Bo czĹowiek gĹupi jest tak bez przyczyny
Nazwa konta postaci: Sawpel
Nazwa postaci: Solarbeam Evrayn
Płeć postaci: Elf
Rasa postaci: Leśny elf
Wiek postaci: 126
Wyznanie postaci: Mogę prosić o pomoc w ustaleniu wyznania??
Pochodzenie postaci: Wealdath (Corwyl)
Charakter postaci: Praworządny zły
Urodziłem się w Corwyl, niewielkim mieście w centrum lasu Wealdath. Moja atara jest ostatnią elfką prastarego rodu leśnych elfów Evrayn. Mój atar, jeden za najpotężniejszych strażników lasu, zginął kilkadziesiąt yenrim temu, podczas obrony Corwylu. Z resztą, nie był on jedyną ofiarą, mój cały ród został wybity, a ja zostałem ostatnim jego potomkiem.
Moje hindoltelme było pełne wielu niespodzianek. Już od najmłodszych yenrin można było zobaczyć przejawy ukrytej we mnie mocy. Nie powinno to nikogo dziwić, wszak moja atara jako mówca przodków potrafiła używać magii, jednak miałem prawdziwy talent do przyzywania żywiołu ognia. Yenrin mijały mi na nauce i zabawie. Uwielbiałem wysłuchiwać opowieści o heroicznych wyczynach mych przodków i z każdym yen, gdzieś w środku mnie rosło pragnienie stania się bohaterem jednej z takich ballad. Bardzo często wyruszałem razem z Terellyjskimi rycerzami na wielodniowe, a czasem i tygodniowe lemie (czasem dawano mi było nawet podróżować na grzbiecie cooshee). Podczas nich chłonąłem wiedzę o otaczającym mnie świecie. Pragnąłem znać każdą nazwę i każdą właściwość wszelkich roślin jakie napotykaliśmy.
Gdy tylko podrosłem i obeznałem się z otaczającym mnie światem, zainteresowałem się się obiegiem życia w przyrodzie. Fascynowało mnie fakt, że rośliny rosną, swymi owocami dają przetrwanie nam, potem padają pod swym własnym ciężarem, dając miejsce nowym roślinom i drewno wszelkim mieszkańcom lasu.
Czas mijał, a ja rozwijałem swe wszystkie umiejętności. Uczyłem się okiełznywać mą wewnętrzną moc, kończyłem poznawać podstawy alchemii oraz starałem się zwiększać więź z mym drzewem narodzin. Było ono umiejscowione na samym skraju Corwylu, w miejscu nadzwyczaj pięknym ale i niebezpiecznym. Spędzałem wiele czasu starając się wyśpiewać je w porządany przeze mnie kształt.
Pewnego dnia gdy wracałem z domu przodków, zobaczyłem przebijający się przez korony drzew magiczny ogień faerie. To mogło oznaczać tylko jedno, wrogo nastawione istoty zbliżały się do Corwyl. Wszyscy quessir zaczęli wracać do domów i przygotowywać się do obrony. Nagle poczułem palący ból wewnątrz mnie. Nie mogąc zrozumieć jego źródła ruszyłem w kierunku mego drzewa. W miarę jak zbliżałem się, zaczynałem rozumieć co się dzieje. W oddali widziałem moje drzewo narodzin, MOJE DRZEWO!! stojące w ogniu. Żywioł trawił je z ogromną prędkością, do tego stopnia, że gdy dobiegłem, wszyscy gasili już tylko gorejące zgliszcza...
Jak później się dowiedziałem, grupa goblinów przekradła się pomiędzy patrolami i uderzyła na miasto. Co prawda było ich na tyle mało, że udało im się zniszczyć zaledwie jedno drzewo zanim zostały wybite, jednakże dla mnie był to olbrzymi cios. Przez następne kilka dni nie byłem w stanie dojść do siebie. Ma rozpacz była tak wielka, że zaczynałem nawet nienawidzić me umiejętności magiczne. Wtedy jednak przyszli do mnie quessir, których nie znałem. Przedstawiali się jako „wybrańcy drogi popiołu”. Zaciągnęli mnie na zgliszcza i pokazali, jak resztki mego drzewa dają życie nowo wschodzącym roślinom. Wytłumaczyli mi też, że żywioł tylko przyspieszył to co nieuniknione. Swymi opowieściami jednak, nie tylko podnieśli mnie na duchu. W skutek ich opowieści zrozumiałem jaką potęgą jest ma moc, a także pojąłem zbawienny wpływ życiodajnego zniszczenie, które płynie od naur. Dzięki nim, zaakceptowałem swój los i pokochałem moc ognia jaką dysponuję.
