ďťż
[Bard] Lynneth Ashwood


Bo człowiek głupi jest tak bez przyczyny

No tak, trochę się rozpisałem, nie wiem kiedy tyle tego się zrobiło. Mam nadzieję że ktoś mimo wszystko zdecyduje się przeczytać i nie uśnie w połowie.
Kombinacja charakteru i rasy może wydawać się dziwna, jednak chciałem postać trochę sprzeciwiającą sie stereotypom a "nawróceni" duergarowie czy drowy jakoś mnie nie pociągają.

Nazwa postaci: Carmen Amblecrown
Rasa: Aasimar
Charakter: Chaotyczny neutralny
Wiek: 24
Pochodzenie: Crimmor, Amn
Wyznanie: Sharess
Języki: Wspólny, Chondathski, Iluskański.
Nazwa konta: Andrzej 360

Siła: 12 Zręczność: 16 Kondycja: 12 Inteligencja: 14 Mądrość: 10 Charyzma: 17

Opis:
Młoda, niewysoka kobieta o złocistych włosach i jasnej cerze. Jest dość atrakcyjna chociaż niekoniecznie przejawia sie to tylko w klasycznym pięknie. Poza urodą zwraca uwagę pewność siebie lecz także pewna doza bezczelności zawarta w jej sposobie bycia i poruszania się. Na pozór zwykła ludzka dziewczyna jednak pierwsze spojrzenie wgłąb dziwnych, fiołkowych oczu poddaje w wątpliwość stwierdzenie o jej zwyczajności.

