ďťż
[ Bard ] Jovin


Bo człowiek głupi jest tak bez przyczyny

Nazwa konta postaci: Faoilitiarna
Nazwa postaci: Jovin
Płeć: Mężczyzna
Rasa: Złoty krasnolud
Klasa postaci: Bard
Wiek postaci: 49 lat
Wyznanie postaci: Dugmaren Jasna Opończa
Pochodzenie postaci: Unthalass, na wschodnich rubieżach Dymiących Gór
Charakter postaci: Chaotyczny dobry
Języki: Wspólny, krasnoludki, mulhorandzki

Atrybuty:
Siła: 14 (+2)
Zręczność: 10 (+0)
Kondycja: 16 (+3)
Inteligencja: 12 (+1)
Mądrość: 10 (+0)
Charyzma: 16 (+3)

Wygląd:
Widzisz typowo zbudowanego krasnoluda o śniadej karnacji. Twarz znamionuje swoiste opanowanie, zaś na ustach gości lekki kpiarski uśmiech. Jego ciemne włosy związane są z tyłu głowy w małą kitkę, nosi też zaplataną w grube kosmyki brodę. Ma brązowe oczy.

Historia:
Unthalass, moje rodzinne miasto… Trudno powiedzieć, czy za nim tęsknię. Jedynym powodem, dla którego mógłbym czuć się związany z tym miejscem to fakt, iż spędziłem w nim młodość, okres będący ponoć najlepszym w życiu. Cóż, skoro jednak moja rodzina mnie wyklęła, nie mam już tam czego szukać. Więzy krwi… dobre sobie.
Jestem pierwszym (i zarazem ostatnim) dzieckiem Moradiana, wprawnego kamieniarza i jego żony, Gruni. Zbieżność imienia człowieka, którego zwykłem drzewiej nazywać ojcem z mianem Moradina, Kowala Dusz jest przypadkowa. Daleko mu do ideału wyrozumiałego opiekuna.
Od dzieciństwa kierowano mym życiem tak, bym w przyszłości mógł przejąć rodzinny interes – w tym celu odbierałem nauki wszelakie, zarówno teoretyczne, jak i praktyczne w zakresie obróbki kamieni. Początkowo nadzorował to Moradian, kiedy jednak zauważył że czynię znaczne postępy, powierzył mój rozwój swojemu dawnemu mistrzowi, Gunnarowi.
Tak więc czas leciał, ja zaś z każdym rokiem utwierdzałem się w zdaniu, iż zupełnie nie nadaję się na rzemieślnika. Początkowo nie dawałem oznak, jak bardzo obrzydło mi owo zajęcie. Gdy jednak wyszedłem z wieku chłopięcego – postanowiłem odbyć z ojcem poważną rozmowę. Skończyło się to surową reprymendą, w której obok kanonicznych elementów wchodzących w skład tyrad zawiedzionych rodziców, znalazła się groźba wypędzenia mnie z domu. To skutecznie związało mi ręce na najbliższe kilkanaście lat.
Zapewne jest wśród was, szanowne damy i szlachetni mężowie, wielu apologetów matczynej miłości… tak, apologetów rzekłem! Brzmi to zapewne cokolwiek dziwnie – jednakowoż, śmiem twierdzić, wynika to z archetypów, w które wpędziła was rzewna literatura (względnie – wyjątkowo spokojne doświadczenia z dzieciństwa). Ja bynajmniej nigdy nie mogłem liczyć na wsparcie matki: Gruni wypełniała ślepo wolę ojca i obawiam się, że nie wynikało to jedynie z wrodzonej uległości…
Tuż po pierwszym starciu z Moradianem poznałem dziwnego, jak mi się wówczas zdawało, krasnoluda. Nie wyglądał ani jak rzemieślnik, daleki był również od typowego wojownika (choć, nie neguję – miał wyjątkowo silną budową, zaś u pasa nosił topór). Gdy wybiegłem z domu na ulicę – bez celu, jak to bywa z młodymi zapaleńcami – wpadłem na niego. Nim zdążyłem zerwać się do dalszego biegu, chwycił mnie za ramię i odezwał się… Jaki on miał głos! Jednakże bardziej od jego głosu porwały mnie słowa, które do mnie skierował. Przedstawił się jako Borlung Złotousty, bard. Jak na barda przystało, od razu spytał mnie, czy o nim słyszałem. Cóż, nie muszę chyba wspominać, iż mój były ojciec lekce sobie ważył wszelkie sztuki poza kamieniarstwem – literaturę zwłaszcza (no, może łaskawszym okiem spoglądał na ekonomię; co nim powodowało jest dla was, jak tuszę, jasne). Szczerze przyznałem więc memu rozmówcy, iż nie słyszałem. Jego reakcja była dość zadziwiająca – najpierw się roześmiał, potem klepnął protekcjonalnie po ramieniu i rzekł, iż musimy koniecznie porozmawiać w jakiejś cichej karczmie. Poszliśmy więc do „Złotego antałka” (niedaleko mego dawnego domu). Tam , jestem daleki od dramatyzowania, moje życie uległo drastycznej zmianie. Najpierw – okazało się, iż Borlung jest bratem mego ojca, wyklętym niegdyś przez mego dziada. Następnie – iż od dawna mnie obserwuje i zdążył dostrzec, iż me życiowe aspiracje wybiegają dalej niż spokojna rzemieślnicza egzystencja. Bez ogródek, tuż po ostatniej informacji zaproponował mi coś na kształt terminu: sekretnego i na razie powolnego. Może się to wydać dziwne, ale przystałem na to bez wahania.
