Bo czĹowiek gĹupi jest tak bez przyczyny
Smoczy Koniec.
Nintrel zmarszczył swoje niedźwiedzie brwi spoglądając na dużą gromadę koboldów zbliżających się do obozu uchodźców. Westchnął jeszcze ciężko i zaczął szybko kroczyć ku swojemu panu - druidowi Koehilowi. Ten odbierając informacje o zblizajacych się gadzich łbach.
Strażniczka poprawiła rękawice spoglądając przy okazji przed siebie. Straż przy obozie uchodźców była nudna, co kobiecie niespecjalnie przeszkadzało. Zamrugała kilka razy, gdy dostrzegła przed sobą masę gnolli. "Do licha" - przeklneła w myślach i przybrała pozycję obronną.
Pierwsza odsiecz przybyła wreszcie na wybrzeże ze strony Aulos. Szybko przebili się przez koboldy i gnolle. Naturalnie, trzeba docenić zmysł taktyczny krasnoludów, czarodziej i kapłanki Czerwonej Rycerki. Morale w grupie były takie wielkie, że obok wspominanego brodatego ludu, ramię w ramię walczył półork w czarnej zbroi.
Niestety, wszystko ma swoje granice, a wytrzymałość grupy została nadwyrężona przez potężne gigantyczne wywerny zaatakowały bohaterów i zepchnęły ich aż to fortu goblinów.
Tam też plotki mówią o kolejnej grupie, która zamierzała pomóc ta - jak się okazało nie okazałą się zbyt bitna, podobno sam wikariusz musiał im pomóc by dostać się do celu, a cel był wielce srogi.
Oto i sam czerwonołuski stanął na drodze do uchodźców. I wtedy krasnolud Brottor razem z wojownikiem Galforem i mężnym kupcem Tamanem uderzyli w łuskę od tyłu, adoness poprosił Najwyższego o pomoc a dzieła dokonała Lenya uderzając w gada zaklęciem
Zemsta elfów dopełniła się, lecz zwycięstwo nie uratowało będących w obozie - Ci wciąż tkwili między wywernami a smokobójcami.
I wtedy też cień spadł na bohaterów - to sama Nimura zjawiła się by pozbawić zwycięstwa garstkę wciąż pogromców czerwonej łuski. I Ci, mimo, że mężni uciekli z pola bitwy, czekając na ostatnią część.
Zebrali się najpotężniejsi z całego Aeris. I ruszyli chcąc wesprzeć księżyc w walce ze smokiem.
Smoczyca zaczęła się głośno śmiać na widok podchodzącej elfki.
- Nie sądzisz chyba, że zdołasz mnie pokonać, elfko? Żadna broń tutaj nie jest w stanie mnie zranić. Mogłaś przyjąć mą ofertę gdy miałaś szansę. Teraz po prostu zginiesz.
Leirelle nie odpowiedziała, odrzucając tarczę i ujmując oburącz Księżycowe Ostrze. Jej ruchy zaczęły przypominać taniec, gdy zbliżyła się do smoczycy, śpiewając kolejne modlitwy. Śmiech smoczycy ucichł, gdy dostrzegła, iż Księżycowe Ostrze rozjarza się świętą energią. Rozbawienie ustąpiło miejsca wściekłości. Nimura rzuciła się wściekle na elfkę, lecz ta, nie zaprzestając śpiewu, tanecznym krokiem ominęła szpon smoczycy. Trafieniu towarzyszył wściekły ryk bólu, słyszalny na całej wyspie. Leirelle tańcząc to zbliżała się to oddalała do smoka, by w pewnej chwili ukończyć modlitwę. Uderzyła nieomal na oślep, celując w serce smoczycy. Księżycowe Ostrze dosięgło celu, przebijając czarną łuskę i wbijając się w cielsko aż po rękojeść. Ciało Nimury zadrżało i zaczęło falować, gdy światłość zaczęła zmagać się z sączącym się z rany mrokiem. Leirelle gestem wyzwoliła przygotowane zaklęcie i wraz ze smoczycą zniknęła z wyspy. Kilka chwil później potężny wybuch rozjaśnił niebo na wschodzie.
Po elfce i smoczycy nie było śladu.
OOC: Ja juz spię. Nie wincie za liczne błędy.