Historia:
O tak, moje życie zapowiadało się pięknie... hm, albo nie, to nie pasuje, moje życie i tak jest piękne. Sęk w tym że wygląda zupełnie inaczej niż bym sobie kiedyś wyobrażała.
Urodziłam się w bogatej rodzinie kupieckiej z Crimmor w Amn. Nie było żadną tajemnicą że mój ród posiada niebiańskie korzenie. Oczywiście, dziecko w którym niebiańska krew jest tak silna jak u mnie rodzi się rzadko, raz na wiele pokoleń. Och tak, wiele razy przeklinałam swoje dziedzictwo i przodka który związał sie z istotą niebiańską... ale zacznijmy od początku.
Znakiem rozpoznawczym mojej rodziny stała się dobroć i prawość jej członków. Moi rodzice nie odstawali od reszty, ba, nawet wymyślili sobie że będą świecić przykładem dla tych mniej dobrotliwych rodzin z Amn. Niestety, ich bogowie poskąpili im talentu wychowawczego.
Zaraz po urodzeniu byłam postrzegana jako dobry znak - dawno już nie było w rodzie aasimara. A skoro byłam takim "błogosławieństwem" należało mnie obsypywać prezentami, spełniać wszystkie moje zachcianki a przy okazji nieustannie pytać, czy nie potrzeba mi czegoś jeszcze. Ha! podoba mi sie ten pomysł. Szkoda że teraz nikt nie chce tak robić! Tak czy siak, to właśnie była owa wspomniana zapowiedź szczęśliwego życia...
Niestety! Jak mawiają twórcy idiotycznych przysłów i powiedzeń, "Wszystko co dobre, szybko się kończy". Osobiście się nie zgadzam, ale wtedy się sprawdziło. Po osiągnięciu pewnego wieku moja rzeka prezentów wyschła, skończył się czas lenistwa i niezasłużonych przyjemności. Nagle rozpoczął się czas obowiązków i co gorsza, oczekiwań. Myśleli że zrozumiem, że "muszę" pracować, mieć obowiązki, wieść życie które które oni uznają za godne... Jestem pewna że oni jako dzieci by zrozumieli. Ja natomiast, nie zrozumiałam, nie rozumiem i nie chcę rozumieć choć dzisiaj znam, a raczej domyślam sie ich punktu widzenia. przez następne lata coraz bardziej uwidaczniały sie różnice pomiędzy nami. przestałam być słodką córeczką a zaczęłam być "kapryśną dziewuchą".
Konflikt narastał. Moi rodzice jak dobrotliwi by nie byli, mimo najlepszych intencji byli ograniczeni i zupełnie nie zorientowani w potrzebach córki. Do dziś zastanawiam się czy ten ostatni pomysł był jeszcze jedną szlachetna próbą sprowadzenia mnie na "właściwą drogę" czy też odwetem za rozczarowanie jakim byłam. Aasimar okazuje się czarną owcą w rodzinie, czy to nie piękna ironia losu? W każdym razie owym pomysłem było znalezienie mi męża. Zaplanowali wszystko i nawet ustalili datę! Oczywiście bez mojej wiedzy, przemiła niespodzianka. Wtedy właśnie uznałam że czas opuścić rodzinne gniazdko i wyrzucić ze wspomnień rodzinę. Co do tego ostatniego, nigdy sie nie udało, ale wciąż sie staram.
Moje rodzinne miasto Crimmor to popularny przystanek dla karawan kupieckich i drużyn poszukiwaczy przygód. Awanturnicy zawsze mi imponowali, byli tacy niezależni. Gdy więc rodzina snuła plany zrobienia ze mnie gospodyni domowej dla jakiegoś nieznajomego, ja szukałam poszukiwaczy przygód którzy zgodziliby się zabrać mnie ze sobą. Znalazłam, dnia w którym awanturnicy wyjeżdżali, ja zwyczajnie wyszłam z domu i nigdy nie wróciłam. Zabrałam z domu kilka niezbędnych przedmiotów, w tym parę nie moich. Z samymi poszukiwaczami nie zostałam długo, pragnęłam podróżować na własną rękę.
Gdy już znalazłam sie daleko od rodzinnego miasteczka czułam się jak nowo narodzona. Wreszcie spełniło się moje najgłębsze pragnienie, byłam wolna. Dopiero gdy stałam sie niezależna i wolna od ograniczeń odkryłam jak wielką przyjemność daje mi muzyka. W domu gra na lutni była tylko jednym z wielu sposobów zabicia czasu, teraz jest moją prawdziwą pasją. Poza tym zajmowały mnie, choć może nie tak bardzo jak muzyka, magia wtajemniczeń i szermierka. Fascynowało mnie piękno, w każdej postaci, poczynając od obrazów, rzeźb, malowideł, przez piękno dzikich zwierząt, krajobrazów, miast i budynków a kończąc na pięknych, niezależnie od płci, ludziach. Wcześniej też nigdy nie myślałam o kwestii religii. Nie sądzę abym wcześniej czciła jakiekolwiek bóstwo i właściwie nie dziwię sie sobie. W domu mówiono tylko o bóstwach takich jak Helm, Torm czy Ilmater. Po opuszczeniu domu początkowo najbardziej przemawiała do mnie Sune. Jednakże w miarę zdobywania szerszej wiedzy o bóstwach stwierdziłam że bardziej odpowiada mi Sharess, bogini przyjemności i zaspokojenia zmysłowego.
Chociaż nigdy nie wyruszyłam poza granice Amn, to za to udało mi się zwiedzić prawie cały ten kraj. Amn które poznałam nijak się miał do tego co widziałam i czego się nauczyłam w rodzinnej rezydencji. Szybko nauczyłam się ukrywać swoje pochodzenie, miałam szczęście w nieszczęściu, moje niebiańskie cechy nie były zbyt dobrze widoczne. Gdy udawałam zwyczajną dziewczynę nikt nie miał wobec mnie oczekiwań, nie wymagał pomocy z racji mojej rasy. Mimo tych niedogodności nigdy nie byłam tak szczęśliwa jak podczas moich podróży. Żyłam tak, jak chciałaby tego moja bogini, czerpiąc z życia pełnymi garściami.
W końcu uznałam że czas wyruszyć dalej, zwiedzić nowe miejsca. Zdecydowana zdać sie na los zamiast sama decydować, udałam się do Athkatli gdzie weszłam na pokład statku który wypływał najwcześniej. Statek ten płynął na Zachód, w stronę wysp Moonshae, w stronę wyspy Aeris.


Hmm nawet o tym nie pomyślałem, było w opisie zapomnianych krain w ramce "Faeruńskie imiona" więc uznałem że to nazwisko będzie dobre. Czy Evenwood, Wyndael lub Talaudrym są "dostępne"?
Mam nadzieję że tym razem nie wybrałem szlacheckiego nazwiska przy okazji wspomniałem, że nie jest to nazwisko prawdziwe, że starego się wyrzekła, miało się to znaleźć zresztą i w pierwszej wersji ale zupełnie o tym zapomniałem. Poprawiłem fragment o podróży przez Amn i cechach aasimara. Dodałem trochę wątpliwości na temat rzekomej dobroci i prawości rodziny a także wspomniałem o działalności charytatywnej. Co do przodka, zamieściłem fragment mówiący o nim ale nie chciałem go opisywać bo od początku miał być postacią o której nigdy dużo nie wiedziała (albo przynajmniej nie wiedziała prawdy ). Aha, zmieniłem też fragment o "silnej krwi", teraz powinien być zupełnie jasny a chodziło zupełnie o to samo. No cóż, mam nadzieję że teraz jest lepiej .