Niedługo potem nadeszła chwila nadania mi imienia. Zostałem nazwany Solarbeam, bym pamiętał nie tylko o pięknie, ale też o palącej mocy drzemiącej we mnie. Następnego dnia zadecydowałem, że też pragnę zostać „wybrańcem drogi popiołu”. Jednak, aby dokonać tego, musiałem nie tylko stać się potężniejszym, ale też wyruszyć w podróż by poznać inne rasy oraz świat poza Wealdath. Razem z kilkami innymi quessir pragnącymi powiększyć swa wiedzę, ruszyliśmy ku Waterdeep.
Nasza wyprawa obyła się bez większych problemów. Staraliśmy się omijać wszelkie niebezpieczeństwa i nie wchodzić w drogę innym. Gdy jednak przekroczyliśmy mury miasta, nasze drogi rozłączyły się. Moi bracia postanowili ruszyć dalej na północ, lecz ja postanowiłem popłynąć na wyspę Aeris, o której udało mi się usłyszeć wiele dobrego w miejscowej *zamyślił się przez chwilę* nazywacie to tawerną.
Wygląd: Jest to wysoki jak na swoją rasę elf o miedziano-zielonej skórze i długich brązowych włosach. Może się wręcz zdawać, że w głębi jego niebieskich oczu pali się ogień. Posiada bardzo zdecydowany krok, a każda wykonana przez niego czynność wygląda na dokładnie przemyślaną. Mówi dosyć szybko, a każda jego wypowiedź jest przesiąknięta charyzmą.
sam się prosiłeś Sawpel:
"Może się wręcz zdawać, że w głębi jego niebieskich oczu pali się ogień." nieco inwazyjne
"Moja atara jest ostatnią elfką prastarego rodu leśnych elfów Evrayn" tutaj zapewne Lythari poprosi Cię o żródło kanoniczne
Wyznanie hmmm w sumie można rzec że w swoisty nieco pokręcony sposób oddaje cześć naturze więc pasowałby chyba Rillifane Rallathil (patron Natury jak i samych leśnych elfów)
hmm charakter postaci. Miałbym pewne wątpliwości co do praworządnego złego. Bardziej mi historia postaci wygląda na charakter neutralny (praworządny neutralny? z racji opowiadania się za naturalnym cyklem życia i śmierci )
Nazwa konta postaci: Sawpel
Nazwa postaci: Solarbeam Evrayn
Płeć postaci: Elf
Rasa postaci: Leśny elf
Wiek postaci: 126
Wyznanie postaci: Rillifane Ralathir
Pochodzenie postaci: Wealdath (Corwyl)
Charakter postaci: Praworządny zły
Wygląd: Jest to wysoki jak na swoją rasę elf o miedziano-zielonej skórze i długich brązowych włosach oraz oczach koloru nieba. Posiada bardzo zdecydowany krok, a każda wykonana przez niego czynność wygląda na dokładnie przemyślaną. Mówi dosyć szybko, a każda jego wypowiedź jest przesiąknięta charyzmą.
Urodziłem się w Corwyl, niewielkim mieście w centrum lasu Wealdath. Moja atara jest ostatnią elfką prastarego rodu leśnych elfów Evrayn. Mój atar, jeden za najpotężniejszych strażników lasu, zginął kilkadziesiąt yenrim temu, podczas obrony Corwylu. Z resztą, nie był on jedyną ofiarą, mój cały ród został wybity, a ja zostałem ostatnim jego potomkiem.