Tak więc przez następne kilkanaście lat, obok rozwoju kamieniarskiego, prowadziłem życie adepta sztuki poetyckiej. Spotykaliśmy się z Borlungiem w różnych miejscach: za każdym razem miał dla mnie interesujące książki: zarówno poematy, kompendia wiedzy, jak też czysto fachowe podręczniki aktorstwa tudzież dyplomacji. Prowadziliśmy rozmowy, z których wciąż dowiadywałem się zaskakujących informacji: najciekawsza (i to do tej pory!) brzmiała, iż moja babka wcale nie był kimś pokroju Gruni, ale osoba parającą się magią. Z dziadem związała się z miłości (co stanowi mimo wszystko ewenement – zarzucić życie pełne przygód i wspaniale rokującą karierę na rzecz apodyktycznego, opryskliwego przedsiębiorcy…). Chodziły słuchy, iż wywodziła się z rodu, który utrzymywał kontakty z żyjącymi niegdyś powszechnie w Dymiących Górach czerwonymi smokami.
Jednocześnie zapragnąłem nauczyć się walczyć (dużą rolę odegrały tu poznane przez mnie poematy heroiczne). Uczęszczałem więc na szkolenia organizowane przez lokalną straż i trenowałem zapamiętale pod okiem zaprawionych w boju gwardzistów.
Tak upłynęło wiele czasu – ale nic co dobre nie trwa wiecznie (a przynajmniej długo).
Moradian w jakiś sposób dowiedział się o moich spotkaniach z Borlungiem i, kolokwialnie rzecz ujmując – wściekł się. Postanowiłem nie pozostawać biernym (cóż, lata kształcenia na mistrza mowy robią swoje) i wyznałem, iż nie zostanę kamieniarzem, ale bardem. Tego było dla tatusia za wiele: kontakty z wyklętym bratem, sekretne kształcenie i, o zgrozo!, chęć decydowania o własnym losie wywołały straszliwą falę nienawiści. Właśnie wtedy usłyszałem, bym zszedł z jego oczu. Permanentnie.
Cóż było robić; na odchodnem nie omieszkałem napomknąć, iż Moradian czyni mi wielką łaskę, uwalniając spod swego wpływu i, nie czekając na ripostę, poszedłem na spotkanie z Borlungiem. Jakimś cudem wiedział on już o całym zajściu – co więcej, miał przygotowane dwa podróżne tobołki. Nie musiał nawet nic mówić: wziąłem na plecy swój podróżny osprzęt i pomaszerowaliśmy w kierunku bramy miejskiej.
Jak zapewne się domyślacie, nadrabiałem miną (nie byłem wtedy jeszcze takim cynikiem): choć grałem przed eks-ojcem bohatera, a w trakcie wędrówki tobołek wesoło podskakiwał zaś krasnoludki topór raźno pobrzękiwał za pasem, mój umysł przepełniały (jak by to określił miłośnik tanich romansideł) czarne myśli.
Wędrowałem z wujem na zachód, odwiedzając wioski i miasta, zdobywając szlify w sztuce poetyckiej, oratorskiej i aktorskiej. Jako, że żyjemy w czasach powszechnie uważanych za niebezpieczne, przychodziło mi też robić użytek z oręża.
I to właśnie oręż był powodem kolejnej życiowej zmiany. Zmierzając do Doliny Lodowego Wichru (nie wiem, co powodowało mym wujem, by tam właśnie zmierzać) trafiliśmy na grupę bandytów gdzieś w okolicach Neverwinter. Taaak, taaak… „stawaliśmy dzielnie, siejąc popłoch wśród nędznych złoczyńców” – i byłoby pięknie, gdyby jakiś gnojek, jakiś niewydarzony człeczyna, widząc klęskę swych towarzyszy (cóż, wielu z nich daliśmy piękną, pierwszą i zarazem ostatnią lekcję grzecznego korzystania z traktów, szacunku do podróżnych tudzież tajników krasnoludzkiej walki toporem) nie strzelił do Borlunga z kuszy. Oczywiście strzał był śmiertelny…
Nie trudziłem się nawet, by ścigać uciekających łobuzów. Podbiegłem do wuja – żył jeszcze. Nawet w tej sytuacji nie opuszczał go humor – choć oddychał z trudem rzucił kilka uwag na temat uciekających bandytów, następnie bardzo poważnie rzekł, bym wzmógł uwagę. Nakazał, bym udał się koniecznie do Neverwinter, a stamtąd popłynął najbliższym statkiem na wyspę Aeris. Ostatnie słowa, jakie wypowiedział to: „Zaufaj mi, młodzieńcze, raz już na tym dobrze wyszedłeś, czyż nie? Spróbuj zaprzeczyć…”. Uśmiechnął się i oddał ducha.
Wiem, brzmi to wręcz melodramatycznie, ale tak właśnie było. Czyżby wam się nie podobało? Jeśli tak, to kto wam kazał mnie słuchać? Co, że źle się kończy ? To dajcie mi wszyscy spokój, niewdzięcznicy. Bajań barda im się zachciało…
Hej, mości kapitanie, czy wszyscy na tej wyspie są tacy? Jeśli powiesz, że tak, to urządzę sobie dłuuugą pogawędkę z wujem, o ile spotkamy się kiedyś w zaświatach…