Nazwa postaci: Carmen Ashwood
Rasa: Aasimar
Charakter: Chaotyczny neutralny
Wiek: 24
Pochodzenie: Crimmor, Amn
Wyznanie: Sharess
Języki: Wspólny, Chondathski, Iluskański.
Nazwa konta: Andrzej 360

Siła: 12 Zręczność: 16 Kondycja: 12 Inteligencja: 14 Mądrość: 10 Charyzma: 17

Opis:
Młoda, niewysoka kobieta o złocistych włosach i jasnej cerze. Jest dość atrakcyjna chociaż niekoniecznie przejawia sie to tylko w klasycznym pięknie. Poza urodą zwraca uwagę pewność siebie lecz także pewna doza bezczelności zawarta w jej sposobie bycia i poruszania się. Na pozór zwykła ludzka dziewczyna jednak pierwsze spojrzenie wgłąb dziwnych, złotych oczu poddaje w wątpliwość stwierdzenie o jej zwyczajności.

Historia:
O tak, moje życie zapowiadało się pięknie... hm, albo nie, to nie pasuje, moje życie i tak jest piękne. Sęk w tym że wygląda zupełnie inaczej niż bym sobie kiedyś wyobrażała.
Urodziłam się w bogatej rodzinie kupieckiej z Crimmor w Amn. Nie było żadną tajemnicą że mój ród posiada niebiańskie korzenie. Oczywiście, aasimarowie rodzą się rzadko, raz na wiele pokoleń. Och tak, wiele razy przeklinałam swoje dziedzictwo i przodka który związał sie z istotą niebiańską. Rodzina rozpowszechniła zresztą legendę o owym przodku. Jest równie piękna co naiwna i nierealna. Nie wiem czy żyje ktoś, kto mógłby powiedzieć ile prawdy a ile fikcji jest w tych opowieściach. Swoją drogą to głupie, nie zachowało się nic po kimś kto miał tak duży wpływ na przyszłość rodu? A może zachowało się? Może prawda została ukryta bo nie pasowała do obrazu rodziny który chciano wykreować w myślach innych? Nie wiem, i zapewne nigdy się nie dowiem.
W mojej rodzinie zawsze ważne były wszelkie zasady, dyscyplina, tradycja a ja nienawidziłam tego. Prawo uważałam za zaprzeczenie wolności. Członkowie mojej rodziny wyrobili sobie opinię prawych i dobrodusznych osób. Przeznaczali masę datków dla ubogich i na świątynie, oferowali pomoc finansową komu popadnie, wydawałoby się, bez zastanowienia. Nie wiem czy faktycznie wynikało to ze szczerych chęci czy było tylko na pokaz. Nie pasowałam do reszty więc nie zostałam dopuszczana do rodowych tajemnic. Moi rodzice nie odstawali od reszty, ba, nawet wymyślili sobie że będą świecić przykładem dla innych rodzin z Amn. Niestety, ich bogowie poskąpili im talentu wychowawczego.
Zaraz po urodzeniu byłam postrzegana jako dobry znak - dawno już nie było w rodzie aasimara. A skoro byłam takim "błogosławieństwem" należało mnie obsypywać prezentami, spełniać wszystkie moje zachcianki a przy okazji nieustannie pytać, czy nie potrzeba mi czegoś jeszcze. Ha! podoba mi sie ten pomysł. Szkoda że teraz nikt nie chce tak robić! Tak czy siak, to właśnie była owa wspomniana zapowiedź szczęśliwego życia...
Niestety! Jak mawiają twórcy idiotycznych przysłów i powiedzeń, "Wszystko co dobre, szybko się kończy". Osobiście się nie zgadzam, ale wtedy się sprawdziło. Po osiągnięciu pewnego wieku moja rzeka prezentów wyschła, skończył się czas lenistwa i niezasłużonych przyjemności. Nagle rozpoczął się czas obowiązków i co gorsza, oczekiwań. Myśleli że zrozumiem, że "muszę" pracować, mieć obowiązki, wieść życie które które oni uznają za godne... Jestem pewna że oni jako dzieci by zrozumieli. Ja natomiast, nie zrozumiałam, nie rozumiem i nie chcę rozumieć choć dzisiaj znam, a raczej domyślam sie ich punktu widzenia. Przez następne lata coraz bardziej uwidaczniały sie różnice pomiędzy nami. przestałam być słodką córeczką a zaczęłam być "kapryśną dziewuchą".
