Bo czĹowiek gĹupi jest tak bez przyczyny
Późnym wieczorem młody Samuraj wracał traktem z zasłoniętymi oczami do obozu. Po drodze spotkał brodatego człowieka Hagefa i krasnoluda Króla Khaluma. Ku jego zdziwieniu zatrzymali go podczas drogi i człowiek wyznał mu, że chcę z nim stoczyć pojedynek. Chłopak o orientalnej urodzie zdjął szybko opaskę zmierzył go smutnym wzrokiem.
- Czy twoja nienawiść względem mnie w końcu się przelała?
Mężczyzna musiał być zdeterminowany, gdyż najważniejszą kwestią był pojedynek. Jego warunkami była walka na śmierć i życie lub o opuszczenie wyspy. Spojrzał w między czasie na Alanę i odezwał się do niej ciepłym głosem.
- Miło było poznać, panienko. Do zobaczenia.
Kobieta spojrzała się na niego dziwnie, ale nic nie powiedziała. Podążył w stronę Latarni Morskiej by stoczyć pojedynek, gdyż plotki mówiły, że w całej swojej karierze nie odmówił żadnego. W końcu dotarli na miejsce, gdzie otoczyła ich grupa obserwujących gapiów.
Walka chwilę potem zaczęła się w błyskawicznym tempie. Młody wojownik tnął mieczem z nieludzką szybkością, ale nie mógł się przedrzeć przez doświadczoną obronę. Udało mu się jednak zadać jedno dotkliwe cięcie. Chwilę później padł na ziemię mocno poraniony, przegrany. Ostatkiem swojej siły woli i wytrzymałości z jakiej był znany podniósł się na klęczka, a następnie zakończył swój żywot rozpłataniem sobie brzucha. Krew trysnęła od głębokiej rany, a Samuraj zginął w honorze.
Ciało zostało przeniesione chwilowo do Kapłana Gonda. Zebrał się znowu spory tłum gapi, ale zostali rozgonieni przez straże. Ciało przez jakiś czas leżało przykryte płaszczem. Twarz zdradzała dziwny łagodny wyraz twarzy i spokoju, mimo szybkiej śmierci.
Legenda o Samuraju, który próbował przez cały pobyt na wyspie ratować każdą dobrą istotę pozostanie w sercach osób, które go pamiętały. O jego łagodnym sercu i niezwykłej tolerancji. Popełniał wiele błędów, ale jedno było pewne - chciał pokoju, sprawiedliwości. Równości dla każdego.
Jego życie zakończyło się niczym Kwiat Wiśni. Żył krótko, ale pięknie i wartościowo.
OOC: Jeśli ktoś chciałby odegrać coś przy ciele to mogę wejść. Z góry przepraszam Gwardzistów, że zostali sami. To nie była moja decyzja. Wiedzcie, że chciałem grać dalej. Prośba - nie porzucajcie jego dzieła
*dwojka wojowników zasłyszawszy wieści mruknęła ku sobie*
Tempus zdecydował...
Ho Li zatrzymał się i rozejrzał z miejscem na odpoczynek. Pomimo iż ten odcinek drogi przez Thesk był dobrze utrzymany postanowił przemierzyć go za dnia kiedy to będzie mógł podziwiać krajobraz w całej okazałości. Mnich odłożył swój kostur na ziemię, usiadł krzyżując nogi i pomarszczonymi dłońmi pogładził białą brodę. Chmurka jego oddechu uniosła się w mroźnym nocnym powietrzu.
Pośród rozlanej na całą scenę czerni królował niepodzielnie majestatyczny księżyc. A blasku oczu mnicha nie sposób było odróżnić od światła gwiazd. Nagły powiew wiatru załopotał szatą mnicha a niebo przecięła srebrna nitka.
Ho Li przymknął oczy cicho recytując
"Miecz przecinający powietrze
na ostatniej ze ścieżek
mgła głaszcze tatarak.
Blady księżyc utrwala
honor na kamiennych obliczach
świątyni przodków."