*wiwat*
Victory Celebration & End Title
*Usłyszawszy wieści Thravil wielce się uradował i odetchnął z ulgą, słysząc o zagładzie smoków. Rozbłysk radości został jednak przyćmiony zniknięciem Leirelle*
Wiadomo?? ukryta / Hidden messageWiadomość została ukryta, aby ją przeczytać należy odpowiedzieć w temacie.
*Dragan, który podobno brał udział w ostatniej walce ze straszliwą Nimurą, szybko teleportował się z pobojowiska wraz z jakimś magiem (powiadają, że strasznie stary ów mag był, ale kto to może wiedzieć?). Ostatnio widziano go w okolicach ruin świątyni Gonda. Podobno zaczął przeszukiwać okolicę w poszukiwaniu czegoś lub kogoś. Diabli wiedzą, co to może być. *
- *Przekleństwo w chondathskim* wojna, *to samo przekleństwo* smoki. Nie ma złota, sławy, miasta ani nawet łusek. Zwłaszcza łusek. Jej też nigdzie nie ma... *Jakieś inne przekleństwo. Również w chondathskim.*. Następnym razem, jak mi się zeche wojować, to popłynę do Thay albo Untheru... Tam przynajmniej jest cień szansy, że cokolwiek dobrego z tego wyniknie.
OOC:
A właśnie, polegli. Dobra wiadomość: Marvisa ciało zostało znalezione. Zła wiadomość: Jest w Kyrusowej torbie. Leoreth "zaopiekował się" Rune. Jeżeli elfi kapłani ją wskrzeszą (co o dziwo wcale takie pewne nie jest), to będzie żyła. Galfordem też się ktoś zajął. Arvein również jest w kyrusowej torbie, w stanie magicznego rozkładu.
Wiadomo?? ukryta / Hidden messageWiadomość została ukryta, aby ją przeczytać należy odpowiedzieć w temacie.
*Gdy wieści o śmierci czarnej bestii dotarły do poranionych i wyczerpanych pogromców czerwonego smoka Valin Dębowy Druid odetchną z ulgą mając jeszcze przed oczyma czarne burzowe chmury, okrzyki towarzyszy i straszliwy ryk bestii gdy uwolniony przez niego żywioł piorunów i lodowych nawałnic spadły na smoka stając się ucieleśnieniem gniewu natury. Dziękując Ojcu lasów i całej naturze za użyczoną tego dnia Kręgowi moc i mądrość, zbierając resztki sił Valin ruszył niezwłocznie do Świętego Kręgu by wesprzeć braci w leczeniu rannych i gaszeniu szalejących po całej okolicy pożarów. Jedna walka się skończył ale druga dopiero zaczynała. Mieszkańcy lasów poświęcili wiele istnień w obronie uchodźców i Świętego Kręgu jednak ich wysiłek nie zostanie zapomniany gdyż w naturze nic nie ginie jeno zmienia się zataczając odwieczny cykl....*
*Gdy wielka czarna smoczyca znikła wraz z elfką z wyspy, krasnoludzki Król Eiverhow, padł na ziemię będąc w krytycznym stanie... Bo niedolnych próbach poprawienia jego stanu, został teleportowany przy pomocy maga ubranego w koszulką kolczą do Eiverhow. Gdzie natychmiast otrzymał właściwa opiekę i pomoc. Później ów mag udał się do krasnoludzkiej karczmy, mamrocząc do siebie w halruaańskim coś o wyparowaniu Aulos i Fali*
*Od Samego Ranka można zobaczyć młodego wojownika z Kara-Tur przemykającego wśród uchodźców niczym cień. Jego twarz jest pozbawiona uśmiechu, dogłębnie przygnębiona. W ręce podobno trzyma kawałek czerwonego płaszcza i drugiego o innym kolorze, które ściska niczym najcenniejszy przedmiot. Niekiedy rzuca okiem na jakiś sztylet przy pasie z niepewnością. Dlatego wciąż chodzi i nie zatrzymuje się widocznie chcąc do końca bronić tego, co obiecał*