Konflikt narastał. Moi rodzice, mimo najlepszych intencji byli ograniczeni i zupełnie nie zorientowani w potrzebach córki. Do dziś zastanawiam się czy ten ostatni pomysł był jeszcze jedną szlachetna próbą sprowadzenia mnie na "właściwą drogę" czy też odwetem za rozczarowanie jakim byłam. Aasimar okazuje się czarną owcą w rodzinie, czy to nie piękna ironia losu? W każdym razie owym pomysłem było znalezienie mi męża. Zaplanowali wszystko i nawet ustalili datę! Oczywiście bez mojej wiedzy, przemiła niespodzianka. Wtedy właśnie uznałam że czas porzucić rodzinne gniazdko. Od tamtego czasu próbowałam wyrzucić z głowy wspomnienia o domu rodzinnym, jak dotąd, bezskutecznie.
Moje rodzinne miasto Crimmor to popularny przystanek dla karawan kupieckich i drużyn poszukiwaczy przygód. Awanturnicy zawsze mi imponowali, byli tacy niezależni. Gdy więc rodzina snuła plany zrobienia ze mnie gospodyni domowej dla jakiegoś nieznajomego, ja szukałam poszukiwaczy przygód którzy zgodziliby się zabrać mnie ze sobą. Znalazłam. Dnia w którym awanturnicy wyjeżdżali, ja zwyczajnie wyszłam z domu i nigdy nie wróciłam. Zabrałam z domu kilka niezbędnych przedmiotów, w tym parę nie moich. Z samymi poszukiwaczami nie zostałam długo, pragnęłam podróżować na własną rękę, choć nie zawsze było to możliwe.
Gdy już znalazłam sie daleko od rodzinnego miasteczka czułam się jak nowo narodzona, nawet porzuciłam stare nazwisko. Wreszcie spełniło się moje najgłębsze pragnienie, byłam wolna. Dopiero gdy stałam sie niezależna i wolna od ograniczeń odkryłam jak wielką przyjemność daje mi muzyka. W domu gra na lutni była tylko jednym z wielu sposobów zabicia czasu, teraz jest moją prawdziwą pasją. Poza tym zajmowały mnie, choć może nie tak bardzo jak muzyka, magia wtajemniczeń i szermierka. Fascynowało mnie piękno, w każdej postaci, poczynając od obrazów, rzeźb, malowideł, przez piękno dzikich zwierząt, krajobrazów, miast i budynków a kończąc na pięknych, niezależnie od płci, ludziach. Wcześniej też nigdy nie myślałam o kwestii religii. Nie sądzę abym wcześniej czciła jakiekolwiek bóstwo. W domu mówiono tylko o Helmie, Chauntei i czasem Waukeen. Żadne z tych bóstw mnie nie interesowało. Zaraz po opuszczeniu domu początkowo najbardziej przemawiała do mnie Sune. Jednakże w miarę zdobywania szerszej wiedzy o religii stwierdziłam że bardziej odpowiada mi Sharess, bogini przyjemności i zaspokojenia zmysłowego.
Chociaż nigdy nie wyruszyłam poza granice Amn, to za to udało mi się zwiedzić pokaźną część tego kraju. W miarę możliwości podróżowałam sama, gdy nie było to możliwe wyruszałam razem z karawanami kupieckimi, rzadziej w towarzystwie awanturników. Amn które poznałam nijak się miał do tego co widziałam i czego się nauczyłam w rodzinnej rezydencji. Jak mogłam starałam się ukryć swoje pochodzenie jednak te moje oczy prawie zawsze mnie zdradzały. A gdy ktoś zorientował się kim jestem od razu rosły oczekiwania, jakbym z racji rasy od razu miała zająć się rozwiązywaniem ludzkich problemów. Nie zajmowałam się, dlatego powitania były o wiele milsze niż pożegnania. Mimo tego, nigdy nie byłam tak szczęśliwa jak podczas moich podróży. Żyłam tak, jak chciałaby tego moja bogini, czerpiąc z życia pełnymi garściami.
W końcu uznałam że czas wyruszyć dalej, zwiedzić nowe miejsca. Zdecydowana zdać sie na los zamiast sama decydować, udałam się do Athkatli gdzie weszłam na pokład statku który wypływał najwcześniej. Statek ten płynął na Zachód, w stronę wysp Moonshae, w stronę wyspy Aeris.
Od razu przypomnę, że imie jest do zmiany: Carmen to opera, modelka itp...

http://pl.wikipedia.org/wiki/Carmen_(opera)

Jak będę mial więcej uwag to napiszę po południu.



Gdyby to był człowiek, to by przeszedł... Pytałem o przodków, gdyż region nie pasuje do kontaktu z niebianami - nie ta część Faerunu. Spróbuj poprawić ten fragment (i jednak bezpieczniej byłoby, gdyby zwiedzanie Amn było ograniczone do całkowitego minimum)

Tym razem dodałem tą historię przodka skoro jest niezbędna. Ograniczyłem też podróże do Athkatli i okolic. Imię wziąłem tak jak wcześniej nazwisko z opisu zapomnianych krain, więc powinno być dobre.

