Bo czĹowiek gĹupi jest tak bez przyczyny
Był to dzień gorętszy niż inne. Ciągnął się przez spektrum czasu jak gorzki, złocisty syrop, który przebić można zaledwie wolą ze stali ostrą. W tym dniu pojawia się wiele, ale któż zwraca na to uwagę, przyzwyczajony do szaleństwa?
(Bo szaleństwo, moi drodzy, to integralna część normalności)
Pierwszy atak nastąpił z mniejszym lub większym spodziewaniem w samym Nowym Aulos. Jak powiadają Legioniści - a zwłaszcza ci należący do Czwartej Kohorty - tego popołudnia Magistrat został zaatakowany, jadem i kleszczami pajęczych pomiotów. Przewodził im, powiadają, straszliwy pajęczy demon (bebilith), który jął przypuścić atak na samego władcę stolicy. Ku zdumieniu stwora oraz Legionu, Lord Namiestnik własnoręcznie potworzysko ubił, jakby było jedynie epizodem w jego długim, pełnym walk życiu.
Jednak to nie był koniec. O nie. To dopiero początek, a te zwykle są najstraszliwsze.
Zanim zapadł wieczór, na karczmę Pod Trzema Mieczami przypuszczony został atak morderczy i zwielokrotniony. Krzyki osadników, którzy chcieli odnaleźć swój dom w Polanie nad Karczmą, długo jeszcze można było słyszeć; jak zaśpiew upiornego snu pozostaną tam na wieki. Nie zginęli wszyscy; mniej niż trzecia część - niemniej, była to strata spora i bolesna. Tymczasem dzielni weterani, bohaterowie wojen na Aeris odpierali ataki dalej. Czy były to rozszalałe, skrzydlate półdemony, czy żołnierze otchłani, czy widmowy statek z korsarzami wód tanar'ri... wszyscy padli pod naporem straszliwych ostrzy, ciosów, których odeprzeć nie zgoła. Była to bowiem walka o przetrwanie, o dom, którego nie zapomnieli. Do płaczu umarłych dołączyły okrzyki zwycięstwa. Nawet wtedy, gdy demony zaatakowały karczmę.
Gdy się to bowiem stało, wojownicy ruszyli do środka. Ofiar było co prawda niewiele tam, lecz bój iście zaciekły.
Lecz nie był to koniec. Dzisiejsza noc zapowiadała się na naprawdę długą. Otchłań nie zakończyła swego występu, zaś następnie zagrała dla Ludu. W Lesie Elfów rozgorzały ogromne walki, nie tylko z hordą infernalnych agresorów – lecz także z pożarem, z wszechobecnym, pochłaniającym wszystko ogniem. Wielu z Ludu ciężko pracowało, by utrzymać Las w całości – i udało im się. Wiele mówi się o udziale w walce znanych osobistości – na czele z Lordem Nightstarem. Ponoć sam Namiestnik i jego przyboczni wspierali elfy w bitwie.
A była to sroga bitwa. Demoniczna posoka splamiła lasy. Trupy padały, jeden obok drugiego, tylko po to, by po chwili wrócić do swego plugawego domu. Na niebie zaś toczyła się kolejna walka – zrodzona z płomieni wyverna pochłonięta tańcem śmierci wraz z Dzierżycielem Srebrnego Ognia. Spóźniony, lecz obecny, Najwyższy Lord także dołożył swą potęgę do toczonej bitwy. Powiada się, jakoby osobiście złożył podziękowania tym, którzy przelewali krew w obronie wyspy.
Dzisiejsza bitwa została wygrana. Demony przepędzono. Lecz na jak długo ? Skąd się wzięły ?
To już inna opowieść...
Lenya Calantar, jak powszechnie wiadomo, poszła na swojego zacnego małżonka ze wszech miar nakrzyczeć. Jak on mógł, jak on śmiał, te demony mogły go zabić...
I tak dalej.
Ciężko opancerzony mężczyzna leżał wśród poległych tak by skrywać swą tarczą dziecko, choć nieprzytomne żyło. Dla tych którzy go znali myśl ze kolejny raz niebiańska krew uratowała czyjeś życie nie było czymś nowym, smutkiem napełniała ich myśl że to był ostatni raz... blask jego złotych oczu zgasł.
W znalezionym przy ciele skromnym ekwipunku był list z prośbą o odesłanie ciała do Tethyru, do zakonu Barakmordin...
*Gdy tylko słuchy o ataku doszły do portowego przytułka, starszy mężczyzna o bujnej brodzie w szarą togę odziany ruszył czym prędzej w stronę Karczmy pod trzema mieczami by nieść wszelaką pomoc tym co ucierpieli w tym potwornym wydarzeniu... Niosąc łaskę Ilmatera, zestawy medyczne i mikstury...*
Dzisiejszego ranka, mieszkańcy Lasu Elfów mogli dostrzec oddział krasnoludów schodzący z zbocza i idący w kierunku Karczmy Pod Trzema Mieczami. Krasnoludy szły z pieśnią na ustach:
Topór! Kusza! Młotek mały!
Orki w kamień zaj**ały!
Miecz! Łuk! Obuch duży!
I kąpały się w kałuży!
Młot! Kowadło! I Stal dobra!
Ork miał dużą czapkę z bobra!
Płyta! Pierścień! Pas skórzany!
Ork i tak jest... *śmiech krasnoludów*
Po jakimś czasie oddział doszedł do Karczmy Pod Trzema Mieczami. Tam też ludzie zamieszkujący poczęli szeptać, że to na prośbę Hagefa - Przyjaciela Cytadeli Eiverhow, Król Khalum wysłał oddział do obrony przed demonami.
Darmowy hosting zapewnia PRV.PL