ďťż
[ Łowca ] Calanthia Hardcane


Bo człowiek głupi jest tak bez przyczyny

nazwa konta: uma77
nazwa postaci: Calanthia Hardcane
płeć: kobieta
rasa: człowiek
wiek: 24
charakter: chaotyczny dobry
pochodzenie: Beregost
wyznanie: Selune

Wygląd:
Ciemnowłosa kobieta, o szlachetnych, regularnych rysach twarzy. Ma zdrową, rumianą cerę i bystre orzechowe oczy. Kobiece, dość bujne, elementy sylwetki trudno ukryć pod jakimkolwiek strojem. Mówi głosem ciepłym, zdradzającym jednak swoisty temperament.

Historia:
Pochodzę z Beregostu. Tato był w młodości podróżnikiem, kiedy osiągnął wiek średni osiadł na stałe na Wybrzeżu Mieczy i ożenił z córką miejscowego farmera. Zajął się pisaniem na zlecenie mniej lub bardziej oficjalnych pism, tłumaczeniem, specjalizował się jednak w listach i wierszach miłosnych, a w tym zakresie pracy miał niemało. Mama natomiast kochała kwiaty. Doświadczenie podróżnicze i wiedza o egzotycznych gatunkach roślin taty, pozwoliły jej na realizowanie pasji. To spod jej ręki wyszły najpiękniejsze krzyżówki, które zdobiły ogrody co zamożniejszych obywateli miasta. Pasji mamy i obyciu taty zawdzięczam również moje nietypowe jak na Beregost imię.
Uwielbiałam opowieści ojca. Nie wiem, czy były one prawdziwe, czy nie, ale mogłam ich słuchać bez końca. Tak pięknie opowiadał o dzikich krainach północy, o barwnych miastach południa, o morzu, które kochał, o bezkresnych pustyniach. Mama zawsze powtarzała, ze to się źle skończy i żeby przestał zatruwać mi dusze bo nie chciałaby, żeby jej jedyne dziecko stało się tylko legendą. Dziś dobrze wiem, co miała na myśli, ale wdzięczna jestem ojcu, bo dzięki niemu łatwiej mi żyć, gdziekolwiek rzuci mnie los.
Kiedy miałam 17 lat ojciec zmarł. Mama przekonała mnie, że powinnam wyjść za mąż, że we dwie nie damy sobie rady. Byłam tak zrozpaczona, ze przystałam na wszystko. Liczyłam chyba na to, ze mąż wypełni lukę po ojcu w moim sercu. Tym bardziej, że miał nim być ktoś, kogo znałam od zawsze, Ian, chłopak z sąsiedztwa, który wraz ze mną z wypiekami na twarzy słuchał historii mojego taty. Ale to było dawno. Nie było w tym związku miłości, jednak w małżeństwie nie było mi źle, zwłaszcza gdy przychodziła noc. Jednak 4 lata z Ianem sprawiły, że zapomniałam, co kiedyś sobie przysięgłam, ze zobaczę wszystkie miejsca, jakie widział tato i jeszcze więcej. Dziecięce marzenia wydawały mi się teraz śmieszne, a pamięć o ojcu ustąpiła miejsca myślom o codzienności. Chyba jednak nie byłam szczęśliwa, jak mi się wówczas zdawało.
Na nieszczęście, młodszy o kilka lat brat mego nudnego do granic możliwości męża, wyrósł na wspaniałego mężczyznę. Orvill był piękny, odważny, miał ideały i zasady. Ważne były dla niego honor, dobre imię, marzenia i... ja. Od dawna po raz pierwszy czułam, ze jestem dla kogoś ważna, jak wtedy, kiedy żył tato, choć Orvill miał zaledwie tyle lat co ja, kiedy wychodziłam za mąż. Ale to było bez znaczenia.
Nie mogło być inaczej, stało się najgorsze. Matka obu moich mężczyzn odkryła prawdę. Chciałabym móc na zawsze zapomnieć co się wtedy wydarzyło. Ian chyba postradał zmysły, nie mógł znieść upokorzenia i udał się na południe w góry. Dla Orvilla matka już miała przygotowane plany. Miał zostać paladynem Tyra. Bezwzględnie prawym, miał odkupić błąd młodości.
A co ze mną. Nie mogłam pozostać w Beregoscie. Zresztą nikt tego nie chciał, nawet mama, którą chyba zawiodłam, ale nie mniej jednak niż ona mnie, wydając za mąż i pozbywając z domu, w tak trudnym dla nas obu czasie.
Naprawdę nie było mi trudno odchodzić. A właściwie uciekać, bo zrobiłam to jak złodziej, pod osłoną nocy. Udałam się na północ do Wrót Baldura. W najśmielszych snach nie przypuszczałam jak to daleko. Starałam się nie podążać głównym traktem, ale też nie zapędzać głęboko w las, z obawy przed bandytami. Z niezwykłą łatwością przychodziło mi odkrywanie ich obozów, a za takie informacje dobrze płacili przewodnicy karawan. Zaczem dotarłam do Wrót Baldura miałam już całkiem wypełnioną sakwę. Starczyło na wynajęcie skromnego pokoju i przeżycie kilku tygodni w mieście, zaczem znalazłam sobie jakieś zajęcie. Zaczęło się od tropienia drobnych złodziejaszków ukrywających się po lasach na zlecenie leniwych strażników. Oni mieli spokój, a ja trochę grosza. Potem zdarzały mi się kilkutygodniowe wyprawy związane z eskortowaniem kupców, ale zawsze na północ, nigdy nie ośmieliłam się wybrać w strony rodzinnego miasta. Niemało zysków miałam z organizacji polowań, to jednak rozrywka dla zamożnej części społeczności.
Starałam się nie angażować w prywatne sprawy mojej klienteli, jednak raz odstąpiłam od tej zasady. To była kobieta, mężatka. Wdała się w romans z pewnym przybyszem z południa, a ten ukradł jej klejnoty otrzymane od męża. Nie żal jej było kosztowności, ale nie chciała by mąż dowiedział się o romansie. Doskonale wiedziałam jak kończą się takie historie, sama byłam tego świetnym przykładem więc postanowiłam za wszelką cenę jej pomóc.
Khalid, tak miał na imię. To on mnie znalazł. Wówczas nie wiedziałam kim jest, natomiast on doskonale wiedział, że go szukam. I wiedział jak mną zagrać. Przez cały wieczór snuł opowieści o o Calimshanie, o swoim niełatwym życiu złodzieja i bawidamka, o klejnotach które były ponoć jego rodzinnym dziedzictwem, a ja słuchałam, jak wtedy, gdy opowiadał ojciec. Mówił też o celu swej podróży, o wyspie Aeris, gdzie pragnie rozpocząć nowe życie.
Rano obudziłam się o wschodzie słońca. Nie było ani Khalida, ani kosztowności Lady Marvelle dla której pracowałam, ani moich przez lata gromadzonych oszczędności. Zostawił mi tylko maleńką sakiewkę. Po co? Teraz wiem. Jestem w końcu na statku wiozącym mnie na Aeris. A Khalid, czy tak naprawdę się nazywał? Tam go nie ma na pewno.