*Albrecht usłyszawszy wieści burknął do siebie cicho*
To nie może być prawda, o nie...
*po czym udał się do swojego ulubionego miejsca na treningi, by ćwiczyć*
*Nowe Aulos. Późne popołudnie. Dwie postaci w dokach miasta toczą ożywioną dyskusję. Jedną z nich jest jeden z kilku strażników pilnujących porządku na nabrzeżu. Druga to nie kto inny, jak Dragan Calantar. Na twarzy tego drugiego, z jakiegoś bliżej niesprecyzowalnego powodu, wymalowało się szczere zaskoczenie, niedowierzanie lub nawet szok...*
- Czy mógłby pan to powtórzyć, Panie Władzo...?
- Panie Calantar, a co tu jest do powtarzania? Ludzie mówią, że się pobili a ten komendant Gwardii, jak już przegrał, to sobie bebechy rozpruł i tyle.
- 'Rozpruł bebechy'? To znaczy, że co? Popełnił samobójstwo z powodu przegranego pojedynku?
- Toć mówię przecież. Niby rozsądny człowiek, oczytany a niedomyślny jak półork jakiś... Honor swój ratować chciał i tyle. Taki ich zwyczaj z tych całych Ziem Hordy...
- Chyba z Kara-Tur?
- Toć mówię...
- Panie władzo, przecież to nie to samo...
- Nie?! No popatrz pan, panie Calantar, czego to się człowiek dowiedzieć może...
*Dla odmiany, w tym momencie to na twarzy Strażnika wymalowało się autentyczne zdziwienie. Draganowi zaś najwidoczniej pierwszy szok minął. Spochmurniał wyraźnie, zaś ton jego głosu stał się, oględnie mówiąc, beznamiętny.*
- Tak, czy siak: głupia i niepotrzebna śmierć.
- Nie no, tu pan przesadził. Jak głupia? Tak żyć bez honoru to niesposób przecież!
- Oczywiście, że głupia. Proszę pomyśleć Panie Władzo, co się teraz stanie po śmierci Lavieta? Kto najbardziej straci? On sam? Teraz jest już ze swoim bogiem, wszystko mu jedno. Za to ucierpi przede wszystkim Gwardia - a przez to całe Aeris. Dlatego dowódca - nie ważne, czy naszej drogiej Gwardii, jakiegoś okrętu, czy całego państwa - nie powinien się angażować w niepotrzebne pojedynki. Zwłaszcza na śmierć i życie. Racja stanu na tym cierpi. Rozumie pan?
- Yyy...
- To słuchaj pan dalej. Zabić się może każdy. Ratowanie honoru? Pff... Zwykła wymówka dla ucieczki przed konsekwencjami swojego błędu. Taka sama, jak zwyczajna ucieczka czy 'danie się zabić'. Żadne z tych trzech rozwiązań to nie sztuka. Sztuką jest umieć żyć ze swoimi błędami...
- Do czego pan zmierzasz, panie Calantar?
*Strażnik przechylił nieco głowę w lewo i łypnął na Dragana spode łba.*
- Do tego Panie Władzo, że rzekomo 'honorowa' śmierć nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla porażki. A człowiek martwy już nie jest w stanie naprawić swoich błędów.
- No, ale jakby... ee... jakby tak pan - szlachcic w końcu, bogaty człowiek i kupiec - stracił całe dobre imię, to co? Wiesz pan, jak trudno takie coś odzyskać?
- Co nie znaczy, że jest to niemożliwe. Niby teraz jest ciemno, prawda? 'Środek nocy', można by powiedzieć. Ale jutro wstanie nowy - może lepszy - dzień. Nigdy nie wiadomo, co nam los da jutro. Dlatego szkoda by było z tego jutra rezygnować. Proszę to sobie na spokojnie przemyśleć, Panie Władzo.
- Pff... Gadasz pan jak jakiś kapłan Pana Poranka. No, ale: my tu gadamy a ja sprawę przecież miałem. Co z tymi karwaszami? Da radę zamówić?