*późną nocą na drodze z pola bitwy do obozu uchodźców da się zauważyć wojownika w jasnej, pogiętej i poplamionej krwią zbroi. Przez jego plecy przewieszona jest długa pochwa z której wystaje rękojeść wielkiego dwuręcznego miecza. Bardzo powoli niczym kaleka prze do przodu ciągnąc za sobą ciało innego zbrojnego. Mężczyzna co chwila przystaje aby odsapnąć, poprawić uchwyt na nodze nieprzytomnego kompana oraz wyrzucić w powietrze stek przekleństw. Po kilku kwadransach dotoczył się w końcu do granic obozu sapiąc ciężko. Tam też otrzymał pomoc od innych, którzy przejęli ciało Galforda i szybko przenieśli do jednego z kapłanów. Creyn pokuśtykał w ślad za swoim nieprzytomnym kompanem i siadł pod drzewem sztywno prostując nogę. Popatrzył spod ciężkich powiek na zabiegi kleryka opatrującego Galforda po czym cicho, ledwie słyszalnie wysapał* Jeszcze nie pora na Ciebie Druhu... *powoli głowa wojownika zaczęła mu ciążyć i kiwać to w przód to w tył. Powieki poczęły opadać coraz częściej aż w końcu zamknęły się kompletnie. Po kilku minutach można było usłyszeć jak Creyn głośno chrapie z głowa zwieszoną na pierś*
Smok nie żyje... dokonało się wspólne dzieło... Fyrexettor, sprawca cierpień, udręk, płaczu i wściekłości elfów padł pod nogami tych, których określano poszukiwaczami przygód. A wśród nich? Jeden kapłan, adoness... nie, keryn'suoress - święty wojownik, który za sprawą swego boga, Corellona Larethiana i z opieką całego Seldarine pomógl garstce tych, któzy podzielali jego zdanie... a teraz podzielili i jego los... Chwałę. Nieuchwytny niczym wiatr posłał ostrza na smoka. Ach, gdyby jeszcze las mógł odrosnąć, gdyby bryza wiała lekka, jak kiedys, nieprzytłoczona wiatrem zmęczenia i porażek...
Chwala Seldarine!
OOC:
Mógłby ktoś dokładnie opisać jak to się stało, że Aulos zostało zalane? Kiedy? I gdzie zostały ewakuowane npce ?
I czy zostanie ono jakoś przywrócone do życia?
*Sibhreach Półdrow wiele dni i nocy spędził w Lesie Elfów, okrutnie zniszczonym przez czerwonołuskiego gada. Przez wiele dni i nocy marzył o zemście. Wreszcie nadszedł ów dzień, gdy na wzgórzach, niopodal fortu goblinów wśród szalejących płomieni, walczył u boku przyjaciół, zasypując znienawidzoną bestię gradem lodowych strzał. Gdy wreszcie smok padł, Sibhreach wzniósł do nieba swój łuk i ochrypłym głosem zaczął sławić imię Shevarasha, Czarnego Łucznika.
A potem pojawiła się Nimura... Po początkowym chaosie i panicznej ucieczce, słysząc już kolejnych bohaterów, przybywających na pole bitwy, Sibhreach spotkał Valina i razem ruszyli ku ziemiom Kręgu.*
Zobaczycie na A2... wszystko przewidzieliśmy...
Złamane skrzydło, poszarpane ostrymi groty pióra, sterczący z ramienia drzewiec bełtu nie były powodem dla którego elf nagle zatrzymał się i ze smutkiem spojrzał w kierunku fortu. Żałował nie swych ran, nie poległych bezskrzydłych, nie zniszczonych ziem. Rozpaczał za chwalebną śmiercią, która go ominęła. Za tym iż nie zbliżył się do wroga by przelać choć kroplę jego krwi.
Stojąc teraz pośród drgającej masy, małych poskręcanych ciał i rozlewiska ich cuchnących wnętrzności, wspomniał na zapomniane już imię swego ludu i zapłakał bo kolejna okazja do jego przypomnienia spadła na ziemie małej wyspy wraz z martwym cielskiem gada.
Nie znał Avariel większej dla siebie przewiny i nie czuł większego wstydu. Gdzieś w oddali pośród magicznych łun słabe, bezskrzydłe istoty po raz kolejny dowiodły iż czas skrzydlatych elfów przeminął. Wojownik zakrył dłońmi twarz i potykając się o zmasakrowane truchła ruszył w przeciwnym kierunku.
