ďťż
[Wojownik] Vicho Cein


Bo człowiek głupi jest tak bez przyczyny

Konto: 4rch0n
Imię: Vicho Cein
Płeć: Męska
Rasa: Aasimar
Wiek: 236
Wyznanie: Hoar
Pochodzenie: Chessenta

Opis:
Widzisz wysokiego i postawnego mężczyznę, jego białe rozczochrane włosy sięgają prawie ramion zakrywając lekko uszy, na twarzy dostrzegasz zawiły tatuaż w kolorze jego, szaro błękitnych oczu. Posiada obojętny i zimny wyraz twarzy, od czasu do czasu nerwowo zerka w stronę nieba.

Historia:
-Hoar... -Imię wypowiedziane przez tajemniczego gościa rozbrzmiewało po okolicy.

- To od niego wszystko się zaczęło i to on wszystko skończył.

Ludzie w karczmie rozejrzeli się, nagle wszystkie oczy skierowane były w stronę tajemniczego mężczyzny o białych włosach, który podobno poczuł nagłą potrzebę, podzielenia się swoim losem, swoją historią, swoim życiem. Przysiadł na krześle, ponieważ wiedział, że trochę mu się zejdzie, a jako że swoim wyglądem wzbudzał zainteresowanie okolicznych gapiów w dość krótkim czasie zebrała się wokół niego mała gromadka. Po chwili namysłu zaczął powoli i z przekąsem:

- Tutejsi mówią mi Vicho Cein, raczej nie będę się zagłębiał dlaczego, jest to po prostu pewne zastępstwo dla imienia którego nikt by tutaj nie powtórzył, a tusz mógłby odmówić posłuszeństwa przy próbie jego spisania na kawałku pergaminu...-I tutaj urwał, zaczął wgapiać się w pobliską świecę otępiałym wzrokiem.- Jak ja marnie teraz wyglądam...- Wszyscy popatrzyli się po sobie, nie wiedząc o co mu chodzi, w końcu wyglądał normalnie i całkiem przyzwoicie, no może po za tym tatuażem na całej gębie.

Ktoś nie wytrzymał i powiedział mimo woli,- o co Ci chodzi? Wyglądasz na coś w okolicach trzydziestki! I ty jeszcze narzekasz zalewając się w smutkach?! Chłopie całe życie prze tobą! -Dobrze Goda!- odezwali się okoliczni. - Vicho przestał wpatrywać się w świece, na jego twarzy pojawił się jeszcze głębszy smutek, mimo to odpowiedział. - Trzydzieści?! Żeby życie było tak proste! Urodziłem się coś w okolicach 1159, wiecie ile daje to wiosen, ile nocy nieprzespanych? Grubo ponad dwieście. Co gorsza kiedyś nie byłem do końca człowiekiem, o nie, kiedyś było inaczej. - Ludziom oczy powiększyły się jak talary, a on kontynuował. -Już na samym wstępie powiedziałem to imię Hoar, to on zabrał mnie od rodziców gdy miałem może z cztery lata, jeszcze wtedy nikt nie miał pojęcia dlaczego, mieszkaliśmy chyba w Chessencie, przynajmniej taka wersja jest oficjalna, taką znam. Przeznaczenie? Pech? A może szczęście i fart? Zadaje sobie to pytanie od długiego czasu. Chyba nigdy nieprzestane się zastanawiać co by było gdyby... Ale nie było to takie złe na jakie wygląda, w końcu zapewnił mi godne warunki, żyć na dworze bóstw to było coś, wszystkiego pod dostatkiem. Zresztą nie tylko mnie, kompletował sobie coś w rodzaju gwardii przybocznej, zdaje mi się, że w obawie przed innymi bóstwami tej ziemi. Często próbował grać na lutni, ale zazwyczaj przypominało to wycie bawołów o poranku, oczywiście nikt nie śmiał zaprzeczyć jego boskiemu talentowi -Lekki uśmiech pojawił się na jego twarzy- przynajmniej poeci mogli liczyć na jego pomoc. Było nas dwudziestu, każdy w tym samym wieku, po piętnastu latach w pełni gotowi do służby u jego boku.

W końcu nadszedł czas, przed nami była tylko inicjacja, krótki sprawdzian wiary. Oczywiście nikt nam nie wspomniał co się stanie po teście, a działo się sporo... Jak wyglądał sam test niestety będę musiał przemilczeć. Tatuaż który widzicie to jedna z ‘pamiątek’ które otrzymaliśmy-Powiedział to z lekkim wyrzutem- Ale przestało nam to przeszkadzać po otrzymaniu pozostałych darów, długowieczności i skrzydeł...- w rogu sali roześmiał się gromko podpity staruszek ”Skrzydeł!!! Hi! Hi! Hi! Skrzydeł mu się zachciało!”, zawołał machając przy tym rękoma, ale mało kto zwracał na niego uwagę, a Vicho nie miał ochoty wdawać się w awantury, być może dobre wychowanie kazało mu puścić te słowa mimo uszu, więc nie kwapił się do pouczenia starszego pijaczka i zaczął kontynuować:

-A więc staliśmy się jego strażą, byliśmy bardzo dumni, w końcu inni zwykli ludzie mogli tylko marzyć o naszym zaszczycie. Byliśmy na każde jego zawołanie, zawsze mógł liczyć na naszą pomoc. Służba trwała przez prawie dwieście lat, jak się później okazało nie miał on zbyt wielu wrogów, dużo podróżował, my razem z nim, ale po kilku stoczonych bitwach okazaliśmy się zbędni.-i tu się trochę rozmarzył, westchnął- Ehh, co to były za bitwy, pojawialiśmy się znikąd, z zaskoczenia braliśmy wroga szturmem, opór był zbędny. Niestety, zbyt dużo wolnego czasu i zbyt małe doświadczenie w połączeniu z ogromną mocą poprzewracało wszystkim w głowach, zaczęły się waśnie i kłótnie, coś niedopuszczalnego na dworze Hoara. Wściekł się oj... A każdy wie, że zemsta to jego specjalność, padł na nas blady strach.- strużka potu spłynęła mu po skroni - To był chyba pierwszy i mam nadzieje ostatni jego wybuch w naszą stronę. Miał nas dość więc postanowił się pozbyć, urwał wszystkim skrzydła, na wszystkich czartów, co to był za ból, pozbawił większości mocy i rozrzucił po całej krainie. Oczywiście nie zawinili wszyscy... Mimo, że zdarzały się kłótnie, to były one znośne, stało się jednak coś co przepełniło czarę goryczy. W każdej rodzinie trafi się czarna owca. U nas była ich cała czwórka, a zachowywali się jak dzikie gęsi, wszędzie ich pełno, wszystkim podpadali. Trzymali się razem, mało rozmawiali z innymi. Nie wiem co im odbiło ale pewnej nocy postanowili przywłaszczyć sobie oszczep Hoara. To była zdrada! - Na sekundę w oczach Vicho zapłonął gniew, widać było, że mimo wszystko jest nadal wierny swojemu opiekunowi - Hoar oczywiście ocknął się w ostatnim momencie, a oszczep nosił zawsze przy sobie. W złości nie patrzył kto jest winien, kto próbował kraść, kto się tłumaczył, postanowił zakończyć istnienie straży, której i tak dawno nie używał w żadnym celu. Nie chciał na nas patrzeć, stracił zaufanie do wszystkich… Wszyscy odczuli jego gniew, ale nie zabił nas, nie wiem co jest gorsze, śmierć, czy życie bezsilnym na tej ubitej ziemi. Na szczęście rany szybko się zrosły, a on chyba zapomniał o swoich wiernych sługach. - Świeca w którą się wpatrywał nagle zgasła, wszyscy to widzieli, ale on starał się nie zwracać na to uwagi, mimo to jego twarz nabrała kamiennego spokoju, znikł z niej grymas, który go męczył od jakiegoś czasu.

Jeden ze słuchaczy zagadał-To znaczy, że teraz jesteście paladynem? Bo się trochę pogubiłem... - Powiedział z pełną przejęcia miną.

-Nie... -Odpowiedział bez namysłu - Nie, ponieważ, żeby być paladynem trzeba cały czas być w łasce swojego bóstwa, żeby mu służyć trzeba być pewnym tych łask, czy ja mógłbym być paladynem? Głosić, jego imię niczym kapłan, tylko trochę innymi sposobami krzewiąc wiarę? Może i miałbym szansę na to, ale nie jestem gotowy, nie jestem godny, jestem za słaby. Może kiedyś jeszcze o tym pomyśle... -Powiedział lekko zadumany, bawiąc się przy tym widelcem, który leżał wcześniej koło jego talerza-Kim jestem teraz?- zadał pytanie, chyba sam sobie- Załóżmy, że osobą która trzyma broń i jeszcze się nią nie skaleczyła, wojownikiem, najemnikiem? Już dawno przestało to dla mnie mieć jakiekolwiek znacznie.

Teraz nawet miecz inaczej w ręce leży. Życie dla mnie kiedyś łaskawe stało się ciężkie, moja niemoc mnie przytłacza, a świat bez skrzydeł już nie jest taki sam, stał się taki płaski , smutny. Niektórzy mówią, że wszystko przemija, mi pozostało wierzyć w te słowa, wierzyć że i gniew boga kiedyś minie, może już przeminął, że będę mógł liczyć chociaż kiedyś... na jego łaskę podczas bitwy, na pomoc w potrzebie. Za dużo słów tutaj padło, muszę już iść. Bywajcie! - Energicznym ruchem poderwał się z krzesła rozejrzał się po uśmiechniętych twarzach, domyślał się, że większość miała go za jakiegoś nadętego barda, bajarza, ale jemu było lżej, spadł ogromny ciężar z serca. Wyszedł z karczmy i udał się w bliżej nieokreślonym kierunku... Ku swojemu przeznaczeniu.


Akceptuję./color]
Mam pewne wątpliwości, ale...

Warunkowa Akceptacja.
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • latwa-kasiora.pev.pl