- Mówiłem już panu, że nie jestem już członkiem Kompanii.
*Po którkiej wymianie uprzejmości obaj rozmówcy się pożegnali. Strażnik poszedł patrolować nabrzeże a Dragan zaczął spoglądać to w morze, to w gwiazdy, jakby się nad czymś zastanawiając. W pewnym momencie nie wytrzymał i wymamrotał krótki monolog pod nosem. O dziwo, z pewną dozą smutku w głosie. A może to był jakiś rodzaj nostalgii?*
- Laviet... Coś ty najlepszego narobił? Marvis, Yabanci, teraz ty... Najlepsi odchodzą. W najgorszy możliwy sposób.
*Kruk zasłyszawszy z rozmów w karczmie o śmierci Lavieta burknął do siebie coś w stylu*
I tak oto odchodzi najsprawiedliwszy strażnik na wyspie... ciekawe co będzie po tym ze strażą i jej własną... SPRAWIEDLIWOŚCIĄ...
*ostatnie słowo mocno podkreślił, po czym spojrzał na swój kubek z księżycówką, i wypił tęgo za Lavieta... bo pierwszą myślą jaka mu przez głowę przeszła było że "raczej stypy nie będzie, ale wypić za jedynego człowieka który okazał mu łaskę wypadałoby"*
*Serlith, gdy dobiegły go wieści o śmierci Lavieta, stał przez dobrą chwilę jak wryty. Gdy w końcu otrząsnął się z zaskoczenia, zawinął płaszczem i pobiegł do świątyni Gonda, by ujrzeć na własne oczy ciało dowódcy. Odwrócił wzrok. W końcu powoli uniósł rękę do salutu. Wypowiedział krótkie "żegnaj" i odszedł z granitową twarzą, ale usłyszeć można było jeszcze jedno słowo, które z lekkim niedowierzaniem powtarzał*
-Hagef?
*Qual przechodząc koło świątyni wieczorem, udając się na ćwiczenia na pobliskim wzgórzu, spojrzała w bok zaciekawiona. Zboczyła ze ścieżki do świątyni Gonda, zaciekawiona tym co się tam stało. Kiedy zobaczyła ciało Lavieta przez moment, krótki co prawda, chciała sie rozpłakać. Ale powstrzymała się od tego. Jedynie podeszła i ucałowała w policzek, wymawiając krótkie*
- Dziękujemy
*Po czym spojrzała po zebranych i podeszła do Serlitha*
Ci, którzy byli obecni podczas pojedynku - a powiadają, że spory tłum zebrał się z obozu - wyszeptują do siebie plotki i pogłoski. Do ołtarza Gondyty przyszło potem wiele osób. Niektóre młode kobiety składały obok ciała wojownika białe kwiaty o ogromnych płatkach. Sam kapłan, powiadają, był wściekły - czy na Lavieta, czy na Hagefa, nie sposób stwierdzić.
Nad ciałem czuwa niezmordowanie, nie okazując cienia zmęczenia, sługa Kelemvora. Jego poważne, pozbawione uczuć oblicze drży od czasu do czasu, gdy to ponownie przychodzi mu wyszeptać modlitwę.
----
*Pani Calantar o rewelacjach dowiedziała się od swojego zacnego małżonka. Na taką wieść pobladła silnie i zacisnęła dłoń na jego ramieniu. Nie przyszło jej nic na ten temat wyrzec.*
*Ambasador stanął w milczeniu przed ciałem, jego oblicze było ponure i niewzruszone*
Samobójstwo jest największym błędem, obrazą rzuconą Bogom, którzy dali nam życie. Cóż uczyniłeś wojowniku? *w głosie pobrzmiewa nuta gniewu i oburzenia*
Czynem tym, nierozważnym przekreśliłeś niemal cały swój dorobek. Chwała Ci jednak za to coś osiągnął. *Elf kładzie przy ciele kunsztowny, elficki sztylet* Krótko żyłeś, niczym ostrze sztyletu przecinając część dziejów wyspy. Oby Bogowie wybaczyli Ci Twój czyn.