*Lissa przechadza się po miejscu starcia oceniając straty*
*Dokonali tego, pokonali czerwonego smoka! Taman nie mógł w to uwierzyć. Od początku był pewny, że zginą, a przekonanie to pogłębiło się gdy w grupie zapanował chaos, który skutecznie skłócił wszystkich. Zbyt wielu było tam samozwańczych dowódców, którzy o dowodzeniu i strategii nie mieli, jednak żadnego pojęcia. Na szczęście w końcu doszli do jakiegoś porozumienia i wszystko skończyło się dobrze...przynajmniej dla Tamana. Jednak wielki cień przysłonił niebo, a także serca śmiałków. Oto przybyła Nimura, a ziemia zatrzęsła się pod ciężarem jej wielkich łap. Niedawni pogromcy smoków rzucili się do panicznej ucieczki, wiedząc, że nie maja szans. Cefrey gnał przed siebie ile sił w nogach, bojąc się odwrócić głowę aby spojrzeć, czy smok w ogóle się nim zainteresował. Po prostu biegł, biegł do momentu, aż w końcu adrenalina opadła, a wycieńczenie nie pozwoliło na postawienie kolejnego kroku. Mężczyzna upadł na kolana próbując złapać oddech. Panicznie rozejrzał się w około. Znajdował się w lesie, a światło Selune sprawiało, że cienie drzew nabierały złowrogich kształtów. Ale cóż to? Nagle uszu Cefreya dobiegły czyjeś głosy...znajome głosy. Zebrał w sobie resztki sił i udał w ich kierunku. Natrafił na druida imieniem Valin oraz półdrowa, który był łowcą Kręgu. Nie mając innego wyboru poprosił ich o pomoc. Jednak odłączył się od nich w momencie kiedy okolice stawały się już dla niego znajome, a strach minął. Podziękował im i udał się traktem w stronę Aulos. Z ulgą mijał kolejne znajome mu miejsca, jednak to co zastał na końcu traktu...a właściwie to, czego tam nie zastał , wprawiło go w osłupienie. Przez dłuższy czas gapił się na falujące spokojnie morze, a dokładnie w miejsce, gdzie powinno znajdować się Aulos. Jednak po mieście nie było ani śladu, zupełnie tak jakby w ogóle nigdy nie istniało. Taman upadł na kolana, zmęczenie wróciło z podwojoną siłą. Nie mógł w to wszystko uwierzyć. Jego umysł to odrzucał, a on sam dalej klęcząc gapił się tępo w falujące leniwie wody morza.... *
Krasnolud przedzierał się w szaleńczym tempie przez leśne ostępy. Już dawno zgubił hełm, a liczne gałązki poszarpały i zmierzwiły jego brodę i włosy. Ten jednak nie ustawał w biegu, potykając się i od czasu do czasu z głuchym chrzęstem uderzając w drzewa. Wreszcie zupełnie dla siebie niespodziewanie uderzył w coś miękkiego i włochatego. Tu nie trzeba było myśleć, tu zadziałał instynkt - ognisty topór ponownie znalazł się w silnej dłoni krasnoluda i już po chwili po koboldzie zostało jedyne truchło. Krasnolud rozejrzał się, jakby przytomniej po czym odetchnął głęboko, raz drugi, trzeci. Wreszcie opanował się na tyle, aby puścić wiązankę przekleństw, odwrócić się i w szybkim tempie udać się do resztek fortu goblinów. Przybył jednak zbyt późno - jedyne co zastał to resztki smoczego truchła, pozbawionego głowy. Dopiero wtedy dotarły do niego ostatnie wydarzenia, uderzając w jego świadomość z ogromną siłą. Być może niektórzy druidzi widzieli kilka dni później błąkającego się bez celu po puszczy byłego krasnoludzkiego generała, ci zaś, którym mowa krasnoludów nie była obca mogli usłyszeć jak ten lamentuje, lub na przemian wpada we wściekłość...
- Skubany Alaverl. Dalej ma smoka na koncie ubitego a ja nie...
- Nie wybaczę tego tej babie! Mojego smoka utłukła, MOJEGO SMOKA!!
- Wiałem. Uciekałem. Ja wiałem z pola bitwy. JA! I przed czym, no przed czym? Przed jakąś przerośniętą jaszczurką...
