ďťż
[ Łowca ] Yavain Marcall


Bo człowiek głupi jest tak bez przyczyny

- Nazwa konta: Elrebrind
- Nazwa postaci: Yavain Marcall
- Rasa: Półelf księżycowy
- Płeć: Mężczyzna
- Wiek: 25 lat
- Klasa: Łowca
- Charakter: Chaotyczny Dobry
- Wyznanie: Mielikki (opiekuńcze), Lurue, Eldath
- Pochodzenie: Waterdeep
- Znane języki: Wspólny, Elfi, Leśny
- Towarzysz: borsuk Dinnen
- Poziom: 5. lub 6. (pozostał mi po nim kod do wykorzystania)

Statystyki:
Siła 12
Zręczność 16
Kondycja 14
Inteligencja 12
Mądrość 14
Charyzma 10

Opis wyglądu:
Młody mężczyzna, na którego właśnie spoglądasz, jest szczupły, lekko umięśniony. Wzrost jego odpowiada przeciętnemu wzrostowi ludzkiemu, jednak delikatniejsze rysy, zielone oczy w kształcie migdałów oraz lekko szpiczaste uszy zdradzają domieszkę krwi elfiej. Długie i proste, kruczoczarne włosy nosi spięte rzemykiem. Na twarzy jego gości zazwyczaj kilkudniowy zarost, który okala wąskie usta. Nad nim spoczywa długi nos. Gdy znajduje się w terenach leśnych, chód jego jest spokojny i miękki. W mieście natomiast chodzi niepewnie. Na szyi zawieszony zwykle ma medalion z kości, przedstawiający zwróconą w lewo głowę jednorożca o zagiętym rogu.

Historia:

Yavain przyszedł na świat w 1353 RD jako pierworodny syn ludzkiego mężczyzny i półelfickiej kobiety. Jego ojciec, Carthan Kail, był zamożnym kupcem. Matka Arelynn, bardka na emeryturze, prowadziła małą szkółkę, w której uczyła dzieci gry na instrumentach.

Półelf miał dwoje rodzeństwa. Brat młodszy był od niego o cztery lata; siostra natomiast przyszła na świat, gdy chłopak skończył lat sześć. Jako najstarszy syn, poważny, zdolny, inteligentny, spokojny i posłuszny, Yavain stał się wzorem, do którego zawsze porównywano Erthusa, gdy tylko coś nabroił. Do dziś półelf pamięta towarzyszące mu przez dzieciństwo zdania: „on jeszcze zmądrzeje, będzie jak drugi Yavain”, „dlaczego nie możesz być tak grzeczny jak Yav?”, „patrz na Yavaina, przyjrzyj się jak to robi”, Yavain w twoim wieku był o wiele grzeczniejszy, mądrzejszy, spokojniejszy, blablabla. Denerwowało to go, to wywyższanie i czynienie z niego anioła, postać doskonałą. Bzdury, każdy ma jakieś wady.

Carthan chciał, aby Yavain w przyszłości poszedł w jego ślady. Próbował na różne sposoby zachęcić go do liczb, rachunków i monet, jednakże bez skutku. Początkowo po prostu wszystko to nużyło chłopaka. Z czasem, gdy zaczął dorastać, Yavain jął przeciw temu krucjatę. Uciekał z domu, nie słuchał się ojca, ignorował zakazy i nakazy. Anioł stracił skrzydełka.

Zawsze uwielbiał słuchać opowieści matki. Było ich wiele, lecz zapamiętał dobrze tylko dwie z nich. Pierwsza opowiadała o niej samej, o młodej bardce i jej podróżach; o tym, jak pewnego dnia poznała wojownika pochodzącego z Waterdeep. Dość romantyczna opowieść, owszem. Ale większe wrażenie wywarła na młodym chłopaku ta druga – o elfim łuczniku i jego Ludzie, z którym przemierzał Wysoki Las. O jego dziadku.

Kochał las. Kochał góry. Kochał przestrzeń, kochał naturę. Dlatego też Yavain chętnie wybierał się z ojcem i jego karawanami w podróże kupieckie. Mógł odpocząć wreszcie od panującego w mieście hałasu, od tłumów na ulicach, od milionów ludzi i nieludzi. Był to jedyny plus z działań kupcotwórczych.

Bo on nie lubił wielkich miast. Po nich nie dało się spacerować. Nie było gdzie pójść, żeby odpocząć, usiąść w spokoju, pooddychać świeższym powietrzem i posłuchać śpiewu ptaków. Miasto – to nie było miejsce dla niego. On był typem samotnika, autsajdera. Nie, nie, miał kilku przyjaciół. Bywały dość często jednak chwile, że wolał pobyć sam. Pobyć sobą.

Dlatego też zdecydował się pewnego dnia, że opuszcza dom w poszukiwaniu szczęścia i spokoju. Miał wtedy siedemnaście lat. Wziął nocą z domu rzeczy niezbędne, w tym swój flet, żądzę wędrówki i kilka wartościowych przedmiotów, za które opłacił karawanę zmierzającą do Silverymoon. Wiedział, gdzie się udać.

Podróż trwała wiele dekadni. Kupcy i strażnicy dziwili się zachowaniu chłopaka; trzymał się zawsze trochę dalej, szedł z tyłu samotnie. „To musi być jeden z tych tropicieli, elfów z lasu.” Nosił przecież zawieszony przez ramię łuk i krótki miecz przy boku. Pewnego dnia po prostu zniknął. Nie było po nim żadnego śladu. Lecz w końcu co mieli się tym przejmować, zapłacił, czyż nie? Właśnie.