Co do rozwoju postaci - chciałbym, by Jovin awansował później na Dziedzica Czerwonego Smoka. Jako, że nie mam bardzo dużych doświadczeń w d'n'd proszę szanownych znawców, by pouczyli początkującego. )


Wiadomo?? ukryta / Hidden messageWiadomość została ukryta, aby ją przeczytać należy odpowiedzieć w temacie.

Akceptuję.
z poprawkami w historii, koniecznymi do awansowania na Ucznia Czerwonego Smoka

Nazwa konta postaci: Faoilitiarna
Nazwa postaci: Jovin
Płeć: Mężczyzna
Rasa: Złoty krasnolud
Klasa postaci: Bard
Wiek postaci: 49 lat
Wyznanie postaci: Dugmaren Jasna Opończa
Pochodzenie postaci: Unthalass, na wschodnich rubieżach Dymiących Gór
Charakter postaci: Chaotyczny dobry
Języki: Wspólny, krasnoludki, mulhorandzki

Atrybuty:
Siła: 14 (+2)
Zręczność: 10 (+0)
Kondycja: 16 (+3)
Inteligencja: 12 (+1)
Mądrość: 10 (+0)
Charyzma: 16 (+3)

Wygląd:
Widzisz typowo zbudowanego krasnoluda o śniadej karnacji. Twarz znamionuje swoiste opanowanie, zaś na ustach gości lekki kpiarski uśmiech. Jego ciemne włosy związane są z tyłu głowy w małą kitkę, nosi też zaplataną w grube kosmyki brodę. Ma brązowe oczy.

