ďťż
[Łowca] Zygfryd Willensbane


Bo człowiek głupi jest tak bez przyczyny

-nazwa konta: Vilquor
-nazwa postaci: Zygfryd Willensbane
-płeć postaci: Mężczyzna
-rasa postaci: człowiek
-klasa postaci: Łowca/Łowca Trofeów
-wiek postaci: 35 lat
-wyznanie postaci: Silvanus
-pochodzenie: Srebrne Marchie - Jalanthar
-charakter: Praworządnie Neutralny

-opis zewnętrzny:
Widzisz przed sobą niezwykle wysokiego i potężnie zbudowanego mężczyznę rasy ludzkiej. Jego długie włosy, jak i bujną brodę koloru jasnej miedzi, przecinają już pasemka szronu niedyskretnie wskazując na wiek mężczyzny. Mimo to porusza sie z niezwykłą z racji wieku, młodzieńczą wręcz gracja połączoną z pewnością doświadczeń wynikających z racji wieku.
-siła: 14
-zręczność: 14
-kondycja: 16
-inteligencja: 10
-mądrość: 14
-charyzma: 10

Historia:
Srebrne Marchie, Kraina różna od wszystkich innych regionu Faerunu. Zróżnicowane ludy, pragnące dobrobytu, spokoju i porządku, znalazły sobie dom w tym nieokiełznanym obszarze. Wśród żądnych wojny hord orków, wrogo nastawionych do wszystkiego gigantów oraz różnorodnych, złaknionych krwi potworów, postanowili walczyć o to, co dla nich najświętsze. Mieszkańcy Jalantharu, małej osady położonej na północnym brzegu rzeki Rauvin, nie są wyjątkiem od tej regóuy. Chłostani wiecznym, zdawałoby się, chłodem krainy, mieszkańcy Jalantharu nauczyli się, jak przetrwać, kiedy za wroga ma się nie tylko Orków czy inne potwory, ale także pogodę. Zygfryd, urodzony w wiosce, szybko nauczył się, że ci, którzy nie potraktują natury z należnym jej szacunkiem, szybko znajdują się na jej łasce. Dorastając uczył się sztuki Traperstwa od swego ojca, tak długo aż stał się jednym z najlepszych wśród swoich. W dziczy śmierć nie jest niczym szczególnym, jednak młody, dwudziestoletni wówczas, Zygfryd nie rozumiał tego stojąc nad zwłokami swego ojca i matki, zabitych przez watahę orków, która napadła wioskę. Młody Willensbane znienawidził wtedy tych stworzeń ponad wszystkie inne, poświęcił sie ich tropieniu i tępieniu. Mądrość przychodzi z wiekiem i, choć zaprzestał nierozważnego ścigania wszystkich orków w okolicy Doliny Rzeki Rauvin, nie porzucił nienawiści do tych plugawych stworzeń. Zamiast tego poświęcił się ochronie wioski i jej mieszkańców. Pieniądze zarabiał głównie z handlu skórami, jak niemal każdy Jalantharczyk oraz służąc jako przewodnik dla poszukiwaczy przygód. Podczas jednej z takich podróży zawędrował wraz z kilkoma wędrowcami do Silverymoon, gdzie ci zapragnęli zostać zaprowadzeni. Zygfryd nie przepada za dużymi miastami, jednak postanowił skorzystać z okazji i odwiedzić dawno niewidzianego przyjaciela, krasnoluda. Wiedział, że był współwłaścicielem gospody Złoty Dąb. Krasnoludy powiadają, że istnieje znaczna różnica miedzy zwykłą znajomością, a przyjaźnią - jakieś sto lat. Nawet jeśli Vilquor, zwany Piwochlapem, w myśl tego powiedzenia, nie traktował Zygfryda, jak przyjaciela, jemu samemu to nie przeszkadzało. Wiedział, że łączyła ich silna więź, chociaż żaden z nich tego nie okazywał. Tam dowiedział się o przyrodniej córce krasnoluda, młodej ludzkiej dziewczynie, która pracowała w tym lokalu jako kelnerka. Pewnego dnia wyruszyła w podroż nie mówiąc wiele o celu swej wędrówki. Krasnolud nie wypowiedział głośno swej prośby. Nie musiał. Zygfryd nie potrzebował słów. Wystarczyło spojrzenie w oczy Vilquora, na jego wielkie niczym bochny chleba, łapy, by mieć pewność. Krasnolud prosił niemo o odnalezienie jej. Zygfryd skinął głową jedynie, ze zwykłym sobie stoicyzmem. Miał zamiar spełnić prośbę krasnoluda. Wyruszył wraz z nastaniem jutrzenki. Odnalazł jej trop, wiodący do Waterdeep. A stamtąd na Aeris.


