Kupcy, kupcy, kupcy - mówiła uśmiechając się do swych myśli i poprawiając rękawice na dłoniach. - No to koniec nudów i lenistwa - powiedziała wyraźnie podniecona i powiodła palcem po swojej talii. Wstała energicznie i już miała ruszać, by pomóc nowo przybyłym w roznoszeniu towarów - w końcu mogło im być zbyt ciężko - gdy na środku Portu zmaterializowała się grupka Czerwonych Czarodziejów z Thay. Gina spojrzała na nich unosząc jedną brew i energicznie odsunęła się kilka kroków, dokładnie wiedząc czego można się spodziewać po Thajańczykach. Ci jednak rozeszli się spokojnie rozmawiając coś o założonej Enklawie dla nich i nie zwracając uwagi na mnogość osób, które przyglądały się im z wyraźną niepewnością. Po dłuższej chwili nie było już po nich śladu w Porcie. Gina uśmiechnęła się brzydko i ruszyła zgrabnym, kocim krokiem przez uliczki.
- No, no. Mamy Lisza na wyspie, to Łysi będą się czuć jak u siebie w domu - zadrwiła wchodząc do karczmy i zamawiając sobie antałek mocnej wódki.

Słona bryza rozwiewała krótkie blond włosy bardki. Stała przy burcie spoglądając na widoczne już na horyzoncie Wybrzeże Mieczy. Statek mknął przez falę, przy wyraźnie sprzyjających wiatrach. Decyzja o podróży przyszła jej aż nazbyt łatwo. Ledwie kilka dni wcześniej posłała do Wrót Baldura list, a niedługo potem sama wsiadła na statek. Przymykając oczy wciągnęła przesycone solą, morskie powietrze. To jednak cudowne uczucie - pomyślała - Nie musieć więcej się przejmować.
Zerknęła przez ramię na uwijających się po pokładzie marynarzy. Pierwszego dnia jeden z nich usiłował poufale klepnąć ją w pośladek. Wzmocniony magią krzyk bardki niemal nie wyrzucił go za burtę. Od tej pory omijali ją, na wszelki wypadek, szerokim łukiem. Choć od czasu do czasu prosili, by coś zaśpiewała. Ot sława. Znów zapatrzyła się w fale.
Woń niekoniecznie świeżych ryb, wodorostów i ludzkiego potu - doki Wrót Baldura w pełnej krasie. Keeira zeszła po trapie stając na śliskim, drewnianym pomoście.
- A przepustka? - ciężka, opancerzona dłoń opadła na ramię bardki, niski, choć z całą pewnością kobiecy głos, lekko stłumiony przez przyłbicę rozległ się tuż koło jej ucha. Keeira obróciła się jak oparzona, po czym uśmiechnęła się szeroko.
- Aireth! - chwilę później niemal zniknęła w objęciach wysokiej pani oficer Płomiennej Pięści. - Awansowałaś!
- Ano - odparła wysoka kobieta ściągając hełm i jakże znajomym gestem przeczesując smolistoczarne, króciutkie włosy. - Chodźmy. Pogadamy w przyjemniejszym miejscu. Mam teraz znacznie lepszą kwaterę.
Przez następne trzy miesiące karczmy Wrót Baldura pękały w szwach, a informacje o kolejnych koncertach rozchodziły się wśród mieszczan lotem błyskawicy. W końcu nie co dzień gościła w mieście tak utalentowana bardka.
Filav Dermont
Półelf nigdzie nie lubił zagrzewać za długo miejsca. Gdy w końcu osiągnął swój cel na wyspie, to jest odnalazł swą siostrę. Wrócił wraz z nią do posiadłości w Neverwinter. Jednak nawet tam łowca nie był wstanie wytrzymać za długo, i wkrótce wyruszył ponownie w drogę...

Jaren Eterley (W sumie prolog)
Parę dni temu na wyspę przybyła kolejna postać, odziana w dość charakterystyczny pancerz z symbolem Władcy Umarłych na prawym naramienniku. Co śmielsi twierdzili nawet że jest on Przewodnikiem w Zaświaty. Co szybko się potwierdziło, gdyż jak sam twierdzi przybył aby pomóc wyspie w uporaniu się z nieumarłymi...