Moje hindoltelme było pełne wielu niespodzianek. Już od najmłodszych yenrin można było zobaczyć przejawy ukrytej we mnie mocy. Nie powinno to nikogo dziwić, wszak moja atara jako mówca przodków potrafiła używać magii, jednak miałem prawdziwy talent do przyzywania żywiołu ognia. Yenrin mijały mi na nauce i zabawie. Uwielbiałem wysłuchiwać opowieści o heroicznych wyczynach mych przodków i z każdym yen, gdzieś w środku mnie rosło pragnienie stania się bohaterem jednej z takich ballad. Bardzo często wyruszałem razem z Terellyjskimi rycerzami na wielodniowe, a czasem i tygodniowe lemie (czasem dawano mi było nawet podróżować na grzbiecie cooshee). Podczas nich chłonąłem wiedzę o otaczającym mnie świecie. Pragnąłem znać każdą nazwę i każdą właściwość wszelkich roślin jakie napotykaliśmy.
Gdy tylko podrosłem i obeznałem się z otaczającym mnie światem, zainteresowałem się się obiegiem życia w przyrodzie. Fascynowało mnie fakt, że rośliny rosną, swymi owocami dają przetrwanie nam, potem padają pod swym własnym ciężarem, dając miejsce nowym roślinom i drewno wszelkim mieszkańcom lasu.
Czas mijał, a ja rozwijałem swe wszystkie umiejętności. Uczyłem się okiełznywać mą wewnętrzną moc, kończyłem poznawać podstawy alchemii oraz starałem się zwiększać więź z mym drzewem narodzin. Było ono umiejscowione na samym skraju Corwylu, w miejscu nadzwyczaj pięknym ale i niebezpiecznym. Spędzałem wiele czasu starając się wyśpiewać je w porządany przeze mnie kształt.
Pewnego dnia gdy wracałem z domu przodków, zobaczyłem przebijający się przez korony drzew magiczny ogień faerie. To mogło oznaczać tylko jedno, wrogo nastawione istoty zbliżały się do Corwyl. Wszyscy quessir zaczęli wracać do domów i przygotowywać się do obrony. Nagle poczułem palący ból wewnątrz mnie. Nie mogąc zrozumieć jego źródła ruszyłem w kierunku mego drzewa. W miarę jak zbliżałem się, zaczynałem rozumieć co się dzieje. W oddali widziałem moje drzewo narodzin, MOJE DRZEWO!! stojące w ogniu. Żywioł trawił je z ogromną prędkością, do tego stopnia, że gdy dobiegłem, wszyscy gasili już tylko gorejące zgliszcza...
Jak później się dowiedziałem, grupa goblinów przekradła się pomiędzy patrolami i uderzyła na miasto. Co prawda było ich na tyle mało, że udało im się zniszczyć zaledwie jedno drzewo zanim zostały wybite, jednakże dla mnie był to olbrzymi cios. Przez następne kilka dni nie byłem w stanie dojść do siebie. Ma rozpacz była tak wielka, że zaczynałem nawet nienawidzić me umiejętności magiczne. Wtedy jednak przyszli do mnie quessir, których nie znałem. Przedstawiali się jako „wybrańcy drogi popiołu”. Zaciągnęli mnie na zgliszcza i pokazali, jak resztki mego drzewa dają życie nowo wschodzącym roślinom. Wytłumaczyli mi też, że żywioł tylko przyspieszył to co nieuniknione. Swymi opowieściami jednak, nie tylko podnieśli mnie na duchu. W skutek ich nauk zrozumiałem jaką potęgą jest ma moc, a także pojąłem zbawienny wpływ życiodajnego zniszczenia, które płynie od naur. Po roku, dzięki nim, zaakceptowałem swój los i pokochałem moc ognia jaką dysponuję.
Niedługo potem nadeszła chwila nadania mi imienia. Zostałem nazwany Solarbeam, bym pamiętał nie tylko o pięknie, ale też o palącej mocy drzemiącej we mnie. Następnego dnia zadecydowałem, że też pragnę zostać „wybrańcem drogi popiołu”. Jednak, aby dokonać tego, musiałem nie tylko stać się potężniejszym, ale też wyruszyć w podróż by poznać inne rasy oraz świat poza Wealdath. Razem z kilkoma innymi quessir pragnącymi powiększyć swa wiedzę, ruszyliśmy ku Waterdeep.
