ďťż
[Czarodziej] Zerth-Ri


Bo człowiek głupi jest tak bez przyczyny

- Nazwa konta postaci: Zerthin
- Nazwa postaci: Zerth-Ri
- Płeć postaci: mężczyzna
- Rasa postaci: człowiek
- Wiek postaci: 24
- Wyznanie postaci: Kossuth
- Pochodzenie postaci: Thay

Wygląd:

Wychudzony, niewysoki osobnik porusza się powoli i z dumą. Praktycznie nie da się nie dostrzec jego złocistej cery i łysej głowy. Pokrywają ją zresztą różnorakie, większe i mniejsze tatuaże. Niektóre z nich gładko spływają po całkiem wysokim czole i kończą się na długim, spiczastym nosie. Co chwila przewraca swoimi piwnymi oczyma i uśmiecha się drwiąco.

Historia:

Na świat przyszedłem w samej stolicy państwa magów, w Eltabbarze. Niestety… Moje dzieciństwo nie należało do najszczęśliwszych. Rodzice nigdy nie pozwalali mi opuszczać domu. Mówili, że łatwo łapię choroby czy coś. Jedyne pocieszenie znajdowałem w książkach. Pewnego dnia do naszego domostwa przybył Czerwony Mag. Praktycznie od razu przypomniałem sobie co o nich czytałem. W mojej głowie kłębiły się takie zwroty jak „potężni magowie władający naszą krainą i wiodący ją ku lepszej przyszłości”. Ten jednak wyglądał groźnie, a jego twarz sugerowała raczej wolę niszczenia. Bezceremonialnie wszedł do domu i zamienił kilka słów z moimi rodzicami po czym skierował na mnie te swoje straszne, wytatuowane oblicze. Wymruczał coś pod nosem i… i dalej nic nie pamiętam… Opadłem łagodnie w mrok. Gdy się przebudziłem rodzice patrzeli na mnie ze smutkiem. Coś mi tłumaczyli, jednak nie słuchałem zbyt uważnie. Zdaje się, że chodziło im o dłuższe rozstanie. Z tego co zrozumiałem mag chciał mnie zabrać do jakiejś szkoły. Początkowo nawet się ucieszyłem. W końcu mógłbym zobaczyć choć kilka ulic – dla mnie to był naprawdę spory kawałek świata. Parę dni później przyszło kilku Czerwonych Czarodziejów i zabrało mnie.

Taak… Myślałem, że zobaczę chociaż kawałek miasta, a tu nic! Kilka dobrych lat tylko wdychałem wraz z innymi „wybrańcami” kurz w pracowni naszego mistrza. Ten również nie przypominał „dobrego maga” jakiego opisywały książki. Jednak czasem zwoływał nas, burczał pod nosem coś o tym, że niestety musi się pozbyć taniej, uczniowskiej siły roboczej, a nawet ją wykształcić. Potem wygłaszał długie, monologiczne wykłady, wskazywał kilka tomów na półce swej biblioteczki i kazał się uczyć w wolnym czasie. Jasne… Szkoda tylko, że nawet nocą mieliśmy jakieś prace w stylu „wyczyść podłogę”. Ale najgorsze było to, że bił nas jeśli nie potrafiliśmy czegoś zrozumieć. Chociaż z czasowego punktu widzenia po każdym jego ciosie wiedza zdawała się szybciej dostawać do głowy.

Mijały lata. Kiedy miałem 22 lata mistrz wezwał mnie i czterech innych uczniów do swojego gabinetu. Na jego twarzy malował się złośliwy lekko uśmiech. Zazwyczaj takie właśnie były oznaki wysłania kogoś na zadanie z którego nigdy nie wraca… W każdym razie nie wraca żywy… Rzucił kilka kąśliwych uwag po czym wręczył każdemu z nas księgi, do których - od dawna zmuszani - przepisywaliśmy różne magiczne formuły zaklęć. Następnie machną lekceważąco ręką i stwierdził, że od teraz mamy prawo tytułować się „Czerwonymi Czarodziejami z Thay”. Me serce wypełniła duma.
Jednak już po chwili mistrz stwierdził, że mimo iż jesteśmy już magami mamy wciąż do wypełnienia należności wobec ojczyzny – tym razem jednak mamy nawet szanse na nagrodę w postaci złota do podziału między naszą piątkę.
Chodziło o towarzyszenie mu jako ramię zbrojne. Chcąc czy nie zgodziliśmy się. Właściwie nawet mnie to zainteresowało – nigdy dotąd nie oglądałem choćby innego miasta.