Witam

Nie najlepszym, a jednym z najlepszych. Zygfryd był Traperem żyjącym w wiosce Traperów, Tropicieli, druidów (tych ostatnich było oczywiście najmniej). Co do prawa wymiany postaci, nie myślę o tym na tą chwilę. Za daleko mi na 6 poziom

Nie wiem jak się wkradł ten głupi błąd w opisie postaci o.O Poprawię opis oraz krótką historię tuż po powrocie z pracy
Ehhh, jeśli zatem jest możliwość na zmienienie imienia postaci bez tworzenia nowej, proponuje nazwę postaci: Weston Willensbane. Ciężko mi było awansować na 2 poziom. Postać już odgrywała z kilkoma innymi postaciami, zdobyła co nieco, przeżyła. Nie chciałbym jej usuwać.


Witam

-nazwa konta: Vilquor
-nazwa postaci: Weston Willensbane
-płeć postaci: Mężczyzna
-rasa postaci: człowiek
-klasa postaci: Łowca/Łowca Trofeów
-wiek postaci: 35 lat
-wyznanie postaci: Silvanus
-pochodzenie: Srebrne Marchie - Jalanthar
-charakter: Praworządnie Neutralny

-opis zewnętrzny:
Widzisz przed sobą niezwykle wysokiego i potężnie zbudowanego mężczyznę rasy ludzkiej. Jego długie włosy, jak i bujną brodę koloru jasnej miedzi, przecinają już pasemka szronu niedyskretnie wskazując na wiek mężczyzny. Mimo to porusza sie z niezwykłą z gracja godną młodziana, zaś doświadczenia lat minionych nadały mu pewności.
-siła: 14
-zręczność: 14
-kondycja: 16
-inteligencja: 10
-mądrość: 14
-charyzma: 10

Historia:
Potrząsnął głową chcąc odepchnąć od siebie natrętne myśli, które przywoływały wspomnienia znienawidzonych dni. Nie zdołał jednak. Był za słaby. Szum fal i kołysanie okrętu rzuciły już na niego swój urok. Ciałem może i stał na pokładzie fregaty Quicksilver, ale duchem cofnął się w czasie, do dni minionych tak dawno temu…
Dorastał w Srebrnych Marchiach, krainie różnej od wszystkich innych regionu Faerunu. Zróżnicowane ludy, pragnące dobrobytu, spokoju i porządku, znalazły sobie dom w tym nieokiełznanym obszarze. Wśród żądnych wojny hord orków, wrogo nastawionych do wszystkiego gigantów oraz różnorodnych, złaknionych krwi potworów, postanowili walczyć o to, co dla nich najświętsze. Weston przez pół swego życia mieszkał w Jalantharze, małej osadzie położonej na północnym brzegu rzeki Rauvin. Podobnie, jak reszta tej niewielkiej społeczności, chłostany wiecznym, zdawałoby się, chłodem krainy, nauczył się, jak przetrwać, kiedy za wroga ma się nie tylko Orków czy inne potwory, ale także pogodę. Ci, którzy nie potraktują natury z należnym jej szacunkiem, szybko znajdują się na jej łasce. Tak powtarzał ojciec Westona przez wszystkie te lata, gdy z trudem wychowywał młodego Willensbane'a. Ten nie rozumiał w pełni tego stwierdzenia ani w czasie trudnych nauk, ani stojąc nad zwłokami swych rodziców, zabitych przez watahę orków w czasie jednego z najazdów. Znienawidził wtedy tych stworzeń ponad wszystkie inne. Zaopiekowała się nim Ammarthe Sungalard, druidka w służbie Silwanusowi. Starała się kontynuować nauki zmarłych rodziców młodzieńca, wpajała mu dogmat Ojca Dębu, starała się, jak mogła, by być mak siostra, jeśli nie matka. Jednak nie czuł ulgi, ni pocieszenia. Ćwiczył wytrwale, starał się ze wszystkich sił. Wiedział, że kiedy odejdzie z wioski, będzie polować. Samotny wilk pośród stada uzbrojonych w groźne rogi baranów, tak i on stanie przeciw orkom... Oczywiste rzeczy często dają się jasne z upływem lat, a słowa niezrozumiane, bądź zrozumiane opacznie, nabierają klarowności. Gdy w końcu porzucił kłębiący się w nim gniew, był już stary... Może nie ciałem, ale z pewnością duchem. Kolejne lata spędził żyjąc względnie spokojnie, handlując skórami, służąc jako przewodnik na drodze między Everlundem i Jalantharem. Aż pewnego dnia został poproszony przez kilku wędrowców o zaprowadzenie ich do Silverymoon. Byli gotowi zapłacić dość sporą sumę pieniędzy w złocie toteż Weston zgodził się z wahaniem. I choć nie przepada za dużymi miastami, po dotarciu już na miejsce, zdecydował się zatrzymać na trochę w Klejnocie Północy. Tam odwiedził dobrego przyjaciela jego rodziny, krasnoluda, współwłaściciela gospody Złoty Dąb. Łączyła ich silna wieź, choć żaden z nich nie pozwoliłby sobie na okazanie tego. Dowiedział się o przyrodniej córce brodacza, młodej ludzkiej dziewczynie, która pracowała w tym lokalu jako kelnerka. Pewnego dnia wyruszyła w podroż, nie mówiąc wiele o celu swej wędrówki. Vilquor, zwany Piwochlapem, nie wypowiedział głośno swej prośby. Nie musiał. Weston nie potrzebował słów. Wystarczyło spojrzenie w ciemne oczy, na wielkie, niczym bochny chleba, łapy, by mieć pewność. Krasnolud prosił niemo o odnalezienie dziewczyny. Willensbane skinął głową jedynie, ze zwykłym sobie stoicyzmem. Miał zamiar spełnić prośbę. Wyruszył wraz z nastaniem jutrzenki. Odnalazł jej trop, wiodący do Waterdeep.