*Gdy Sefri dowiedziała się o losie Lavieta, natychmiast udała się do świątyni Gonda, gdy zobaczyła jego ciało pobladła i przez dłuższą chwilę nie mogła nic powiedzieć, przyklękła przy ciele Samuraja i objęła je delikatnie, po policzkach spływały jej łzy, w milczeniu siedziała przez kilka godzin, modląc się cicho*
*Na twarzy złotego elfa pojawił się uśmiech gdy usłyszał wieści na temat walki i o tym co stało się po niej*
*Derner dowiedziawszy się o losie przywódcy ruszył w stronę świątyni Gonda. Spojrzał na Lavieta i stał tak jeszcze przez chwilę. Pozwolił sobie tylko na salut w stronę zmarłego. Odkręcił wreszcie głowę i ruszył w stronę nowego Aulos*
*ze wzgórza nieopodal polowej kaplicy Gonda, w głębokim cieniu nocy, szczelnie okryta swym maskującym płaszczem postać o oczach szarych niczym skała i poprzecinanych lekkimi pasemkami złota, jakoby żyłami cennego kruszcu, przyglądała się nie bez zażenowania całej sytuacji oraz wszystkim tym, którzy zbliżali się, by pożegnać Lavieta, czy też uczynić cokolwiek innego względem tego człowieka*
Płomień jego życia zgasł, nim rozjaśniał na dobre. Interesujące, że ludzie są tak głupi i tak łatwo dają się zabić. Być może to przez długość ich życia? Nie mają do niego szacunku? Zatem po co żyją, skoro nie są niczego warci? Bezsens.
*postać patrzyła się jeszcze przez dłuższy czas w dół wzgórza, nim gwiazdy powoli zaczęły uciekać z ciemnego nieba, a na horyzoncie pojawiły się pierwsze promienie porannego słońca, które rzuciły głębokie cienie na namioty pozostałe w dawnym obozie. Potem zaś jeden z cieni kępki trawy przybrał na chwilę na intensywności i poruszył się niespokojnie, gdy coś przeniknęło jego strukturę, bezlitośnie wykorzystując też same jego jestestwo do własnych, sobie jedynie znanych celów, a następnie cieniutkimi nitkami czerni ruszyło dalej, by odejść tak samo, jak odeszła noc w niemej agonii mijającego czasu*
*Elfka słysząc wieści nie ucieszyła się ani nie zasmuciła. Ruszyła dalej załatwiać swoje sprawy.*
*Talven dowiedział sie o losie pobratyńca podczas treningu. Miecz bezwładnie tkwiąc w dłoni opadł na trawę. Twarz wojownika zamarła w niedowierzaniu. Talven schował błyskiem katane do pochwy i mimo trawiącej go choroby pędem ruszył do świątyni Gonda. Gdy zobaczył martwe ciało Lavieta Zaszeptał*
Laviet-san Giniro no tamashii kokoro ni himete. Ale śmierć to nie zawsze... *urwał* wiele tu zostawiłeś ale zginąłeś jak prawdziwy wojownik. Sayonara Laviet-san. Niech twa dusza spoczywa w spokoju. *Poczym wykonał głęboki ukłon w ich stylu i trwał tak mimo bólu i wzroku gapiów ponad godzinę. Po tym czasie odszedł w kierunku snopków siana, szepcząc tylko jedno słowo co jakiś czas* Hagef *Zza obu dało sie potem słychać głośne okrzyki towarzyszące treningowi do momentu aż wojownik padł wyczerpany na ziemie*
*Zapłakana para - odziany w brudne łachmany chłop i ładna, jasnowłosa kobieta, podeszli do ciała.*
Pewnie mnie już nie pamiętasz, kapitanie *wykrztusił biedak* ale my nigdy ciebie nie zapomnimy. Wiele osób darzy cie szacunkiem za to, co robisz dla wyspy, dla Gwardii. Ale ja to robie dlatego, że jako jeden z nielicznych troszczyłes sie o nas, o zwykłych ludzi... *kobieta i mężczyzna popatrzyli na siebie* Dzięki tobie, kapitanie, jesteśmy razem... *para odchodzi, płacząc, zostawiwszy przy ciele niewielki przedmiot - zwykły, polny kwiatek*
Kaston Arnemein rycerz Helma, paladyn zakonu wiecznie czujnych rycerzy nie był świadkiem pojedynku. Powróciwszy z patrolu traktów do obozu gwardzista pospiesznie podszedł do zebranych przy świątyni kapłana Gonda. Ujrzawszy ciało kapitana z niedowierzaniem klęknął obok pytając kapłana co się stało. Usłyszawszy z ust kapłana i zebranych mieszkańców opowieść paladyn spuścił ze smutkiem głowę poczym trzymając w dłoni medalion z symbolem Helma wyszeptał słowa modlitwy nad ciałem wojownika prosząc Wiecznego Strażnika by czuwał nad jego duszą....