Któregoś dnia podróży – właściwie nawet znośnej, by nie rzec przyjemnej. Mijaliśmy jakąś mniejszą wioskę w pobliżu Wrót Baldura. Tam po raz kolejny poznałem zachłanność Magów. Przez całe swe życie chciałem służyć mej ojczyźnie i jej władcom jednak niektóre niegodziwe czyny mych współbraci nigdy nie spotkały się ze zrozumieniem z mojej strony. Ot choćby fakt, że jeden z nich wykorzystał chwilę mojej nieuwagi i zdaje się, wzbogacił moją kolację o truciznę. Rankiem, kiedy mieliśmy już wyruszyć odkryłem, że nie mogę nawet kiwnąć palcem. Całe moje ciało było jak z kamienia! Czarodzieje popatrzyli na mnie ze zrozumieniem jednak nie chcąc opóźniać podróży mistrza postanowili zostawić mnie tu aż wydobrzeję. Ostatnie słowa jakie od nich słyszałem były złośliwym rechotem i pocieszeniem: „Kiedyś na pewno uda ci się wrócić do Thay!”

Leżałem tak jeszcze dobry dzień. Miałem sporo czasu na przemyślenia. Kiedy byłem już w stanie się ruszyć postanowiłem wracać do mojej ojczyzny okrężną drogą – w końcu co może być złego w zwiedzeniu kawałka świata? Wyspy, o których kiedyś czytałem w książkach, wydawały się kuszącym miejscem. Dowiedziawszy się gdzie jest najbliższy port („Jak to? Nie wiecie? Ano we Wrotach Baldura zdaje się… To niedaleko!”) udałem się do niego i wsiadłem na pierwszy lepszy statek o rozsądnych cenach przejazdu.. Płyną on na jakąś „Areis” czy „Aeris” – będę musiał dopytać zanim dopłynę… Chyba warto…


CytatNastępnie machną lekceważąco ręką i stwierdził, że od teraz mamy prawo tytułować się „Czerwonymi Czarodziejami z Thay”. Me serce wypełniła duma.

To nie jest sprawa, którą się lekceważy. Czerwoni Czarodzieje stanowią elitę Thay, przynależność do tej grupy jest sprawą poważną. No i przede wszystkim nie jest to możliwe na 1 poziomie - klasa prestiżowa wymaga zdobycia co najmniej 6 poziomu.
Pierwszopoziomowa postać należy do grupy zwanej Czerwonymi Czarodziejami z Thay jako adept.
Ale nie ma prawa do tytułu Czerwonego Czarodzieja. Jeszcze nie.


Nazwa konta postaci: Zerthin
- Nazwa postaci: Zerth-Ri
- Płeć postaci: mężczyzna
- Rasa postaci: człowiek
- Wiek postaci: 24
- Wyznanie postaci: Kossuth
- Pochodzenie postaci: Thay (Eltabbar)
- Specjalizacja: Wywoływanie
- Charakter: Praworządny Neutralny

Wygląd:

Wychudzony, niewysoki osobnik porusza się powoli i z dumą. Praktycznie nie da się nie dostrzec jego złocistej cery i łysej głowy. Pokrywają ją zresztą różnorakie, większe i mniejsze tatuaże. Niektóre z nich gładko spływają po całkiem wysokim czole i kończą się na długim, spiczastym nosie. Co chwila przewraca swoimi piwnymi oczyma i uśmiecha się drwiąco.

Historia:

Urodziłem się w stolicy magicznego państwa Thay – Eltabbarze. Ze względu na moją słabą kondycję fizyczną na przemian byłem wyśmiewany przez krzepkich rówieśników lub leżałem chory znajdując pocieszenie w książkach. Pewnego dnia pod dom moich rodziców trafił jeden z – jak o nich czytałem w książkach - potężnych i dbających o lepszą przyszłość naszej krainy Czerwonych Czarodziejów. Wszedł do domostwa szybkim i równym krokiem jakby to była jego własność. Powiedział coś moim rodzicom, a ci wskazali na mnie i schowali się w jakimś zakamarku mieszkania. Mag podszedł do mnie i wymruczał coś pod nosem, a ja delikatnie opadłem w bezdenną pustkę snu. Kiedy już się przebudziłem Czerwony Czarodziej kazał mi zabrać jedynie najpotrzebniejsze rzeczy i pożegnać rodziców. Następnego dnia znowu przyszedł do mojego domu i zabrał mnie do miejsca, które określał „wieżą mojego nowego mistrza”.

Kiedy trafiłem do magicznej wieży mojego nowego mistrza od razu zrozumiałem, że nigdy nie będę chciał powracać wspomnieniami do tej części mojego życia. Zamknięty wraz z innymi potencjalnymi kandydatami na magów czyściłem w dzień i w nocy wszelakie sprzęty z najdrobniejszych pyłków. Mistrz zwoływał nas czasem do siebie, tłumaczył zasady działania magii na tym świecie, po czym wskazywał kilka tytułów ze swej biblioteczki i kazał czytać w wolnym czasie. Żebyśmy chociaż mieli chwilę odpoczynku w nocy - niestety nawet wtedy musieliśmy polerować wszystkie schodki w wieży! Niemal każdemu z nas wyryła się w pamięci liczba 10284, bowiem tyle stopni prowadziło na szczyt gmachu. Uczyliśmy się głównie ze strachu. Jeśli mistrza nie zadowalały czyjeś zdolności, tłukł go niemiłosiernie, jak to mówił „żeby wiedza szybciej wsiąkała do głowy”.