Elf o srebrzystobiałych włosach, długich, z twarzą pokrytą dwiema długimi bliznami, jedną przechodzącą przez oko, nie pamiętał które, drugą przez policzek. To był cel jego poszukiwań, jego dziadek. Wiedział, że szanse na odnalezienie go w największym lesie Faerunu są znikłe, lecz marzenia trzeba mieć, czyż nie? Właśnie.

Wędrował kilka dni. Samotnie. Tak, głupota. Ale przecież nie miał nikogo. Był sam. Pierwszy raz w takim lesie, tak przeogromnym lesie. Nie był uważny, zaatakowały go wilki. Stało się to niespodziewanie, wyskoczyły na niego w ułamku sekundy. Nie zdążył nawet wyciągnąć broni, nie miał jak się obronić. Powaliły go, ogłuszyły, pogryzły i głęboko poraniły. Stracił przytomność.

Oczywiście, został ocalony. Mielikki uratowała go od śmierci. Jej Igły natknęły się na niego podczas zwiadu i zaniosły, w ciężkim stanie, do Siły Lasu, do druidów i kapłanów. Zatamowali krwotoki, opatrzyli; udało się go uratować.

Rehabilitował się długo. Nie myślał jednak o tym, poznał dzięki temu wiele nowych osób. Tak, tak, był typem samotnika. Ale poznanie ich, tych ludzi i półelfów, ucieszyło go. Bo oni byli do niego podobni. I nie żądali niczego.

Gdy mógł już chodzić, uczęszczał na nauczania druidów, obserwował łowców i ich treningi. Wzbudzili w nim podziw. Ich biegłość w łuku i zdolności wprawiały go w zachwyt. Może nie wyglądało to tak, jak w opowieściach matki, ale nadal było imponujące. Wyjątkowo.

W końcu wyzdrowiał. Ale nie odszedł, nie. Yavain dołączył do nich, został jednym z nich. Został łowcą Leśnej Królowej.

Lecz zanim zaczął uczestniczyć w polowaniach, musiał się nauczyć, co to znaczy być łowcą. Życie w lesie wyostrzyło jego zmysły, trening natomiast uczynił go zręcznym łucznikiem. Przyjmował nauki o Mielikki, poznawał także inne bóstwa natury. Dopiero od teraz można było powiedzieć, że został łowcą.

Obchodził z nimi wiele świąt. Widział, jak kapłani i druidzi wykonywali Pieśń Lasów, po czym służyli driadom i drzewcom; śpiewał pochwały dla Pani podczas Czterech Uczt obchodzonych w przesilenia i równonoce, jak i podczas Śródleci. Doświadczył także Szaleńczej Jazdy. Tak, wtedy pierwszy raz ujrzał jednorożce, piękne i majestatyczne. Jeździli na nich całą noc.

Zapomniał o dziadku. Jego serce nie chciało już go szukać; znalazło swojego jednorożca w tym kręgu, w tej grupie ludzi i kilku nieludzi. Czuł się jego częścią; wędrował z nimi, polował, czuwał, medytował, żył otaczającym go lasem. Czuł w nim, w lesie, moc swojej patronki, czuł to z każdego drzewa, każdej zwierzyny. Był szczęśliwy.

Trwało to sześć lat. W czasie tym Yavain zmądrzał, dorósł. Poznał życie lasu; wiele dzięki niemu zawdzięczał. Poczuł się tu jednak zbędny, wszystko funkcjonowało należycie bez niego. Krąg wędrował, nauczał w wioskach. Bronił leśnego życia.

A Yavain był przecież typem samotnika. Wolał życie na uboczu, tak. Wolał życie z dala od tłumów. W młodości zawsze czuł się inny niż jego koledzy. Nie lubił tego, źle mu było z tym. Tu jednak, pośród leśnych ludzi, zdawało mu się, że jest jednym z tysiąca. Nie chciał się więcej oszukiwać.

Odszedł więc. Dwóch tropicieli odprowadziło go na skraj lasu, dało zapasy, podarunek od kręgu, i pożegnało. Smutek rozdzierał jego półelfie serce, ale wiedział, że musi odejść. Bo on był typem samotnika, wolnego ducha. Był nieszczęśliwym indywidualistą.

Jednorożce są kapryśne. Gdy tylko opanuje je żądza wędrówki, nie myślą o niczym innym, tylko o niej. Przemierzają lasy, bory, łąki i polany. Rozkoszują się wolnością, życiem, brakiem obowiązków. Przychodzi jednak czas, że muszą znów się osiąść, odnaleźć spokój.

W jednej z baldurskich karczm Yavain dowiedział się o wyspie Aeris. Po wysłuchaniu nowinek rozpowiadanych przez jednego z podpitych marynarzy uznał, że powinien się tam udać. Poszukać na niej miejsca dla siebie. Na wyspie, na której ludzi i nieludzi jest na pewno mniej niż na kontynencie, oczywiste. Bo on był typem samotnika. Nieszczęśliwego włóczęgi.


W sumie skoro urodził się i wychował w Waterdeep to pewnie zna jeszcze Chondathski (pewnie zostanie ci jeden w systemie języków, to możesz wziąć ten jako automatyczny dla regionu)

Akceptuję
Akceptuję.
Rozpędziłam się z przenoszeniem - jeszcze jedna


Akceptuję
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • latwa-kasiora.pev.pl