Historia:
Unthalass, moje rodzinne miasto… Trudno powiedzieć, czy za nim tęsknię. Jedynym powodem, dla którego mógłbym czuć się związany z tym miejscem to fakt, iż spędziłem w nim młodość, okres będący ponoć najlepszym w życiu. Cóż, skoro jednak moja rodzina mnie wyklęła, nie mam już tam czego szukać. Więzy krwi… dobre sobie.
Jestem pierwszym (i zarazem ostatnim) dzieckiem Moradiana, wprawnego kamieniarza i jego żony, Gruni. Zbieżność imienia człowieka, którego zwykłem drzewiej nazywać ojcem z mianem Moradina, Kowala Dusz jest przypadkowa. Daleko mu do ideału wyrozumiałego opiekuna.
Od dzieciństwa kierowano mym życiem tak, bym w przyszłości mógł przejąć rodzinny interes – w tym celu odbierałem nauki wszelakie, zarówno teoretyczne, jak i praktyczne w zakresie obróbki kamieni. Początkowo nadzorował to Moradian, kiedy jednak zauważył że czynię znaczne postępy, powierzył mój rozwój swojemu dawnemu mistrzowi, Gunnarowi.
Tak więc czas leciał, ja zaś z każdym rokiem utwierdzałem się w zdaniu, iż zupełnie nie nadaję się na rzemieślnika. Początkowo nie dawałem oznak, jak bardzo obrzydło mi owo zajęcie. Gdy jednak wyszedłem z wieku chłopięcego – postanowiłem odbyć z ojcem poważną rozmowę. Skończyło się to surową reprymendą, w której obok kanonicznych elementów wchodzących w skład tyrad zawiedzionych rodziców, znalazła się groźba wypędzenia mnie z domu. To skutecznie związało mi ręce na najbliższe kilkanaście lat.
Zapewne jest wśród was, szanowne damy i szlachetni mężowie, wielu apologetów matczynej miłości… tak, apologetów rzekłem! Brzmi to zapewne cokolwiek dziwnie – jednakowoż, śmiem twierdzić, wynika to z archetypów, w które wpędziła was rzewna literatura (względnie – wyjątkowo spokojne doświadczenia z dzieciństwa). Ja bynajmniej nigdy nie mogłem liczyć na wsparcie matki: Gruni wypełniała ślepo wolę ojca i obawiam się, że nie wynikało to jedynie z wrodzonej uległości…
Tuż po pierwszym starciu z Moradianem poznałem dziwnego, jak mi się wówczas zdawało, krasnoluda. Nie wyglądał ani jak rzemieślnik, daleki był również od typowego wojownika (choć, nie neguję – miał wyjątkowo silną budową, zaś u pasa nosił topór). Gdy wybiegłem z domu na ulicę – bez celu, jak to bywa z młodymi zapaleńcami – wpadłem na niego. Nim zdążyłem zerwać się do dalszego biegu, chwycił mnie za ramię i odezwał się… Jaki on miał głos! Jednakże bardziej od jego głosu porwały mnie słowa, które do mnie skierował. Przedstawił się jako Borlung Złotousty, bard. Jak na barda przystało, od razu spytał mnie, czy o nim słyszałem. Cóż, nie muszę chyba wspominać, iż mój były ojciec lekce sobie ważył wszelkie sztuki poza kamieniarstwem – literaturę zwłaszcza (no, może łaskawszym okiem spoglądał na ekonomię; co nim powodowało jest dla was, jak tuszę, jasne). Szczerze przyznałem więc memu rozmówcy, iż nie słyszałem. Jego reakcja była dość zadziwiająca – najpierw się roześmiał, potem klepnął protekcjonalnie po ramieniu i rzekł, iż musimy koniecznie porozmawiać w jakiejś cichej karczmie. Poszliśmy więc do „Złotego antałka” (niedaleko mego dawnego domu). Tam , jestem daleki od dramatyzowania, moje życie uległo drastycznej zmianie. Najpierw – okazało się, iż Borlung jest bratem mego ojca, wyklętym niegdyś przez mego dziada. Następnie – iż od dawna mnie obserwuje i zdążył dostrzec, iż me życiowe aspiracje wybiegają dalej niż spokojna rzemieślnicza egzystencja. Bez ogródek, tuż po ostatniej informacji zaproponował mi coś na kształt terminu: sekretnego i na razie powolnego. Może się to wydać dziwne, ale przystałem na to bez wahania.
Tak więc przez następne kilkanaście lat, obok rozwoju kamieniarskiego, prowadziłem życie adepta sztuki poetyckiej. Spotykaliśmy się z Borlungiem w różnych miejscach: za każdym razem miał dla mnie interesujące książki: zarówno poematy, kompendia wiedzy, jak też czysto fachowe podręczniki aktorstwa tudzież dyplomacji. Prowadziliśmy rozmowy, z których wciąż dowiadywałem się zaskakujących informacji: najciekawsza (i to do tej pory!) brzmiała, iż moja babka wcale nie był kimś pokroju Gruni, ale osoba parającą się magią. Z dziadem związała się z miłości (co stanowi mimo wszystko ewenement – zarzucić życie pełne przygód i wspaniale