Czas tej straszliwej nauki ciągnął się niemiłosiernie. Kiedy miałem 22 lata mistrz wezwał mnie i pięciu innych uczniów do swojego gabinetu. Na jego twarzy malował się lekki, niemal uprzejmy uśmiech. Oznaczał on zwykle wysłanie jednego z uczniów na zadanie, z którego się nie powraca… W każdym razie nie żywym. Mag wygłosił kilka słów o niewątpliwym zaszczycie jaki nas spotkał i wręczył każdemu księgi, do których - od dawna zmuszani - przepisywaliśmy różne magiczne formuły zaklęć. Następnie wytłumaczył, że potrzebuje kilku zdolnych uczniów do odprawiania wzmacniających go rytuałów, które zamierza przeprowadzać podczas swej wędrówki po Wybrzeżu Mieczy. To zadanie miało być zwieńczeniem naszego długoletniego szkolenia. Mentor obiecał nawet wynagrodzić nas sporą sumą pieniędzy, którą mieliśmy się podzielić.

Któregoś dnia podróży – znośnej, by nie rzec przyjemnej - mijaliśmy jakąś mniejszą wioskę w pobliżu Wrót Baldura. Tam po raz kolejny poznałem na własnej skórze jedną z najgorszych cech magów - zachłanność . Przez całe swe życie chciałem służyć mej ojczyźnie i jej władcom, jednak niektóre niegodziwe czyny mych współbraci nigdy nie spotkały się ze zrozumieniem z mojej strony. Ot choćby fakt, że jeden z nich wykorzystał chwilkę mojej nieuwagi i jak sądzę, wzbogacił moją kolację o truciznę. Rankiem, kiedy mieliśmy już wyruszyć odkryłem, że nie mogę nawet kiwnąć palcem. Całe moje ciało było jak z kamienia! Czarodzieje popatrzyli na mnie ze zrozumieniem, jednak nie chcąc opóźniać podróży mistrza postanowili zostawić mnie aż wydobrzeję. Ostatnie słowa jakie od nich słyszałem były złośliwym rechotem i pocieszeniem: „Kiedyś na pewno uda ci się wrócić do Thay!”

Leżałem tak jeszcze co najmniej pół doby. Miałem sporo czasu na przemyślenia. Kiedy byłem już w stanie się ruszyć postanowiłem wracać do mojej ojczyzny okrężną drogą – w końcu co może być złego w zwiedzeniu kawałka świata? Wyspy, o których kiedyś czytałem w książkach, wydawały się kuszącym miejscem. Dowiedziawszy się gdzie jest najbliższy port („Jak to? Nie wiecie? Ano we Wrotach Baldura zdaje się… To niedaleko!”) udałem się do niego i wsiadłem na pierwszy lepszy statek. Płynął on na jakąś „Areis” czy „Aeris” – będę musiał dopytać zanim dopłynę… Chyba warto…
Drobne nieścisłości - jeśli mag czytał o tych wyspach, to TYM BARDZIEJ powinien znać Wrota Baldura, będące jak na warunki Krain ogromną metropolią.

Mimo to... postać oddaje klimat maga z Thay.

Warunkowo Akceptuję - pod warunkiem poprawienia ostatnich dwóch akapitow.
Warunkowo akceptuję
Nazwa konta postaci: Zerthin
- Nazwa postaci: Zerth-Ri
- Płeć postaci: mężczyzna
- Rasa postaci: człowiek
- Wiek postaci: 24
- Wyznanie postaci: Kossuth
- Pochodzenie postaci: Thay (Eltabbar)
- Specjalizacja: Wywoływanie
- Charakter: Praworządny Neutralny

Wygląd:

Wychudzony, niewysoki osobnik porusza się powoli i z dumą. Praktycznie nie da się nie dostrzec jego złocistej cery i łysej głowy. Pokrywają ją zresztą różnorakie, większe i mniejsze tatuaże. Niektóre z nich gładko spływają po całkiem wysokim czole i kończą się na długim, spiczastym nosie. Co chwila przewraca swoimi piwnymi oczyma i uśmiecha się drwiąco.