Fale rozbijały się o burtę okrętu flagowego Królestwa z głośnym westchnięciem. Weston wpatrywał się w toń morza ze stoickim spokojem, jak zwykle. Potrząsnął głową odganiając resztki natrętnych wspomnień i myśli. Musiał się skupić na teraźniejszości. Musiał się skupić na zadaniu, jakie przed nim postawiono.
Spojrzał w niebo. Słońce przekroczyło już zenit. Czas ruszać. Rozejrzał się po pokładzie. Marynarze, uwijali się z ostatnią częścią załadunku. Zdecydowana większość skrzyń z zaopatrzeniem znalazła się już pod pokładem lub też na nim, starannie przymocowana do desek, grubymi, wytrzymałymi linami. Wkrótce cumy z pluskiem uderzą o taflę wody, kotwica zostanie podniesiona. Fregata wyruszy w długi rejs. Przeniósł wzrok na odległy horyzont. Tam prowadził ślad, którym podążał od miesiąca. Do Aeris.
Uwzględniłem wszystkie, wydaje mi się uwagi szacownego grona. Mam nadzieję, że się tym razem spodoba
Witam

Nie napisałem, że zostały w porcie Napisane jest, że "uderzą z pluskiem o taflę wody", jak to cumy zwykle czynią zrzucone, a jeszcze przed wciągnięciem na pokład, zwłaszcza, gdy okręt (fregata) jest obciążona ładunkiem, przez co jest nieco głębiej zanurzona

Co do opisu, niezwykła gracja nawiązuje do wieku postaci. Porusza się z niezwykłą, jak na swój wiek, godną osoby o wiele młodszej. By nie powtarzać słowa "Wiek" czy "Lat" użyłem łącznika "Mimo to", który wskazuje, że zdanie nawiązuje do poprzedniego.
Witam

Kłócić sie nie będę, ponieważ sensu nie widzę. Nie wyobrażam sobie sytuacji, by cumownik portowy, po zdjęciu jednego lub więcej szpringu, nosił liny na pokład. Pamiętajmy także, że okręty były znacznie niższe kiedyś niż teraz. Fregata, o której mowa, mieściła mniej więcej 250 członków załogi, plus ładunek. Szpringi rzuca się zwykle z okolic dziobu i rufy, zatem musiały być wystarczająco długie by utrzymać okręt. Zaś wyszkolenie marynarzy nijak sie ma do praw grawitacji
No nic, ale jeśli trzeba poświęcę ten fragment historii

Oto poprawiona wersja:

-nazwa konta: Vilquor
-nazwa postaci: Weston Willensbane
-płeć postaci: Mężczyzna
-rasa postaci: człowiek
-klasa postaci: Łowca/Łowca Trofeów
-wiek postaci: 35 lat
-wyznanie postaci: Silvanus
-pochodzenie: Srebrne Marchie - Jalanthar
-charakter: Praworządnie Neutralny