Vultrz (I znów prolog...)
Aulos od kilku dni może być świadkiem dość niecodziennego gościa, nawet jak na wyspę jaką jest Aeris. Bowiem w mieście zaczęto widywać osobnika którego mieszczuchy z powodzeniem mogą pomylić z zwykłym orkiem. Jednakże ktoś kto miał kiedykolwiek styczność z orkami, zauważyć może że nietypowy gość nieco się na ich tle wyróżnia. Nawet pod względem samego wyglądu...
Raverius (prolog)

Raverius jednak powrócił na Aeris, całkiem odmieniony. Zgolił charakterystyczną dla niego brodę, wychudł. Nie rozstawał sie niemalże z szarym kapturem. Był cichy i spokojny. Podobno przebywał przez ostatni czas w ojczystym Tethyrze. Na szyi nosił święty symbol Tyra. Nie wykłócał sie, drowów nie wyzywał, choć wciąż na nie dość krzywo patrzył. Rozstał sie z dawnym przyjacielem, butelką, rzadziej bywał w karczmie. Zaczął sie ubierać w czyste, proste ubrania. Na swojej szkatułce wymalował wagę na młocei wojennym, symbol Sprawiedliwego Boga. Plotka głosi, że nauczył sie na pamięć spisu praw Aeris. Na pewno to, co przydarzyło mu sie na kontynencie bardzo go odmieniło.

Irvanton Senemov (prolog)

Chuda, wysoka postać zawitała niedawno na Aeris. Z młodą twarzą kontrastowały szare, mądre oczy. Postać ta na szyi miała zawieszony symbol Helma, przebywała też przez większość czasu w pełnej zbroi płytowej, mimo trudności i niewygody.
Mężczyzna, choć na pozór milczący i nijaki, okazał sie miły, uprzejmy i pomocny. Rzadko żartował i z jakiegoś powodu w ogóle sie nie uśmiechał, nie stronił jednak od towarzystwa. Przestrzegał praw Aeris i Aulos, zaraz też, pare chwil po przyjeździe napisał list do dowódcy Gwardii...
Kruk
Pewnego dnia jakieś dwa albo nawet trzy dekadnie temu postać ubrana na czarno i mianująca sama siebie ptakiem będącym służką śmierci po prostu zniknął, nikt nie wie dokładnie co się z nim stało, pośród niektórych z półświatka krążą plotki że spotkał kogoś lepszego od siebie, inni, którzy nieco lepiej go znali stwierdzą że zwiał z wyspy gdy tylko miarka się dla niego przebrała, inni twierdzą że zatruł się swoimi truciznami, które tak uwielbiał, albo złapał jedną z tajemniczych chorób i zmarł, czemu jednak gorliwie zaprzeczą ludzie w pewnych kręgach, inni zaś mówią że jego zgorzknienie i złość sięgnęły granicy i ukrucił swoje problemy skracając swoje własne życie, jednak tak samo jak i w przypadku poprzednim w pewnych kręgach tej plotce też gorliwie zaprzeczą. Inni zaś twierdzą że Straż przejrzała jego szemrane i nie do końca jawne interesy, więc dał nogę... jedno jest wiadome, nikt już nigdzie nie zobaczy łopotającego czarnego płaszcza i nikt nie usłyszy dźwięku fiolek dzwoniących od czasu do czasu przy pasie, wrażenia te zniknęły jak sama osoba która je tworzyła, opuścił wyspę w ten czy inny sposób nie pozostawiając po sobie wspomnień, ani śladu, tak jakby tego sobie zażyczył i tak jak by sobie wymarzył. Popadnie w błogie zapomnienie i nie pozostawi po sobie pustej luki, bo i kto płakałby po takim chamie.