Nazwa postaci: Lynneth Ashwood
Rasa: Aasimar
Charakter: Chaotyczny neutralny
Wiek: 24
Pochodzenie: Crimmor, Amn
Wyznanie: Sharess
Języki: Wspólny, Chondathski, Iluskański.
Nazwa konta: Andrzej 360

Siła: 12 Zręczność: 16 Kondycja: 12 Inteligencja: 14 Mądrość: 10 Charyzma: 17

Opis:
Młoda, niewysoka kobieta o złocistych włosach i jasnej cerze. Jest dość atrakcyjna chociaż niekoniecznie przejawia sie to tylko w klasycznym pięknie. Poza urodą zwraca uwagę pewność siebie lecz także pewna doza bezczelności zawarta w jej sposobie bycia i poruszania się. Na pozór zwykła ludzka dziewczyna jednak pierwsze spojrzenie wgłąb dziwnych, złotych oczu poddaje w wątpliwość stwierdzenie o jej zwyczajności.

Historia:
O tak, moje życie zapowiadało się pięknie... hm, albo nie, to nie pasuje, moje życie i tak jest piękne. Sęk w tym że wygląda zupełnie inaczej niż bym sobie kiedyś wyobrażała.
Urodziłam się w bogatej rodzinie kupieckiej z Crimmor w Amn. Swój niebiański rodowód zawdzięczam dość dalekiemu przodkowi, podobnie jak mnie, pociągały go podróże. Jego najdłuższą wyprawą była podróż do Mulhorandu. Nie został tam zresztą tam zresztą na długo, z tym że wrócił z dzieckiem. W Mulhorandzie bóstwa często mieszały się w sprawy śmiertelników więc po ziemi stąpała też dość duża ilość niebiańskich sług. Mój przodek, podczas pobytu w Skuld, związał się z jedną z nich. Prawdopodobnie była służką Anhura lub Sharess znanej tam pod imieniem Bastet. Początkowo planował zostać w Mulhorandzie ale był to kraj nieprzyjazny dla przybyszów a początkowe zauroczenie niebiańską istotą wygasło .W końcu zdecydował się na powrót do Amn, razem ze swoim nowo narodzonym potomkiem.
W mojej rodzinie zawsze ważne były wszelkie zasady, dyscyplina, tradycja a ja nienawidziłam tego. Prawo uważałam za zaprzeczenie wolności. Członkowie mojej rodziny wyrobili sobie opinię prawych i dobrodusznych osób. Przeznaczali masę datków dla ubogich i na świątynie, oferowali pomoc finansową komu popadnie, wydawałoby się, bez zastanowienia. Nie wiem czy faktycznie wynikało to ze szczerych chęci czy było tylko na pokaz. Nie pasowałam do reszty więc nie zostałam dopuszczana do rodowych tajemnic. Moi rodzice nie odstawali od reszty, ba, nawet wymyślili sobie że będą świecić przykładem dla innych rodzin z Amn. Niestety, ich bogowie poskąpili im talentu wychowawczego.
Zaraz po urodzeniu byłam postrzegana jako dobry znak - dawno już nie było w rodzie aasimara. A skoro byłam takim "błogosławieństwem" należało mnie obsypywać prezentami, spełniać wszystkie moje zachcianki a przy okazji nieustannie pytać, czy nie potrzeba mi czegoś jeszcze. Ha! podoba mi sie ten pomysł. Szkoda że teraz nikt nie chce tak robić! Tak czy siak, to właśnie była owa wspomniana zapowiedź szczęśliwego życia...
Niestety! Jak mawiają twórcy idiotycznych przysłów i powiedzeń, "Wszystko co dobre, szybko się kończy". Osobiście się nie zgadzam, ale wtedy się sprawdziło. Po osiągnięciu pewnego wieku moja rzeka prezentów wyschła, skończył się czas lenistwa i niezasłużonych przyjemności. Nagle rozpoczął się czas obowiązków i co gorsza, oczekiwań. Myśleli że zrozumiem, że "muszę" pracować, mieć obowiązki, wieść życie które które oni uznają za godne... Jestem pewna że oni jako dzieci by zrozumieli. Ja natomiast, nie zrozumiałam, nie rozumiem i nie chcę rozumieć choć dzisiaj znam, a raczej domyślam sie ich punktu widzenia. Przez następne lata coraz bardziej uwidaczniały sie różnice pomiędzy nami. przestałam być słodką córeczką a zaczęłam być "kapryśną dziewuchą".