Historia:

Urodziłem się w stolicy magicznego państwa Thay – Eltabbarze. Ze względu na moją słabą kondycję fizyczną na przemian byłem wyśmiewany przez krzepkich rówieśników lub leżałem chory znajdując pocieszenie w książkach. Pewnego dnia pod dom moich rodziców trafił jeden z – jak o nich czytałem w książkach - potężnych i dbających o lepszą przyszłość naszej krainy Czerwonych Czarodziejów. Wszedł do domostwa szybkim i równym krokiem jakby to była jego własność. Powiedział coś moim rodzicom, a ci wskazali na mnie i schowali się w jakimś zakamarku mieszkania. Mag podszedł do mnie i wymruczał coś pod nosem, a ja delikatnie opadłem w bezdenną pustkę snu. Kiedy już się przebudziłem Czerwony Czarodziej kazał mi zabrać jedynie najpotrzebniejsze rzeczy i pożegnać rodziców. Następnego dnia znowu przyszedł do mojego domu i zabrał mnie do miejsca, które określał „wieżą mojego nowego mistrza”.

Kiedy trafiłem do magicznej wieży mojego nowego mistrza od razu zrozumiałem, że nigdy nie będę chciał powracać wspomnieniami do tej części mojego życia. Zamknięty wraz z innymi potencjalnymi kandydatami na magów czyściłem w dzień i w nocy wszelakie sprzęty z najdrobniejszych pyłków. Mistrz zwoływał nas czasem do siebie, tłumaczył zasady działania magii na tym świecie, po czym wskazywał kilka tytułów ze swej biblioteczki i kazał czytać w wolnym czasie. Żebyśmy chociaż mieli chwilę odpoczynku w nocy - niestety nawet wtedy musieliśmy polerować wszystkie schodki w wieży! Niemal każdemu z nas wyryła się w pamięci liczba 10284, bowiem tyle stopni prowadziło na szczyt gmachu. Uczyliśmy się głównie ze strachu. Jeśli mistrza nie zadowalały czyjeś zdolności, tłukł go niemiłosiernie, jak to mówił „żeby wiedza szybciej wsiąkała do głowy”.

Czas tej straszliwej nauki ciągnął się niemiłosiernie. Kiedy miałem 22 lata mistrz wezwał mnie i pięciu innych uczniów do swojego gabinetu. Na jego twarzy malował się lekki, niemal uprzejmy uśmiech. Oznaczał on zwykle wysłanie jednego z uczniów na zadanie, z którego się nie powraca… W każdym razie nie żywym. Mag wygłosił kilka słów o niewątpliwym zaszczycie jaki nas spotkał i wręczył każdemu księgi, do których - od dawna zmuszani - przepisywaliśmy różne magiczne formuły zaklęć. Następnie wytłumaczył, że potrzebuje kilku zdolnych uczniów do odprawiania wzmacniających go rytuałów, które zamierza przeprowadzać podczas swej wędrówki po Wybrzeżu Mieczy. To zadanie miało być zwieńczeniem naszego długoletniego szkolenia. Mentor obiecał nawet wynagrodzić nas sporą sumą pieniędzy, którą mieliśmy się podzielić.

Któregoś dnia podróży – znośnej, by nie rzec przyjemnej – mijaliśmy jedną z licznych wiosek w pobliżu Wrót Baldura. Tam po raz kolejny poznałem na własnej skórze jedną z najgorszych cech magów - zachłanność . Przez całe swe życie chciałem służyć mej ojczyźnie i jej władcom, jednak niektóre niegodziwe czyny mych współbraci nigdy nie spotkały się ze zrozumieniem z mojej strony. Ot choćby fakt, że jeden z nich wykorzystał chwilkę mojej nieuwagi i jak sądzę, wzbogacił moją kolację o truciznę. Rankiem, kiedy mieliśmy już wyruszyć odkryłem, że nie mogę nawet kiwnąć palcem. Całe moje ciało było jak z kamienia! Czarodzieje popatrzyli na mnie ze zrozumieniem, jednak nie chcąc opóźniać podróży mistrza postanowili zostawić mnie aż wydobrzeję. Ostatnie słowa jakie od nich słyszałem były złośliwym rechotem i pocieszeniem: „Kiedyś na pewno uda ci się wrócić do Thay!”

Leżałem tak jeszcze co najmniej pół doby. Miałem sporo czasu na przemyślenia. Kiedy byłem już w stanie się ruszyć postanowiłem wracać do mojej ojczyzny okrężną drogą – w końcu co może być złego w zwiedzeniu kawałka świata? Wyspy, o których niegdyś czytałem w książkach, wydawały się kuszącą propozycją. Udałem się więc do miejsca, skąd najłatwiej byłoby rozpocząć moją podróż – portu we Wrotach Baldura. Tam wsiadłem na statek płynący na wyspę Aeris, o której w podręcznikach do geografii pojawiały się jedynie mgliste wzmianki.
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • latwa-kasiora.pev.pl