Akceptuję
Akceptuje
Będę nieco czepliwy niestety.

Shaundaukul - powiedzmy, że do tej historii (region, zachowanie) średnio pasuje.


Morrie, Sileas, dziekuję za akceptację!

Lythari, dlaczego od razu niestety...
Jeśli Twoim zdaniem jest tu poważny zgrzyt, to zmienię na Chaunteę, wolałabym jednak tego nie robić.

Shaundakula wybrałam z uwagi na osobę ojca Calanthyi. Nie napisałam że on pochodził z WM (w końcu to nie jego historia) tylko że tam zamieszkał na stałe. Mógł więc pochodzić z północy i przyjmijmy że tak właśnie było.
W aspekcie podróży, odkryć i ochrony jest to dobre bóstwo patronackie i chciałabym je móc zachować.

Jest jeszcze kwestia bardziej techniczna, ale przyjmij to jako argument dodatkowy, że dla łowcy - tropiciela/podróżnika, nie będącego jakimś leśnym dzikusem czy uduchowionym ekologiem innegi wyboru zwyczajnie nie ma!
Tym bardziej niezbyt pasuje do Chauntei.

Tak naprawdę to druno by mi było wskazać właściwe bóstwo, może Selune najbardziej pasowałaby do tej historii.

no ładnie... to co ja mam powiedzieć, początkujący właściwie-jeszcze-nie-w-pełni gracz.

może faktycznie wybór Selune jest właściwy. Dobrze, zmienię, szczególnie że jak widze, na Aeris wyznawców nie brakuje.

mam wkleić jeszcze raz całą historię, czy da się to jakość wyedytować, jeśli to ta jedyna uwaga???

PS. mówiąc północ miałam na myśli jedynie kierunek, ale dzięki za informacje...
Zeby nie było wątpliwości akceptuję.

A historia mi się podoba.
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • latwa-kasiora.pev.pl