Nasza wyprawa obyła się bez większych problemów. Staraliśmy się omijać wszelkie niebezpieczeństwa i nie wchodzić w drogę innym. Gdy jednak przekroczyliśmy mury miasta, nasze drogi rozłączyły się. Moi bracia postanowili ruszyć dalej na północ, lecz ja postanowiłem popłynąć na wyspę Aeris, o której udało mi się usłyszeć wiele dobrego w miejscowej *zamyślił się przez chwilę* nazywacie to tawerną.
1) Źródło kanoniczne "Corwyl. Village Of The Wood Elves"
2) Z tej same książeczki co powyżej, wynika że "Wybrańcy drogi popiołu" mają tylko zły charakter, więc założyłem że po indoktrynowaniu przez nich też stał się zły.
Wiadomo?? ukryta / Hidden messageWiadomość została ukryta, aby ją przeczytać należy odpowiedzieć w temacie.
Problem polega na tym, że Corwyl nie leży w Faerunie.
Wiadomo?? ukryta / Hidden messageWiadomość została ukryta, aby ją przeczytać należy odpowiedzieć w temacie.
Lands of Intrigue (ze strony Wizardsów) I Rasy Faerunu by ci się przydały.
Nazwa konta postaci: Sawpel
Nazwa postaci: Solarbeam
Płeć postaci: Elf
Rasa postaci: Leśny elf
Wiek postaci: 126
Wyznanie postaci: Kossuth
Pochodzenie postaci: Las Tethir
Charakter postaci: Praworządny neutralny
Urodziłem się w niewielkiej osadzie w centrum lasu Wealdath. Moja atara jest jest jedną z najstarszych druidek w naszej społeczności. Mój atar, był jednym z potężniejszych strażników lasu, zginął jednak kilka yenrim po mych narodzinach, podczas obrony naszej małej społeczności przed ludźmi. Z resztą, nie był on jedyną ofiarą, wielu poległo ale dzięki nim my żyjemy dalej.
Moje hindoltelme było pełne wielu niespodzianek. Już od najmłodszych yenrin można było zobaczyć przejawy ukrytej we mnie mocy. Nie powinno to nikogo dziwić, wszak moja atara jako służka natury potrafiła używać magii, jednak ja miałem talent do innego rodzaju magii. Szczególnie łatwo potrafiłem przyzywać żywioł ognia, przez co nie byłem zbyt popularny. Yenrin mijały mi na nauce i zabawie. Uwielbiałem wysłuchiwać opowieści o heroicznych wyczynach mych przodków i z każdym yen, gdzieś w środku mnie rosło pragnienie stania się bohaterem jednej z takich ballad. Bardzo często wyruszałem razem ze strażnikami lasu na wielodniowe, a czasem i tygodniowe lemie (czasem dawano mi było nawet podróżować na grzbiecie pumy). Podczas nich chłonąłem wiedzę o otaczającym mnie świecie. Pragnąłem znać każdą nazwę i każdą właściwość wszelkich roślin jakie napotykaliśmy.
Gdy tylko podrosłem i obeznałem się z otaczającym mnie światem, zainteresowałem się obiegiem życia w przyrodzie. Fascynował mnie fakt, że rośliny rosną, swymi owocami dają przetrwanie nam, potem padają pod swym własnym ciężarem, dając miejsce nowym roślinom i drewno wszelkim mieszkańcom lasu. Czas mijał, a ja rozwijałem swe umiejętności. Uczyłem się tłumić mą wewnętrzną moc, która powoli zaczynała wymykać się spod kontroli oraz kończyłem poznawać podstawy alchemii.