rokującą karierę na rzecz apodyktycznego, opryskliwego przedsiębiorcy…). Chodziły słuchy, iż wywodziła się z rodu, który był w pewien sposób… związany z żyjącymi niegdyś powszechnie w Dymiących Górach czerwonymi smokami. Próbowałem dowiedzieć się więcej. Po Borlungu było widać, iż zna całą prawdę. Atoli zawsze zbywał moje pytania. Zapewne uważał, że pełen jej wymiar może się okazać dla mnie zbyt przytłaczający. Ograniczał się do tajemniczych wzmianek o „przeklętym darze” i „czasach upodlenia”, zaś podczas jednej z rozmów obiecał mi, że rozwieje wszystkie moje wątpliwości, gdy tylko … spoważnieję (swoją drogą musiał być nieźle zdesperowany, by powiedzieć coś tak naiwnego). „A może…” dodał, a jego twarz stężała „… może sam tego doświadczysz”.
Wracając jednak do głównego toku opowieści - zapragnąłem nauczyć się walczyć (dużą rolę odegrały tu poznane przez mnie poematy heroiczne). Uczęszczałem więc na szkolenia organizowane przez lokalną straż i trenowałem zapamiętale pod okiem zaprawionych w boju gwardzistów.
Tak upłynęło wiele czasu – ale nic co dobre nie trwa wiecznie (a przynajmniej długo).
Moradian w jakiś sposób dowiedział się o moich spotkaniach z Borlungiem i, kolokwialnie rzecz ujmując – wściekł się. Postanowiłem nie pozostawać biernym (cóż, lata kształcenia na mistrza mowy robią swoje) i wyznałem, iż nie zostanę kamieniarzem, ale bardem. Tego było dla tatusia za wiele: kontakty z wyklętym bratem, sekretne kształcenie i, o zgrozo!, chęć decydowania o własnym losie wywołały straszliwą falę nienawiści. Właśnie wtedy usłyszałem, bym zszedł z jego oczu. Permanentnie.
Cóż było robić; na odchodnem nie omieszkałem napomknąć, iż Moradian czyni mi wielką łaskę, uwalniając spod swego wpływu i, nie czekając na ripostę, poszedłem na spotkanie z Borlungiem. Jakimś cudem wiedział on już o całym zajściu – co więcej, miał przygotowane dwa podróżne tobołki. Nie musiał nawet nic mówić: wziąłem na plecy swój podróżny osprzęt i pomaszerowaliśmy w kierunku bramy miejskiej.
Jak zapewne się domyślacie, nadrabiałem miną (nie byłem wtedy jeszcze takim cynikiem): choć grałem przed eks-ojcem bohatera, a w trakcie wędrówki tobołek wesoło podskakiwał zaś krasnoludki topór raźno pobrzękiwał za pasem, mój umysł przepełniały (jak by to określił miłośnik tanich romansideł) czarne myśli.
Wędrowałem z wujem na zachód, odwiedzając wioski i miasta, zdobywając szlify w sztuce poetyckiej, oratorskiej i aktorskiej. Jako, że żyjemy w czasach powszechnie uważanych za niebezpieczne, przychodziło mi też robić użytek z oręża.
I to właśnie oręż był powodem kolejnej życiowej zmiany. Zmierzając do Doliny Lodowego Wichru (nie wiem, co powodowało mym wujem, by tam właśnie zmierzać) trafiliśmy na grupę bandytów gdzieś w okolicach Neverwinter. Taaak, taaak… „stawaliśmy dzielnie, siejąc popłoch wśród nędznych złoczyńców” – i byłoby pięknie, gdyby jakiś gnojek, jakiś niewydarzony człeczyna, widząc klęskę swych towarzyszy (cóż, wielu z nich daliśmy piękną, pierwszą i zarazem ostatnią lekcję grzecznego korzystania z traktów, szacunku do podróżnych tudzież tajników krasnoludzkiej walki toporem) nie strzelił do Borlunga z kuszy. Oczywiście strzał był śmiertelny…
Nie trudziłem się nawet, by ścigać uciekających łobuzów. Podbiegłem do wuja – żył jeszcze. Nawet w tej sytuacji nie opuszczał go humor – choć oddychał z trudem rzucił kilka uwag na temat uciekających bandytów, następnie bardzo poważnie rzekł, bym wzmógł uwagę. Nakazał, bym udał się koniecznie do Neverwinter, a stamtąd popłynął najbliższym statkiem na wyspę Aeris. Ostatnie słowa, jakie wypowiedział to: „Zaufaj mi, młodzieńcze, raz już na tym dobrze wyszedłeś, czyż nie? Spróbuj zaprzeczyć…”. Uśmiechnął się i oddał ducha.
Wiem, brzmi to wręcz melodramatycznie, ale tak właśnie było. Czyżby wam się nie podobało? Jeśli tak, to kto wam kazał mnie słuchać? Co, że źle się kończy ? To dajcie mi wszyscy spokój, niewdzięcznicy. Bajań barda im się zachciało…
Hej, mości kapitanie, czy wszyscy na tej wyspie są tacy? Jeśli powiesz, że tak, to urządzę sobie dłuuugą pogawędkę z wujem, o ile spotkamy się kiedyś w zaświatach…
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • latwa-kasiora.pev.pl