Resztę dnia paladyn spędził trzymając wartę przy ciele kapitan rozmyślając nad naukami Wiecznego Strażnika.... Słowa takie jak odwaga, honor, obowiązek wyznaczały drogę jaka kroczył. Spoglądając na ciało kapitana Gwardii paladyn starał się zrozumieć jakie te słowa miały znaczenie dla Lavieta. Odwagi i honoru nie można mu było odmówić miał jej aż nadto jednakże wpojony paladynowi obowiązek kłócił się z czynem dowódcy.... Śmierć z własnej ręki nawet w imię honoru ? Zadawał sobie to pytanie....Co jest ważniejsze.... honor czy obowiązek kapitanie ? .... Pytał w myślach spoglądając na ciało....
*Trigho dowiedział się o śmierci Lavieta w karczmie, z plotek.*
-Laviet...Laviet, hmm a kto to w ogóle był?
*Skomentował krótko, dopił piwo i poszedł na spacer*
*Nalavein, zwany również Zielonym Łucznikiem po usłyszeniu wieści udał się czym prędzej do Obozu Wikariuszy, aby na własne oczy zobaczyć, czy to prawda. Wchodząc do Obozu, od razu skierował się w stronę Kapłana Gonda. Przekonał się, że do jednak prawda. Stanął przy ciele z nisko pochyloną głową i zaczął szeptać w elfim języku.*
Nigdy nie rozumiałem zwyczaji z Kara-Tur. Za przegraną walkę od razu się zabijać.
Byłeś jednym z nielicznych N'Tel'Quess, którzy zyskali u mnie pełne zaufanie.
*Po policzku elfa spływa pojedyncza łza. Spada na ziemię.*
Nigdy mnie nie zawiodłeś Laviecie, zawsze mogłem na Ciebie liczyć.
*Spojrzał przez chwilę po niebie.*
*Leśny elf pochylił się nad ciałem przykrytym płaszczem, kolejna łza spadła, tym razem na materiał pokrywający ciało. Spojrzał na łzę, jak wsiąka w materiał.*
Obyś z góry, u boku swego bóstwa, patrzał i obserwował moje długie życie.
Żegnaj, Laviecie Kiten, Samuraju, mistrzu katany, Przyjacielu.
*Pochylił ponownie głowę i oddalił się z powrotem do Głuszy. Odchodząc jeszcze spojrzał przez ramię, na martwego Przyjaciela.*
*Po wyjściu z Obozu zaczął coś szeptać do siebie w elfim, bardzo złym tonem. Mówił o Hagefie.*
*Kiedy do Leoreth dotarła wiadomość, zamyśliła się lekko i powiedziała melodyjnie do ukochanego*
Lars po co oni to zrobili?