-opis zewnętrzny:
Widzisz przed sobą niezwykle wysokiego i potężnie zbudowanego mężczyznę rasy ludzkiej. Jego długie włosy, jak i bujną brodę koloru jasnej miedzi, przecinają już pasemka szronu niedyskretnie wskazując na wiek mężczyzny. Mimo to porusza sie z gracja godną młodziana, zaś doświadczenia lat minionych nadały mu pewności.
-siła: 14
-zręczność: 14
-kondycja: 16
-inteligencja: 10
-mądrość: 14
-charyzma: 10

Historia:
Potrząsnął głową chcąc odepchnąć od siebie natrętne myśli, które przywoływały wspomnienia znienawidzonych dni. Nie zdołał jednak. Był za słaby. Szum fal i kołysanie okrętu rzuciły już na niego swój urok. Ciałem może i stał na pokładzie fregaty Quicksilver, ale duchem cofnął się w czasie, do dni minionych tak dawno temu…
Dorastał w Srebrnych Marchiach, krainie różnej od wszystkich innych regionu Faerunu. Zróżnicowane ludy, pragnące dobrobytu, spokoju i porządku, znalazły sobie dom w tym nieokiełznanym obszarze. Wśród żądnych wojny hord orków, wrogo nastawionych do wszystkiego gigantów oraz różnorodnych, złaknionych krwi potworów, postanowili walczyć o to, co dla nich najświętsze. Weston przez pół swego życia mieszkał w Jalantharze, małej osadzie położonej na północnym brzegu rzeki Rauvin. Podobnie, jak reszta tej niewielkiej społeczności, chłostany wiecznym, zdawałoby się, chłodem krainy, nauczył się, jak przetrwać, kiedy za wroga ma się nie tylko Orków czy inne potwory, ale także pogodę. Ci, którzy nie potraktują natury z należnym jej szacunkiem, szybko znajdują się na jej łasce. Tak powtarzał ojciec Westona przez wszystkie te lata, gdy z trudem wychowywał młodego Willensbane'a. Ten nie rozumiał w pełni tego stwierdzenia ani w czasie trudnych nauk, ani stojąc nad zwłokami swych rodziców, zabitych przez watahę orków w czasie jednego z najazdów. Znienawidził wtedy tych stworzeń ponad wszystkie inne. Zaopiekowała się nim Ammarthe Sungalard, druidka w służbie Silwanusowi. Starała się kontynuować nauki zmarłych rodziców młodzieńca, wpajała mu dogmat Ojca Dębu, starała się, jak mogła, by być mak siostra, jeśli nie matka. Jednak nie czuł ulgi, ni pocieszenia. Ćwiczył wytrwale, starał się ze wszystkich sił. Wiedział, że kiedy odejdzie z wioski, będzie polować. Samotny wilk pośród stada uzbrojonych w groźne rogi baranów, tak i on stanie przeciw orkom... Oczywiste rzeczy często dają się jasne z upływem lat, a słowa niezrozumiane, bądź zrozumiane opacznie, nabierają klarowności. Gdy w końcu porzucił kłębiący się w nim gniew, był już stary... Może nie ciałem, ale z pewnością duchem. Kolejne lata spędził żyjąc względnie spokojnie, handlując skórami, służąc jako przewodnik na drodze między Everlundem i Jalantharem. Aż pewnego dnia został poproszony przez kilku wędrowców o zaprowadzenie ich do Silverymoon. Byli gotowi zapłacić dość sporą sumę pieniędzy w złocie toteż Weston zgodził się z wahaniem. I choć nie przepada za dużymi miastami, po dotarciu już na miejsce, zdecydował się zatrzymać na trochę w Klejnocie Północy. Tam odwiedził dobrego przyjaciela jego rodziny, krasnoluda, współwłaściciela gospody Złoty Dąb. Łączyła ich silna wieź, choć żaden z nich nie pozwoliłby sobie na okazanie tego. Dowiedział się o przyrodniej córce brodacza, młodej ludzkiej dziewczynie, która pracowała w tym lokalu jako kelnerka. Pewnego dnia wyruszyła w podroż, nie mówiąc wiele o celu swej wędrówki. Vilquor, zwany Piwochlapem, nie wypowiedział głośno swej prośby. Nie musiał. Weston nie potrzebował słów. Wystarczyło spojrzenie w ciemne oczy, na wielkie, niczym bochny chleba, łapy, by mieć pewność. Krasnolud prosił niemo o odnalezienie dziewczyny. Willensbane skinął głową jedynie, ze zwykłym sobie stoicyzmem. Miał zamiar spełnić prośbę. Wyruszył wraz z nastaniem jutrzenki. Odnalazł jej trop, wiodący do Waterdeep.