*Niedawne dramatyczne wydarzenia ominęły Arranza, który przez ostatnie dwa dni załatwiał interesy Kompanii w Wrotach Baldura. Miał także sprowadzić na wyspę ewentualną pomoc w walce z smokami. Gdy dostał wiadomość mówiącą o zwycięstwie nad gadami, niemal natychmiast powrócił na wyspę. Jakież było jego zdziwienie gdy pierwszą rzeczą jaką zobaczył po teleporcie był bezkres morza. Po początkowym szoku udał się szybkim krokiem w kierunku Eiverhow.*
*Miedzianobrody krasnolud spoglądał to na towarzyszy, to na trzy gigantyczne kształty stojące tuż przed nimi. W jednej chwili hordy zarżniętych przez niego koboldów, gnolli i trolli zdały się niczym, a on sam mógłby przysiąc, że to nie wyverny, a smoki stoją tuż przed nim. Nie minęła chwila, a bestie rzuciły się na nich. Od razu spadło na nie kilka cięć topora wymierzonych niemal na oślep i potężne razy miecza kapłanki odzianej w czerwoną zbroję. Dwa wielkie cielska leżały bezwładnie na ziemi. Nie mogąc uwierzyć w zwycięstwo Oin krzyknął tryumfalnie. Dopiero kiedy trafiony potężnym ogonem pokonywał w powietrzu odcinek kilkunastu stóp przypomniał sobie, że została jeszcze jedna.
Kiedy ocucony poczuł przeszywający ból w czaszce, zaklął siarczyście. Zdał sobie sprawę, że to nie jemu przyjdzie dziś zabić smoka. Na horyzoncie malowały się sylwetki bohaterów nadciągających z odsieczą*
Kiedy czerwony gad przymierzał się do ataku, uzbrojony w miecz i tarczę avariel rozłożył skrzydła i poderwał się do góry. Nie zdążył jednak zadać nawet jednego ciosu czy rzucić choćby jednego zaklęcia - ogromna smocza łapa uderzyła go potężnie, łamiąc elfie skrzydła i zrzucając biedaka na ziemię. Spadającemu jeszcze śmiałkowi smok wymierzył kolejny potworny cios, odrzucając go na kilka metrów. Co jednak dziwne, o ziemię nie uderzyło ciało wysokiego skrzydlatego elfa, ale przeciętnego wzrostu czarnowłosego mężczyzny z wąsami.
Marvis obudził się w jednym z namiotów w obozie uchodźców. Leżał bez ruchu przez dłuższą chwilę, wpatrując się bez celu w sklepienie namiotu i zastanawiając się, co właściwie zaszło. Biednego barda bolało właściwie wszystko, począwszy od głowy, przez ramiona, żebra, plecy, kolana, aż do palców u stóp. Po chwili do jego namiotu wszedł jakiś człowiek. Jak się okazało, był to helmita, który odnalazł go na pobojowisku. Przekazał on bardowi wieści o pokonaniu smoków i zniknięciu Aulos. Pierwsza wiadomość wyraźnie ucieszyła rannego, na drugą zaś zareagował właściwie obojętnie. Nagle Marvis zerwał się z posłania, mówiąc, że musi natychmiast kogoś znaleźć. Padł jednak spowrotem na łóżko, jęcząc mocno z bólu. Kapłan zdrowo ochrzanił Marvisa za nieszanowanie swego kiepskiego zdrowia i wysiłku, jaki włożono w ratowanie trubadura. Po tej przemowie helmita opuścił namiot, zaś bard zapadł w niespokojny sen.
Lenya podniosła wzrok, po czym spojrzała na swojego narzeczonego. I na krasnoludkę, która mu towarzyszyła. Ponieważ ledwie mogła ruszyć głową, wymamrotała z przestrachem, ochryple, kilka słów, patrząc na miskę, którą Lethre trzymała w ręce.
- Co to jest?
- Nu jak to co... - oburzyła się kaxanar - Przedni, krasnoludzki kleik! Na bazie wszystkiego, co dobre.
- To... to znaczy? - półelfka zmrużyła zielone oczęta, z trudem przekrzywiając głowę.
- Ty nie pytaj, tylko jedz! Smoków się zachciało, to teraz zdrowieć musisz - krasnoludka nabrała jakiejś paskudnej, cuchnącej mlekiem, szarawej mazi na łyżkę i podsunęła Lenyi pod nos - Smacznego!
Lenya z wyrzutem łypnęła na Dragana.
- Jedz, nie marudź - powiedział jej drogi narzeczony, uśmiechając się uroczo.
- Potwór - wymamrotała dziewczyna, jednocześnie otrzymując do ust pierwszą łyżkę klejącego świństwa, zwanego powszechnie krasnoludzką kaszką.
Darmowy hosting zapewnia PRV.PL