Konflikt narastał. Moi rodzice, mimo najlepszych intencji byli ograniczeni i zupełnie nie zorientowani w potrzebach córki. Do dziś zastanawiam się czy ten ostatni pomysł był jeszcze jedną szlachetna próbą sprowadzenia mnie na "właściwą drogę" czy też odwetem za rozczarowanie jakim byłam. Aasimar okazuje się czarną owcą w rodzinie, czy to nie piękna ironia losu? W każdym razie owym pomysłem było znalezienie mi męża. Zaplanowali wszystko i nawet ustalili datę! Oczywiście bez mojej wiedzy, przemiła niespodzianka. Wtedy właśnie uznałam że czas porzucić rodzinne gniazdko. Od tamtego czasu próbowałam wyrzucić z głowy wspomnienia o domu rodzinnym, jak dotąd, bezskutecznie.
Moje rodzinne miasto Crimmor to popularny przystanek dla karawan kupieckich i drużyn poszukiwaczy przygód. Awanturnicy zawsze mi imponowali, byli tacy niezależni. Gdy więc rodzina snuła plany zrobienia ze mnie gospodyni domowej dla jakiegoś nieznajomego, ja szukałam poszukiwaczy przygód którzy zgodziliby się zabrać mnie ze sobą. Znalazłam. Dnia w którym awanturnicy wyjeżdżali, ja zwyczajnie wyszłam z domu i nigdy nie wróciłam. Zabrałam z domu kilka niezbędnych przedmiotów, w tym parę nie moich. Z samymi poszukiwaczami nie zostałam długo, pragnęłam podróżować na własną rękę, choć nie zawsze było to możliwe.
Gdy już znalazłam sie daleko od rodzinnego miasteczka czułam się jak nowo narodzona, nawet porzuciłam stare nazwisko. Wreszcie spełniło się moje najgłębsze pragnienie, byłam wolna. Dopiero gdy stałam sie niezależna i wolna od ograniczeń odkryłam jak wielką przyjemność daje mi muzyka. W domu gra na lutni była tylko jednym z wielu sposobów zabicia czasu, teraz jest moją prawdziwą pasją. Poza tym zajmowały mnie, choć może nie tak bardzo jak muzyka, magia wtajemniczeń i szermierka. Fascynowało mnie piękno, w każdej postaci, poczynając od obrazów, rzeźb, malowideł, przez piękno dzikich zwierząt, krajobrazów, miast i budynków a kończąc na pięknych, niezależnie od płci, ludziach. Wcześniej też nigdy nie myślałam o kwestii religii. Nie sądzę abym wcześniej czciła jakiekolwiek bóstwo. W domu mówiono tylko o bóstwach takich jak Helm, Chauntea i czasem Waukeen. Żadne z tych bóstw mnie nie interesowało. Po opuszczeniu domu początkowo najbardziej przemawiała do mnie Sune. Jednakże w miarę zdobywania szerszej wiedzy o bóstwach stwierdziłam że bardziej odpowiada mi Sharess.
Zwiedziłam kawałek Amn, głównie Athkatlę i okolicę. W miarę możliwości podróżowałam sama, gdy nie było to możliwe wyruszałam razem z karawanami kupieckimi. Amn które poznałam nijak się miał do tego co widziałam i czego się nauczyłam w rodzinnej rezydencji. Jak mogłam starałam się ukryć swoje pochodzenie jednak oczy prawie zawsze mnie zdradzały. A gdy ktoś zorientował się kim jestem od razu rosły oczekiwania, jakbym z racji rasy od razu miała zająć się rozwiązywaniem ludzkich problemów. Nie zajmowałam się, i dlatego powitania były o wiele milsze niż pożegnania. Mimo tych niedogodności nigdy nie byłam tak szczęśliwa jak podczas moich podróży. Żyłam tak, jak chciałaby tego moja bogini, czerpiąc z życia pełnymi garściami.
W końcu uznałam że czas wyruszyć dalej, zwiedzić nowe miejsca. Zdecydowana zdać sie na los zamiast sama decydować, w Athkatli weszłam na pokład statku który wypływał najwcześniej. Statek ten płynął na Zachód, w stronę wysp Moonshae, w stronę wyspy Aeris.
Chaotyczny neutralny Aasimar?

I przodek zrobił dziecko jakiejś służce, poczekał 9. miesięcy, a potem zabrał dziecko i wyjechał? To już bardziej przekonywająco byłoby, gdyby to jakaś kobieta podróżowała, miała romans z jakimś osobnikiem z domieszką boskości, no i nawet nie wiedziała, że doszło do zapłodnienia niebiańskim nasieniem.
Zgadzam się. Trudno wyobrazić sobie zakończenie związku po narodzeniu dziecka na zasadzie: "Weź syna na drogę", ze strony aasimarki tym bardziej...
Zmieniłem trochę tą legendę, może teraz jest choć odrobinę lepsza.