Fale rozbijały się o burtę okrętu flagowego Królestwa z głośnym westchnięciem. Weston wpatrywał się w toń morza ze stoickim spokojem, jak zwykle. Potrząsnął głową odganiając resztki natrętnych wspomnień i myśli. Musiał się skupić na teraźniejszości. Musiał się skupić na zadaniu, jakie przed nim postawiono.
Spojrzał w niebo. Słońce przekroczyło już zenit. Czas ruszać. Rozejrzał się po pokładzie. Marynarze, uwijali się z ostatnią częścią załadunku. Zdecydowana większość skrzyń z zaopatrzeniem znalazła się już pod pokładem lub też na nim, starannie przymocowana do desek, grubymi, wytrzymałymi linami. Wkrótce kotwica zostanie podniesiona, a fregata wyruszy w długi rejs. Przeniósł wzrok na odległy horyzont. Tam prowadził ślad, którym podążał od miesiąca. Do Aeris.

Mam nadzieję, że poprawki sa wystarczające
Witam

Dobra ja odpadam :/

Tak wyglądały kiedyś jednostki pływające i będę przy tym obstawał. W nowoczesnych statkach dzięki zastosowaniu stali oraz stabilizatorów jednostki nie są tak wysokie jak kiedyś, bah, niektóre mają burtę na wysokości nabrzeża. Poza tym miej na uwadze, że płynął okrętem dalekomorskim, który musiał mieć jakąś dzielność morską.

I jeszcze ta nieszczęsna kotwica. Jak dla mnie za dużo filmów. Kotwica umożliwia myszkowanie, cumy unieruchamiają.

Wiem, jestem czepialski, ale jak już wspomniałem. Moja akceptacja w cale nie jest potrzebna. A z takimi "babolami" historii nie przepuszczę.

Pozdrawiam
Ehhh, jak tam chcesz.

Co do kotwicy, zgodzę się, że to był błąd. Po zlikwidowaniu wzmianki o cumach założyłem, że fregata kotwiczyła w zatoce, gdzie łodziami doprowadzano ładunek. Czyniono tak, kiedy nabrzeże było zapełnione, każdy kapitan we własnym zakresie. Co prawda w porcie takim, jak Waterdeep wątpliwe byłoby zapełnienie go w całości, dlatego zmieniam ten fragmencik ponownie

-nazwa konta: Vilquor
-nazwa postaci: Weston Willensbane
-płeć postaci: Mężczyzna
-rasa postaci: człowiek
-klasa postaci: Łowca/Łowca Trofeów
-wiek postaci: 35 lat
-wyznanie postaci: Silvanus
-pochodzenie: Srebrne Marchie - Jalanthar
-charakter: Praworządnie Neutralny

-opis zewnętrzny:
Widzisz przed sobą niezwykle wysokiego i potężnie zbudowanego mężczyznę rasy ludzkiej. Jego długie włosy, jak i bujną brodę koloru jasnej miedzi, przecinają już pasemka szronu niedyskretnie wskazując na wiek mężczyzny. Mimo to porusza sie z gracja godną młodziana, zaś doświadczenia lat minionych nadały mu pewności.
-siła: 14
-zręczność: 14
-kondycja: 16
-inteligencja: 10
-mądrość: 14
-charyzma: 10