*Z twarzy elfki nie schodzi wyraz niezrozumienia*
*Brodaty rycerz, wróciwszy z porannej medytacji, dowiedział się przelotnie o śmierci dowódcy Gwardii od jednego z mieszkańców Portu. Wybrał się do świątyni Gonda, w którym ciało owego wojownika przebywa. Spojrzał na zbiegowisko osób, znanych i mniej znanych; podszedł bliżej. Ukląkłszy przed nim i zamknąwszy oczy wymówił cicho modlitwę do Helma, do Wiecznie Czującego, z niewzruszonym wyrazem twarzy. Rycerz nie miał przyjemności poznać bliżej samuraja, lecz oddał hołd mu, jeno modlitwą. Wiedział, że wiele zrobił, skoro osób tyle się przy nim zebrało. Klęczał długo, w milczeniu patrząc na ciało. Na twarzy dało się zauważyć zastanowienie - zmarszczone lekko czoło, zmrużone oczy. Wstał w końcu, zerkając na czującego obok Sir Kastona. Skinął mu spokojnie jeno, po czym odszedł powolnym, ociężałym krokiem*
*Gdy leśni strażnicy przynieśli Sibhreachowi wieści o śmierci Lavieta, półdrow usiadł w milczeniu na zwalonym pniu, z dala od innych i podparł czoło dłonią. Długo trwał tak w bezruchu, wspominając Lavieta i wspólnie przeżyte przygody.*
Ale dlaczego on to uczynił?... Dlaczego się zabił?... Z powodu jednej przegranej walki?...
*potem wstał i bez słowa zniknął w lesie na długie godziny. Wrócił blady i bardziej ponury niż zwykle*
*Keeira przyszła do obozu, niezbyt zwracając uwagę na zbiegowisko koło ołtarza Gonda. Rzuciła tylko okiem na czuwających rycerzy i jak gdyby nigdy nic poszła do Alany. Siadła sobie obok sklepikarki i od niechcenia rzuciła:
- Co to za zbiegowisko?
- Nie słyszałaś? - Alana zrobiła wielkie oczy, po czym opowiedziała o wszystkim bardce.
- Idiota - rzuciła Keeira, wysłuchawszy opowieści.
- No wiesz? O zmarłym albo dobrze albo wcale...
- Oj daj spokój. Popatrz na te zbiegowisko. Tylu za nim płacze, przychodzą kwiaty składać, a on przecież pokazał ile dla niego znaczy obowiązek. Wypiął się na nich jak się patrzy. Też mi piewca honoru i obowiązku. Jakby był taki, jak sam chciał by go widziano, nie poszedłby na ten pojedynek. No a już na pewno nie wsadziłby sobie tej swojej katany w bebechy.
- Przesadzasz - skrzywiła się Alana - w końcu zrobił to dla honoru, Wiesz te samurajskie kodeksy. No i to był pojedynek na śmierć i życie, Hagef by go i tak zabił..
- No jak dla mnie to on co najwyżej się tym kodeksem podcierał. A Hagef pewnikiem by mu życie darował, przecież go znasz. Zresztą, Laviet złamał też przysięgę złożoną Lordom. Mało to obowiązkowe... Jak dla mnie, nasz Wikariusz tudzież wielki Lord powinien go wskrzesić, zaciągnąć na plac, ściągnąć portki i na goły tyłek lanie pasem spuścić.
- Jesteś wredna... No kto jak kto, ale ty akurat nie powinnaś się tak wymądrzać. O ile pamiętam, jak Silwood było oblężone, to dałaś nogę.
- Ano jestem. No i pewnie, że dałam. Ale prawda jest taka, że jak stado goblinów przyjdzie napaść na tych tam biedaczków, co tak rzewnie płaczą, to Laviet już się nie pojawi, by ich uratować. Poza tym targnąć się na własne życie. Obrzydliwe.
Bardka jeszcze raz popatrzyła, z niesmakiem, na zbiegowisko przy trupie po czym odeszła w stronę portu*
*Daelwyn zasłyszał wieści i zmarszczył brwi, nadając swej nieskazitelnie czystej twarzy grymas zdziwienia. Zaraz jednak przywrócił jej swój zwykły, obojętny wyraz. Powiedział tylko beznamiętnie:
Szkoda.