Pewnego dnia gdy wracałem z poszukiwania jagód, zobaczyłem przebijający się przez korony drzew magiczny ogień faerie. To mogło oznaczać tylko jedno, wrogo nastawione istoty zbliżały się do nas. Większość quessir zaczęła przygotowywać się do obrony, jednak nie ja. Młodzieńcza głupota przyćmiły rozsądek i postanowiłem razem z kilkoma wojownikami stawić czoła napastnikom. Gdy dotarłem na miejsce zobaczyłem, iż grupa goblinów przekradła się pomiędzy patrolami i postanowiła uderzyć na naszą osadę. Nie było ich wiele, lecz walczyli niezwykle zacieńczo. Czując wzbierające we mnie podniecenie postanowiłem użyć swych mocy by raz na zawsze pokazać mym braciom i siostrom, że ma moc jest darem, a nie przekleństwem. Skupiłem swą całą uwagę na biegnącym obok goblinie, po czym z mych dłoni wyleciała fala ognia zapalająca wszystko prócz goblina, który w tym momencie zdał sobie sprawę, że na pewno będę łatwiejszym przeciwnikiem niż ktokolwiek inny. Gdy tylko ruszył w moim kierunku, postanowiłem raz jeszcze użyć magii, lecz widząc pożar jaki wywołał mój poprzedni atak, nie skupiłem się wystarczająco i jedynie zmarnowałem czas, który mogłem wykorzystać na ucieczkę. Goblin był niezwykle doświadczony w boju, gdyż kilkoma zwinnymi susami doskoczył do mnie i oszołomił mnie silnym rzutem swej pałki.
Nie wiem jak długo byłem nieprzytomny, jednakże gdy otworzyłem oczy leżałem w samym środku zgliszcza. Wokół mnie leżały zwęglone drzewa, a ziemię pokrywał mokry popiół. Nagle zdałem sobie sprawę, że kilka metrów dalej stoi moja atara. Podeszła do mnie i w kilku zdaniach wytłumaczyła mi, że jeśli szybko nie odejdę reszta quessir zlinczuje mnie za moją zbrodnię. Dała mi na drogę torbę z jedzeniem i pomogła mi się ukryć za pomocą magii. Uciekałem najszybciej jak potrafiłem, a z każdym krokiem rosła we mnie nienawiść do mojej mocy, a także tych przez których musiałem odejść. Po kilku dniach wędrówki w stronę Wealdath spotkałem innych quessir. Okazało się, że wieści rozchodzą się nie zwykle szybko, a oni w mgnieniu oka zdali sobie sprawę, że to ja jestem tym spaczonym przez moc ognia. Wbrew moim oczekiwaniom, jendak wcale nie chcieli zrobić mi krzywdy. Przedstawili się jako „wybrańcy drogi popiołu”. Przez wiele godzin wędrówki, przekonali mnie, iż ogień nie niszczy, lecz daje życie. Wytłumaczyli mi też, że żywioł tylko przyspieszył to co nieuniknione. Swymi opowieściami, bardzo podnieśli mnie na duchu.
Bardzo zaciekawiły mnie ich opowiadania oraz stosunek do życia i śmierci. Poszedłem więc za ich radą i zacząłem podróżować razem z nimi. Jak się później okazało, byli niezwykle potężnymi magami, ogień był posłuszny ich rozkazom, a wszelkie dzikie stworzenia trzymały się od nas z daleka. Po kilku yenrim nauk zrozumiałem jaką potęgą jest ma moc, a także pojąłem zbawienny wpływ życiodajnego zniszczenia, które płynie od naur. Opowiedzieli mi też o niezwykłym bogu, który według nich jest czystym ogniem. To w jego imię „oczyszczali” świat ze zła Spopielając swych przeciwników. Dzięki nim, zaakceptowałem swój los i pokochałem moc ognia jaką dysponuję.
Pewnego dnia zadecydowałem, aby także zostać „wybrańcem drogi popiołu”. Quessir wyraźnie uradowane z mojej decyzji wytłumaczyli mi, że aby dokonać tego, muszę nie tylko stać się potężniejszy, ale też wyruszyć w podróż by poznać inne rasy oraz świat poza Wealdath. Jako, iż był to nowy etap w moim życiu otrzymałem nowe imię. Zostałem nazwany Solarbeam, bym pamiętał nie tylko o pięknie otaczającego mnie świata, ale też o palącej mocy drzemiącej we mnie. Po tym wydarzeniu ruszyliśmy ku Waterdeep.