Nazwa postaci: Lynneth Ashwood
Rasa: Aasimar
Charakter: Chaotyczny neutralny
Wiek: 24
Pochodzenie: Crimmor, Amn
Wyznanie: Sharess
Języki: Wspólny, Chondathski, Iluskański.
Nazwa konta: Andrzej 360

Siła: 12 Zręczność: 16 Kondycja: 12 Inteligencja: 14 Mądrość: 10 Charyzma: 17

Opis:
Młoda, niewysoka kobieta o złocistych włosach i jasnej cerze. Jest dość atrakcyjna chociaż niekoniecznie przejawia sie to tylko w klasycznym pięknie. Poza urodą zwraca uwagę pewność siebie lecz także pewna doza bezczelności zawarta w jej sposobie bycia i poruszania się. Na pozór zwykła ludzka dziewczyna jednak pierwsze spojrzenie wgłąb dziwnych, złotych oczu poddaje w wątpliwość stwierdzenie o jej zwyczajności.

Historia:
O tak, moje życie zapowiadało się pięknie... hm, albo nie, to nie pasuje, moje życie i tak jest piękne. Sęk w tym że wygląda zupełnie inaczej niż bym sobie kiedyś wyobrażała.
Urodziłam się w bogatej rodzinie kupieckiej z Crimmor w Amn. Swój niebiański rodowód zawdzięczam dość dalekiemu przodkowi, podobnie jak mnie, pociągały go podróże. Jego ostatnią wyprawą była podróż do Mulhorandu. Jako że bogowie często mieszali się tam w sprawy śmiertelników po ziemi stąpała też spora ilość niebiańskich sług. Podczas pobytu w Skuld przodek zakochał się w jednej z nich, wkrótce narodziło się dziecko. Postanowił zostać w Mulhorandzie mimo że samego kraju nigdy nie polubił. Wysłał posłańca do Crimmor by zawiadomić rodzinę o swojej decyzji i narodzinach potomka. Nigdy już nie zobaczył Amn. Dopiero po jego śmierci, jego syn postanowił poznać swoją rodzinę z Crimmor. Został nawet ciepło przyjęty pomimo początkowej nieznajomości zwyczajów tam panujących. Jako że podobnie jak ojciec nie żywił ciepłych uczuć do Mulhorandu postanowił zamieszkać ze swoją rodziną w Amn.
W mojej rodzinie zawsze ważne były wszelkie zasady, dyscyplina, tradycja a ja nienawidziłam tego. Prawo uważałam za zaprzeczenie wolności. Członkowie mojej rodziny wyrobili sobie opinię prawych i dobrodusznych osób. Przeznaczali masę datków dla ubogich i na świątynie, oferowali pomoc finansową komu popadnie, wydawałoby się, bez zastanowienia. Nie wiem czy faktycznie wynikało to ze szczerych chęci czy było tylko na pokaz. Nie pasowałam do reszty więc nie zostałam dopuszczana do rodowych tajemnic. Moi rodzice nie odstawali od reszty, ba, nawet wymyślili sobie że będą świecić przykładem dla innych rodzin z Amn. Niestety, ich bogowie poskąpili im talentu wychowawczego.
Zaraz po urodzeniu byłam postrzegana jako dobry znak - dawno już nie było w rodzie aasimara. A skoro byłam takim "błogosławieństwem" należało mnie obsypywać prezentami, spełniać wszystkie moje zachcianki a przy okazji nieustannie pytać, czy nie potrzeba mi czegoś jeszcze. Ha! podoba mi sie ten pomysł. Szkoda że teraz nikt nie chce tak robić! Tak czy siak, to właśnie była owa wspomniana zapowiedź szczęśliwego życia...
Niestety! Jak mawiają twórcy idiotycznych przysłów i powiedzeń, "Wszystko co dobre, szybko się kończy". Osobiście się nie zgadzam, ale wtedy się sprawdziło. Po osiągnięciu pewnego wieku moja rzeka prezentów wyschła, skończył się czas lenistwa i niezasłużonych przyjemności. Nagle rozpoczął się czas obowiązków i co gorsza, oczekiwań. Myśleli że zrozumiem, że "muszę" pracować, mieć obowiązki, wieść życie które które oni uznają za godne... Jestem pewna że oni jako dzieci by zrozumieli. Ja natomiast, nie zrozumiałam, nie rozumiem i nie chcę rozumieć choć dzisiaj znam, a raczej domyślam sie ich punktu widzenia. Przez następne lata coraz bardziej uwidaczniały sie różnice pomiędzy nami. przestałam być słodką córeczką a zaczęłam być "kapryśną dziewuchą".