*Girligio, nadzwyczaj dziś pobudzony, mijając świątynię Gonda nawet nie zauważył tam tłumu ludzi. Pobiegł dalej, jednak gdy zasłyszał wieści o śmierci Lavieta, zawołał smutno:
Kapitan! A ja miałem być w straży!
*podrapał podbródek, mrużąc oczy*
Nowa ballada będzie na jego cześć! Honorowy Kapitan!
*odszedł, pobrzdąkując smutno na lutni*
*przechodząc przez Obóz, Syclya przystanęła w lekkim zaskoczeniu, widząc zbiegowisko wokół kapłana Gonda i ludzi, raz po raz zbliżających się gdzieś do centrum zamieszania, po czym odchodzących ociężale, z ponurym i zmęczonym wyrazem twarzy. Elfka zmarszczyła brew, lecz nie podeszła by dowiedzieć się co się stało. Chwilę stała jeszcze, wrośnięta w ziemię niczym posąg, wiatr owiewał długie, spływające swobodnie włosy, co chwila unosząc je i puszczając, a jasne refleksy odbijały się od biało - błękitnych, aksamitnie miękkich pasm. Wyraz wahania przeciął przez moment jej gładką twarz, o delikatnych, łagodnych rysach. Wściekle zielone oczy błysnęły.Potoczyła wokoło wzrokiem. Z łatwością odróżniła podekscytowanych ludzi, żerujących na sensacji, dodającej uroku ich nudnemu życiu, od przejętych i zasmuconych nieznaną tragedią. Zatrzymała jakiegoś dziwnie zadowolonego i podnieconego wydarzeniem mężczyznę i spytała co się stało. Ten skwapliwie opowiedział nieznajomej wszystko czego dowiedział się z plotek. Wysłuchała go w milczeniu, a jej twarz powoli zmieniała wyraz z lekkiego zaciekawienia na całkowite zaskoczenie. Słysząc o Laviecie, znanym jej z widzenia komendancie i tragicznym końcu jego życia, najwyraźniej w żaden sposób nie mogła zrozumieć jego postępowania. Skinęła lekko głową mężczyźnie, dziękując za informacje i posłała jeszcze jedno, zamyślone spojrzenie w kierunku zbiegowiska. Wciąż dumając, wymknęła się chyłkiem z Obozu, stąpając niezwykle cicho, z właściwą jej lekkością i elegancją. Po prostu podjęła dalszą podróż w stronę Ziem Ludu.*
*Katrist dołączyła do gromady gapiów, którzy zebrali sie wokół martwego ciała Lavieta. Spojrzała tylko na niego smutno i odeszla by wrócić do swoich spraw. Kiedy wróciła do wynajmowanego pokoju oznajmiła dwójce dzieci co się stało. Na ich pytanie dlaczego owy mężczyzna popełnił samobójstwo odrzekła w zamyśleniu.*
Dla niektórych honor jest życiem. Gdy nie ma honoru nie ma życia. Ale nie można sie poddawać po pierwszym niepowodzeniu. Zawsze można honor odzyskać. Pamiętajcie o tym prosze.
Gdyby Zoeneri dowiedziałaby sie o wydarzeniach to zrobiłaby najpeniej to:
Spoiler: *Księżycowa elfka zaniemówiła i smiertelnie pobladła zarazem. W ciemną noc udała się do elfiej świątyni by tam w samotności pomodlić się za dusze Lavieta. Oraz Hagefa. Po modlitwie zaczeła grać na skrzypcach. Grała ciche requiem dla swego brata zabitego przez przyjaciela lejąc po cichutku łzy.*
Ale raczej tego teraz nie zrobi z wiadomych powodów.
*Lars uśmiechnął się smutno do Leoreth*
Nie mam pojęcia czemu walczyli. Szkoda człowieka.
*Malstag dowiedział się o wszystkim od klientów karczmy w porcie. Wzruszył ramionami i mruknął do siebie*
Wiedziałem, że z niego taki samuraj jak *kilka słów zagłuszył nagły hałas* Uciekł od swych zobowiązań.