Historia:
Potrząsnął głową chcąc odepchnąć od siebie natrętne myśli, które przywoływały wspomnienia znienawidzonych dni. Nie zdołał jednak. Był za słaby. Szum fal i kołysanie okrętu rzuciły już na niego swój urok. Ciałem może i stał na pokładzie fregaty Quicksilver, ale duchem cofnął się w czasie, do dni minionych tak dawno temu…
Dorastał w Srebrnych Marchiach, krainie różnej od wszystkich innych regionu Faerunu. Zróżnicowane ludy, pragnące dobrobytu, spokoju i porządku, znalazły sobie dom w tym nieokiełznanym obszarze. Wśród żądnych wojny hord orków, wrogo nastawionych do wszystkiego gigantów oraz różnorodnych, złaknionych krwi potworów, postanowili walczyć o to, co dla nich najświętsze. Weston przez pół swego życia mieszkał w Jalantharze, małej osadzie położonej na północnym brzegu rzeki Rauvin. Podobnie, jak reszta tej niewielkiej społeczności, chłostany wiecznym, zdawałoby się, chłodem krainy, nauczył się, jak przetrwać, kiedy za wroga ma się nie tylko Orków czy inne potwory, ale także pogodę. Ci, którzy nie potraktują natury z należnym jej szacunkiem, szybko znajdują się na jej łasce. Tak powtarzał ojciec Westona przez wszystkie te lata, gdy z trudem wychowywał młodego Willensbane'a. Ten nie rozumiał w pełni tego stwierdzenia ani w czasie trudnych nauk, ani stojąc nad zwłokami swych rodziców, zabitych przez watahę orków w czasie jednego z najazdów. Znienawidził wtedy tych stworzeń ponad wszystkie inne. Zaopiekowała się nim Ammarthe Sungalard, druidka w służbie Silwanusowi. Starała się kontynuować nauki zmarłych rodziców młodzieńca, wpajała mu dogmat Ojca Dębu, starała się, jak mogła, by być mak siostra, jeśli nie matka. Jednak nie czuł ulgi, ni pocieszenia. Ćwiczył wytrwale, starał się ze wszystkich sił. Wiedział, że kiedy odejdzie z wioski, będzie polować. Samotny wilk pośród stada uzbrojonych w groźne rogi baranów, tak i on stanie przeciw orkom... Oczywiste rzeczy często dają się jasne z upływem lat, a słowa niezrozumiane, bądź zrozumiane opacznie, nabierają klarowności. Gdy w końcu porzucił kłębiący się w nim gniew, był już stary... Może nie ciałem, ale z pewnością duchem. Kolejne lata spędził żyjąc względnie spokojnie, handlując skórami, służąc jako przewodnik na drodze między Everlundem i Jalantharem. Aż pewnego dnia został poproszony przez kilku wędrowców o zaprowadzenie ich do Silverymoon. Byli gotowi zapłacić dość sporą sumę pieniędzy w złocie toteż Weston zgodził się z wahaniem. I choć nie przepada za dużymi miastami, po dotarciu już na miejsce, zdecydował się zatrzymać na trochę w Klejnocie Północy. Tam odwiedził dobrego przyjaciela jego rodziny, krasnoluda, współwłaściciela gospody Złoty Dąb. Łączyła ich silna wieź, choć żaden z nich nie pozwoliłby sobie na okazanie tego. Dowiedział się o przyrodniej córce brodacza, młodej ludzkiej dziewczynie, która pracowała w tym lokalu jako kelnerka. Pewnego dnia wyruszyła w podroż, nie mówiąc wiele o celu swej wędrówki. Vilquor, zwany Piwochlapem, nie wypowiedział głośno swej prośby. Nie musiał. Weston nie potrzebował słów. Wystarczyło spojrzenie w ciemne oczy, na wielkie, niczym bochny chleba, łapy, by mieć pewność. Krasnolud prosił niemo o odnalezienie dziewczyny. Willensbane skinął głową jedynie, ze zwykłym sobie stoicyzmem. Miał zamiar spełnić prośbę. Wyruszył wraz z nastaniem jutrzenki. Odnalazł jej trop, wiodący do Waterdeep.

Fale rozbijały się o burtę okrętu flagowego Królestwa z głośnym westchnięciem. Weston wpatrywał się w toń morza ze stoickim spokojem, jak zwykle. Potrząsnął głową odganiając resztki natrętnych wspomnień i myśli. Musiał się skupić na teraźniejszości. Musiał się skupić na zadaniu, jakie przed nim postawiono.
Spojrzał w niebo. Słońce przekroczyło już zenit. Czas ruszać. Rozejrzał się po pokładzie. Marynarze, uwijali się z ostatnią częścią załadunku. Zdecydowana większość skrzyń z zaopatrzeniem znalazła się już pod pokładem lub też na nim, starannie przymocowana do desek, grubymi, wytrzymałymi linami. Wkrótce cumy i szpringi uderzą z głuchym hukiem o burtę okrętu, żagle wypełnią się fordewindem, a fregata wyruszy w długi rejs. Przeniósł wzrok na odległy horyzont. Tam prowadził ślad, którym podążał od miesiąca. Do Aeris.
Witam

Statek 15w.
Statek 15w. 2
Tu sobie stoi albo pływa przy brzegu (nie wiem on jest zacumowany czy zakotwiczony?)

Galeon 16w.

AKCEPTUJE
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • latwa-kasiora.pev.pl