Styrbiorn Anemon
Całkiem niedawno na wyspę przybył ktoś nowy, osobistość zupełnie nieznana sprawiająca na pierwszy rzut oka miłe wrażenie. Wyglądał niczym uczony, bynajmniej nie wojownik, bo miał zbyt wątłą posturę jak na kogoś, kto walczy w zwarciu, w białej szacie w idealnym stanie z czerwonymi i czarnymi akcentami i szerokim pasie na którym przypasany ma krótkie miecze, jeden długi i kilka noży do rzucania. Jeżeli ktoś przyjrzał mu się bliżej zauważyłby że noże ma przytroczone nie tylko do pasa, część nad ramieniem i na wysokich skóranych butach. Lubi przechadzać się po ulicach miasta jednak biały kaptur zawsze ma zarzucony na oczy tak aby nie raziło go światło słoneczne. W rozmowy włącza się rzadko, woli słuchać niż prawić, sam wiecznie coś rysuje bądź pisze w swoim małym notatniku węgielnym sztyftem, albo czyta jakąś grubą księgę przytroczoną srebrnym łańcuchem do pasa. Nie dość że jest tajemniczy i skryty to jeszcze małomówny, zdarza się więc czasem że jakaś co młodsza dziewka odprowadzi go wzrokiem, albo nawet pójdzie za nim kawałek, jednakże jest w nim coś co niekoniecznie odpycha od bezpośredniej rozmowy, co raczej zniechęca do jej rozpoczynania.
Vesayl
Przez wiele dni, biedny czarodziej pracował ciężko, ,,pomagając przy budowie miasta. Gdy w mieście postawiono ostatnią cegłę, mag porzucił robotnicze odzienie, i znikł na jakiś czas. Po kilku dniach, mag powrócił, i zaczął pokazywać się sporadycznie w mieście. Ten okres trwał przez pare długich tygodni.
Pewnego dnia, mag przybył do miasta, w bogato zdobionej czarnej szacie. Od tamtego momentu, codziennie można było go zauwazyć w mieście lub w porcie. Słowem, wrócił do życia publicznego.


Deithwen - mała poprawka.
Reick Greenstone

Podczas budowy miasta całe dni spędzał w laboratorium alchemicznym warząc mikstury uzdrawiające a następnie roznosił je tym którym zdarzyły się wypadki podczas pracy. Pracował też na zlecenia warząc mikstury wzmacniające robotnikom chcącym wykazać się w pracy. Dorobił się pieniędzy ale nie miał na co ich wydać ponieważ skromnym był gnomem i wiele nie potrzebował. Po ukończeniu budowy zaczął poszukiwać kogoś kto wynajmie mu budynek by mógł założyć własny sklep.
Andiris

Jeszcze przed nastąpieniem wszystkich ostatnich wydarzen stary czarodziej zwany mędrcem lub po prostu Andirisem zniknąl bez śladu i wiadomości.

Przez ostatnie miesiące stary czarodziej był widywany dość często w krainach kontynentu. Sundabar jego rodzinne miasto oraz wieża jego dawnego mistrza byly tylko niektorymi z tych miejsc. Tam też postanowił wspomóc swojego dawnego mistrza i mentora. Podczas wyprawy do zapomnianego lasu na prosbę swojego mistrza na spotkanie w jego imieniu z arcydruidem Feszeltanem doszlo między Andirisem, a jednym z jego starych wrogów nekromantą Rhivaunem do spotkania. Władający biegle sztuką nekromanta oraz czymś czego stary mag wczesniej nie przewidział, ranił poważnie, a następnie zabił w pojedynku brodacza. Cialo zostawil nieopodal zapomnianego lasu na pastwę bestii wykorzystując wczesniej jeden ze starożytnych artefaktów do wchłonięcia części mocy starego czarodzieja.

Ku szczęśliwemu zrządzeniu losu stary mistrz Andirisa bacznie obserwował kroki swojego ucznia. Przesłał wiadomość Feszeltanowi, który następnie w akcie dobrej woli wyslał swoich podopiecznych na pomoc staremu magowi. Druidzka pomoc natury zrobiła tyle ile była w stanie jednak nie jest pewne czy Andiris kiedykolwiek odzyska wspomnienia tamtego dnia, a regeneracja utraconej mocy moze potrwać wiele tygodni.

Po tych wydarzeniach postanowil odpowiedziec na wiadmosci przesylane przez niektorych jego uczniów z Aeris przez dlugi czas. Wiedząc doskonale o tym, iż nie może zostawić tych ktorych zna bez pomocy... oslabiony i jakby jeszcze starszy wraca na wyspę. Z pomocą języka, a pozniej swej sztuki zglębia przebiegające tam w ostatnich miesiącach wydarzenia.

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • latwa-kasiora.pev.pl