*do mlodego rycerza wracającego z patrolu wiesci o wydarzeniu dotarly niezwykle szybko. Natychmiast się zerwal i pobiegł na ile tylko zbroja i sila serca pozwolila, w stronę swiątyni gonda. Ukląkł przy ciele po czym spogladajac w twarz wojownika i dowódcy rzekl*
Honor jest tym o co walczymy cale życie... jestes i byles Tym ktory tego dowiódl. Nikt nie zapomni tej ostatniej lekcji którą nam dales Rycerzu ze wschodu. Oby bogowie mieli Cię w swojej opiece.
*oddając honory po chwili powstał oraz odszedl w stronę innych rycerzy gwardii*
-----------------------------------------------------------------------------------------------------
*Stary czarodziej przechadzając się w ciszy po lesie elfów wiedząc juz wczesniej co nastąpiło rzekl tylko*
Wyspa ta wielu ma swych obrońców i wojowników. Odchodzą Ci między ktorymi podziały i konflikty górę wzięly. Jeśli wszyscy Ci mlodzi się wzajem pozabijają kto zostanie by jej bronic ??
*pyknąl z fajki po czym kręcąc glową po prostu poszedl dalej w las od czasu do czasu odzywając się do malej istotki latającej nieopodal niego *
*Glasa drzemała sobie akurat na jednym z drzew w okolicy obozu i od przechodzących pod nim ludzi usłyszała wieść. Przekrzywiła głowę jeszcze nieprzebudzona i nie bardzo wiedząc skąd taki smutek, poszła spać dalej mrucząc*
Szkoda, że dopiero teraz...
*ziew*
*Alure usłyszawszy wieści od Qual w milczeniu spojrzała na ziemię i nic nie komentując, nie odzywając ruszyła do Jeziora Marzeń, gdzie w milczeniu spogląda na swoje odbicie i towarzyszący jej księżyc*
Mag przybył do swiątyni Gonda, po otrzymaniu informacji o zdarzeniu.
,,Honor... rzecz, przez którą giną niepotrzebnie ludzie. A mógł mi sie kiedyś przydać. I co teraz będzie?"
Vesayl wypowiedział te słowa pod nosem, poczym skierował sie do Albrechta
*Dowiedziawszy się o wydarzeniu, Hanus pośpieszył na miejsce aktualnego spoczynku ciała. Opuścił głowę, wyraźnie zasępiony i trwał przez jakis czas w milczeniu. Jego wargi szeptały bezgłośną modlitwę. Następnie uniósł głowę i spojrzał gdzies w dal, marszcząc krzaczaste brwi. Przez wyraźnie zmęczoną twarz, z okiem przesłoniętym czarną opaską przemknąl wyraz zgryzoty, spowodowanej ostatnimi wydarzeniami. Oddał kapitanowi ostatni salut, po czym oddalił się w swoją stronę.*
*dowiedziawszy się o wydarzeniu Ilryn po chwili namysłu udal się na miejsce spoczynku ciała i przez pewien czas rozmyślał nad życiem*
*Gdy pewien czarodziej z Halruaa dowiedział się z ploteczek o śmierci Komendanta, wyraz jego twarzy był jeszcze bardziej zgorzkniały i ponury niż zwykle. Kilka chwil później szybkim krokiem oraz w milczeniu udał się w nieznanym celu poza granice obozu...*
*Gdy wieść dotarła do Sinzyne tkwiącej w swej "samotni", drowka tylko westchnęła*
Wael. Natha wael uk zhahus, saph wael uk inbal elus
*Thravil usłyszał wieść z drobnym opóźnieniem, nie odrywając się przy tym od swojego treningu rapierem*
Trudno.
*rzekł*
*Obieżyświat podczas rozmowy z Albrechtem poznał Lavieta pośmiertnie*
*owe dotkliwe cięcie zadane przeciwnikowi przez "legendarnego" samuraja w rzeczywistości okazało się być zaledwie mała ryską na zbroi i drobnym siniakiem pod spodem*
Darmowy hosting zapewnia PRV.PL