Nasza wyprawa obyła się bez większych problemów. Staraliśmy się nie wzbudzać ciekawości oraz nie wchodzić w drogę innym. Gdy jednak przekroczyliśmy mury miasta, dowiedziałem się, że w tym miejscu nasze drogi rozchodzą się. Moi bracia musieli ruszyć dalej na północ, a ja postanowiłem popłynąć na wyspę Aeris, o której udało mi się usłyszeć wiele dobrego w miejscowej *zamyślił się przez chwilę* nazywacie to tawerną.
Warunkowo akceptuję
Warunkowo akceptuję, ale wrzuć jeszcze wszystko do jednego postu wraz z opisem wyglądu postaci.
Nazwa konta postaci: Sawpel
Nazwa postaci: Solarbeam
Płeć postaci: Elf
Rasa postaci: Leśny elf
Wiek postaci: 126
Wyznanie postaci: Kossuth
Pochodzenie postaci: Las Tethyr
Charakter postaci: Praworządny neutralny
Wygląd: Jest to wysoki jak na swoją rasę elf o miedziano-zielonej skórze, długich brązowych włosach oraz oczach koloru nieba. Posiada bardzo zdecydowany krok, każda wykonana przez niego czynność wygląda na dokładnie przemyślaną. Mówi dosyć szybko, a każda jego wypowiedź jest przesiąknięta charyzmą.
Urodziłem się w niewielkiej osadzie w centrum lasu Wealdath. Moja atara jest jest jedną z najstarszych druidek w naszej społeczności. Mój atar, był jednym z potężniejszych strażników lasu, zginął jednak kilka yenrim po mych narodzinach, podczas obrony naszej małej społeczności przed ludźmi. Z resztą, nie był on jedyną ofiarą, wielu poległo ale dzięki nim my żyjemy dalej.
Moje hindoltelme było pełne wielu niespodzianek. Już od najmłodszych yenrin można było zobaczyć przejawy ukrytej we mnie mocy. Nie powinno to nikogo dziwić, wszak moja atara jako służka natury potrafiła używać magii, jednak ja miałem talent do innego rodzaju magii. Szczególnie łatwo potrafiłem przyzywać żywioł ognia, przez co nie byłem zbyt popularny. Yenrin mijały mi na nauce i zabawie. Uwielbiałem wysłuchiwać opowieści o heroicznych wyczynach mych przodków i z każdym yen, gdzieś w środku mnie rosło pragnienie stania się bohaterem jednej z takich ballad. Bardzo często wyruszałem razem ze strażnikami lasu na wielodniowe, a czasem i tygodniowe lemie (czasem dawano mi było nawet podróżować na grzbiecie pumy). Podczas nich chłonąłem wiedzę o otaczającym mnie świecie. Pragnąłem znać każdą nazwę i każdą właściwość wszelkich roślin jakie napotykaliśmy.
Gdy tylko podrosłem i obeznałem się z otaczającym mnie światem, zainteresowałem się obiegiem życia w przyrodzie. Fascynował mnie fakt, że rośliny rosną, swymi owocami dają przetrwanie nam, potem padają pod swym własnym ciężarem, dając miejsce nowym roślinom i drewno wszelkim mieszkańcom lasu. Czas mijał, a ja rozwijałem swe umiejętności. Uczyłem się tłumić mą wewnętrzną moc, która powoli zaczynała wymykać się spod kontroli oraz kończyłem poznawać podstawy alchemii.
Pewnego dnia gdy wracałem z poszukiwania jagód, zobaczyłem przebijający się przez korony drzew magiczny ogień faerie. To mogło oznaczać tylko jedno, wrogo nastawione istoty zbliżały się do nas. Większość quessir zaczęła przygotowywać się do obrony, jednak nie ja. Młodzieńcza głupota przyćmiły rozsądek i postanowiłem razem z kilkoma wojownikami stawić czoła napastnikom. Gdy dotarłem na miejsce zobaczyłem, iż grupa goblinów przekradła się pomiędzy patrolami i postanowiła uderzyć na naszą osadę. Nie było ich wiele, lecz walczyli niezwykle zacieńczo. Czując wzbierające we mnie podniecenie postanowiłem użyć swych mocy by raz na zawsze pokazać mym braciom i siostrom, że ma moc jest darem, a nie przekleństwem. Skupiłem swą całą uwagę na biegnącym obok goblinie, po czym z mych dłoni wyleciała fala ognia zapalająca wszystko prócz goblina, który w tym momencie zdał sobie sprawę, że na pewno będę łatwiejszym przeciwnikiem niż ktokolwiek inny. Gdy tylko ruszył w moim kierunku, postanowiłem raz jeszcze użyć magii, lecz widząc pożar jaki wywołał mój poprzedni atak, nie skupiłem się wystarczająco i jedynie zmarnowałem czas, który mogłem wykorzystać na ucieczkę. Goblin był niezwykle doświadczony w boju, gdyż kilkoma zwinnymi susami doskoczył do mnie i oszołomił mnie silnym rzutem swej pałki.
