ďťż
Historie postaci


Bo człowiek głupi jest tak bez przyczyny

Witam zakładam ten temat dla wszystkich którzy lubia sie bawic w pisanie historii postaci a prowadzą juz jakas na serwerze chciałbym zeby zasady tu obowiazujace były takie jak na podforum dotyczacym tworzenia postaci pozdrawiam i czekam na ciekawe historie no i oczywscie w najblizszym czasie postaram sie zamiescic własna


Przygód kilka, przed przybyciem na Aeris. Nie było ich wiele, ale mam nadzieję, że spodobają się moje wypociny. Część pierwsza, zapraszam do lektury

„Żelazna Dziewica”

To był wietrzny wieczór. Jeden z takich, kiedy to najlepiej tylko siedzieć w karczmie przy kuflu dobrego piwa, trzasku płomieni w kominku oraz rubasznych dowcipach stałych bywalców knajpy. Zygfryd Lyonseph od kilku godzin siedział przy jednym ze stolików pijąc złocisty, pieniący się trunek, posilając się, rozmawiając z tymi, którzy zdecydowali się do niego dosiąść. Odkrył, że mógł czuć się w tym miejscu, jak u siebie w domu. Z uśmiechem obserwował Keiletha, okolicznego dokera, podszczypującego tutejszą dziewkę służebną, która, nawiasem mówiąc, wyglądała, jakby sama, gołymi rękoma mogła powalić dorosłego ogra. I w tym stwierdzeniu nie było krztyny przesady. Jednak, mimo panującej w tym miejscu, iście rodzinnej atmosfery, Zygfryd nie mógł zapomnieć, po co przybył do Zapuszczonej Tawerny. Ostatnio w całej Dzielnicy Doków, ginęły kurtyzany. Kobiety lekkich obyczajów, dziwki, ladacznice. Z powodu ich szczególnej profesji, niewielu z, tak zwanych, porządnych obywateli, zainteresowało się tą sprawą. Został wynajęty, jak zwykle, gdy straż miejska nie śpieszyła się ze śledztwem. Został wynajęty, by złapać winnego. Nie koniecznie żywego. Nie koniecznie całego.
Zygfryd dopił swoje piwo. Położył złotą monetę na blacie, po czym przysłonił ją kuflem. Wstał. Był większy niż zdecydowana większość mężczyzn, zatem od razu zwrócił na siebie uwagę. Uśmiechnął się miło, jak zwykle, chwycił swój spory miecz, stojący do tej pory oparty o ścianę. Schowany w pochwie, przypiętej do szerokiego pasa, nie wyglądał tak groźnie, jak w rzeczywistości, nie mniej wciąż robił wrażenie. Przewiesił pas przez plecy, zapiał go na piersi. Poprawił jeszcze tak, by rękojeść broni znajdowała się w zasięgu prawej ręki. Chwycił sporą, drewnianą tarczę, przewiesił ją przez drugie ramię. Machnąwszy ręką na pożegnanie, wyszedł z uśmiechem z ciepłego, zadymionego pomieszczenia, wprost na chłód portowej nocy. Wietrznej, jak diabli, nocy. Skręcił w prawo. Tak, by przez okna tawerny widać było jego rzucającą się w oczy, sylwetkę. Chciał, by wierzono, że odszedł w swoją stronę. Dom, inna knajpa, inne miasto, nie ważne. Żadne okna nie wychodziły na ciemny zaułek kilka metrów dalej. Wystarczyło wejść spokojnie za róg i oprzeć się o ścianę, by zniknąć całkowicie w cieniu, nie zależnie od rozmiarów. Zrobił, jak zaplanował. Wszystkie jego działania prowadziły do tego momentu. Wystarczyło już tylko czekać. Dotychczasowe śledztwo pozwoliło mu ustalić, że sprawca często bywał tej właśnie knajpie. Jak posiadł taką wiedzę? Czasem nie trzeba wiedzieć, o co się pyta, by otrzymać użyteczne informacje. Czasem w ogóle nie trzeba pytać, wystarczy posłuchać plotek. Cała tajemnica, to wiedzieć, gdzie. Żebracze Gniazdo, w brew pozorom, było prawdziwą skarbnicą wiedzy. Jeśli odsiać plew bzdur i bajań, od ziaren prawdopodobnych możliwości. W sprawdzaniu tych ostatnich bardzo użyteczni okazują się informatorzy. Dobrze opłaceni informatorzy, oczywiście. Tak oto, Zygfryd dowiedział się o tym miejscu. Nie miał, co prawda, całkowitej pewności, co do szczerości słów chciwego szczura, jakim był Vincent O'Clinnet, jednak od czegoś trzeba było zacząć. Zygfryd liczył na to, że sprawca, jeśli znajdował się w tym lokalu, po odczekaniu stosownej chwili, wyruszy ponownie na łowy.
Wiatr wiał, jakby ktoś w okolicy się powiesił. Bawił się okiennicami, niczym rozpieszczony hultaj, trzaskając nimi złośliwie. Zrywał plakaty i ogłoszenia ze słupów, ciała przechodniów wypełniał chłodem aż do szpiku kości. W tej zawierusze Zygfryd ledwo zdołał usłyszeć cichy, przeciągły gwizd.
Popełnił błąd. Wszedł do ciemnej alejki, nie sprawdziwszy jej uprzednio. Nikt, kto tak czyni, nie żyje długo. Takie jest okrutne prawo miasta. Jeśli popełniasz głupie błędy, musisz liczyć się z ich konsekwencjami. Zygfryd przypomniał sobie to stare, niepisane prawo dopiero teraz, kiedy ostrze cięło ze świstem powietrze tuż za nim. Miał szczęście. Napastnik musiał nie być zbyt dobrym szermierzem, dzięki czemu Zygfrydowi udało się uniknąć żelaznego płazu głaszczącego jego żebra.
-Co..? Kto to?! - Wyrwało się z jego ust. Właśnie się odwracał, by zobaczyć znacznie od siebie młodszego, zaniedbanego obdartusa. W jednej ręce trzymał niewielką siekierkę. To właśnie ta prymitywna broń omal nie pozbawiła Zygfryda oddechu. W drugiej ręce przeciwnik trzymał zwykły kuchenny nóż.
-Nieźle, całkiem nieźle! - Zaśmiał się młody. - Szybki jesteś, jak na takiego wielkoluda. I dobrze! Ubaw będzie po pachy!
Napastnik oparł ostrze siekierki tępą stroną o swe ramię. Wyprostował się dumnie, wykrzywił twarz w uśmiechu, który w jego mniemaniu powinien być straszny.
-Skoro pytasz, po wiem ci, kim jestem. Na imię mi Numer 56. - Zaśmiał się widząc skrzywienie na twarzy Zygfryda - Znaczy to mój pseudonim zawodowy. Mam też prawdziwe imię, ale gdybym ci je zdradził, umarłbyś ze strachu!
-To znaczy... - Zygfryd podrapał się po jasnej brodzie. - ...chcesz mnie zabić tak?
Numer 56 roześmiał się w głos i jeśli tym razem chciał, by po plecach Zygfryda przeszły ciarki, udało mu się.
-Oj tam od razu zabić - Odparł z szerokim uśmiechem - Porąbię cię na piękne kawałeczki. Spokojnie możesz zacząć krzyczeć.

C.D.N.
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • latwa-kasiora.pev.pl