Konflikt narastał. Moi rodzice, mimo najlepszych intencji byli ograniczeni i zupełnie nie zorientowani w potrzebach córki. Do dziś zastanawiam się czy ten ostatni pomysł był jeszcze jedną szlachetna próbą sprowadzenia mnie na "właściwą drogę" czy też odwetem za rozczarowanie jakim byłam. Aasimar okazuje się czarną owcą w rodzinie, czy to nie piękna ironia losu? W każdym razie owym pomysłem było znalezienie mi męża. Zaplanowali wszystko i nawet ustalili datę! Oczywiście bez mojej wiedzy, przemiła niespodzianka. Wtedy właśnie uznałam że czas porzucić rodzinne gniazdko. Od tamtego czasu próbowałam wyrzucić z głowy wspomnienia o domu rodzinnym, jak dotąd, bezskutecznie.
Moje rodzinne miasto Crimmor to popularny przystanek dla karawan kupieckich i drużyn poszukiwaczy przygód. Awanturnicy zawsze mi imponowali, byli tacy niezależni. Gdy więc rodzina snuła plany zrobienia ze mnie gospodyni domowej dla jakiegoś nieznajomego, ja szukałam poszukiwaczy przygód którzy zgodziliby się zabrać mnie ze sobą. Znalazłam. Dnia w którym awanturnicy wyjeżdżali, ja zwyczajnie wyszłam z domu i nigdy nie wróciłam. Zabrałam z domu kilka niezbędnych przedmiotów, w tym parę nie moich. Z samymi poszukiwaczami nie zostałam długo, pragnęłam podróżować na własną rękę, choć nie zawsze było to możliwe.
Gdy już znalazłam sie daleko od rodzinnego miasteczka czułam się jak nowo narodzona, nawet porzuciłam stare nazwisko. Wreszcie spełniło się moje najgłębsze pragnienie, byłam wolna. Dopiero gdy stałam sie niezależna i wolna od ograniczeń odkryłam jak wielką przyjemność daje mi muzyka. W domu gra na lutni była tylko jednym z wielu sposobów zabicia czasu, teraz jest moją prawdziwą pasją. Poza tym zajmowały mnie, choć może nie tak bardzo jak muzyka, magia wtajemniczeń i szermierka. Fascynowało mnie piękno, w każdej postaci, poczynając od obrazów, rzeźb, malowideł, przez piękno dzikich zwierząt, krajobrazów, miast i budynków a kończąc na pięknych, niezależnie od płci, ludziach. Wcześniej też nigdy nie myślałam o kwestii religii. Nie sądzę abym wcześniej czciła jakiekolwiek bóstwo. W domu mówiono tylko o bóstwach takich jak Helm, Chauntea i czasem Waukeen. Żadne z tych bóstw mnie nie interesowało. Po opuszczeniu domu początkowo najbardziej przemawiała do mnie Sune. Jednakże w miarę zdobywania szerszej wiedzy o bóstwach stwierdziłam że bardziej odpowiada mi Sharess.
Zwiedziłam kawałek Amn, głównie Athkatlę i okolicę. W miarę możliwości podróżowałam sama, gdy nie było to możliwe wyruszałam razem z karawanami kupieckimi. Amn które poznałam nijak się miał do tego co widziałam i czego się nauczyłam w rodzinnej rezydencji. Jak mogłam starałam się ukryć swoje pochodzenie jednak oczy prawie zawsze mnie zdradzały. A gdy ktoś zorientował się kim jestem od razu rosły oczekiwania, jakbym z racji rasy od razu miała zająć się rozwiązywaniem ludzkich problemów. Nie zajmowałam się, i dlatego powitania były o wiele milsze niż pożegnania. Mimo tych niedogodności nigdy nie byłam tak szczęśliwa jak podczas moich podróży. Żyłam tak, jak chciałaby tego moja bogini, czerpiąc z życia pełnymi garściami.
W końcu uznałam że czas wyruszyć dalej, zwiedzić nowe miejsca. Zdecydowana zdać sie na los zamiast sama decydować, w Athkatli weszłam na pokład statku który wypływał najwcześniej. Statek ten płynął na Zachód, w stronę wysp Moonshae, w stronę wyspy Aeris.
Warunkowo akceptuję.
A ja Akceptuję

Podoba mi się koncept postaci.
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • latwa-kasiora.pev.pl