Nie wiem jak długo byłem nieprzytomny, jednakże gdy otworzyłem oczy leżałem w samym środku zgliszcza. Wokół mnie leżały zwęglone drzewa, a ziemię pokrywał mokry popiół. Nagle zdałem sobie sprawę, że kilka metrów dalej stoi moja atara. Podeszła do mnie i w kilku zdaniach wytłumaczyła mi, że jeśli szybko nie odejdę reszta quessir zlinczuje mnie za moją zbrodnię. Dała mi na drogę torbę z jedzeniem i pomogła mi się ukryć za pomocą magii. Uciekałem najszybciej jak potrafiłem, a z każdym krokiem rosła we mnie nienawiść do mojej mocy, a także tych przez których musiałem odejść. Po kilku dniach wędrówki w stronę Wealdath spotkałem innych quessir. Okazało się, że wieści rozchodzą się nie zwykle szybko, a oni w mgnieniu oka zdali sobie sprawę, że to ja jestem tym spaczonym przez moc ognia. Wbrew moim oczekiwaniom, jendak wcale nie chcieli zrobić mi krzywdy. Przedstawili się jako „wybrańcy drogi popiołu”. Przez wiele godzin wędrówki, przekonali mnie, iż ogień nie niszczy, lecz daje życie. Wytłumaczyli mi też, że żywioł tylko przyspieszył to co nieuniknione. Swymi opowieściami, bardzo podnieśli mnie na duchu.
Bardzo zaciekawiły mnie ich opowiadania oraz stosunek do życia i śmierci. Poszedłem więc za ich radą i zacząłem podróżować razem z nimi. Jak się później okazało, byli niezwykle potężnymi magami, ogień był posłuszny ich rozkazom, a wszelkie dzikie stworzenia trzymały się od nas z daleka. Po kilku yenrim nauk zrozumiałem jaką potęgą jest ma moc, a także pojąłem zbawienny wpływ życiodajnego zniszczenia, które płynie od naur. Opowiedzieli mi też o niezwykłym bogu, który według nich jest czystym ogniem. To w jego imię „oczyszczali” świat ze zła Spopielając swych przeciwników. Dzięki nim, zaakceptowałem swój los i pokochałem moc ognia jaką dysponuję.
Pewnego dnia zadecydowałem, aby także zostać „wybrańcem drogi popiołu”. Quessir wyraźnie uradowane z mojej decyzji wytłumaczyli mi, że aby dokonać tego, muszę nie tylko stać się potężniejszy, ale też wyruszyć w podróż by poznać inne rasy oraz świat poza Wealdath. Jako, iż był to nowy etap w moim życiu otrzymałem nowe imię. Zostałem nazwany Solarbeam, bym pamiętał nie tylko o pięknie otaczającego mnie świata, ale też o palącej mocy drzemiącej we mnie. Po tym wydarzeniu ruszyliśmy ku Waterdeep.
Nasza wyprawa obyła się bez większych problemów. Staraliśmy się nie wzbudzać ciekawości oraz nie wchodzić w drogę innym. Gdy jednak przekroczyliśmy mury miasta, dowiedziałem się, że w tym miejscu nasze drogi rozchodzą się. Moi bracia musieli ruszyć dalej na północ, a ja postanowiłem popłynąć na wyspę Aeris, o której udało mi się usłyszeć wiele dobrego w miejscowej *zamyślił się przez chwilę* nazywacie to tawerną.
Darmowy hosting zapewnia PRV.PL