ďťż
Bliźniacze Ostrza


Bo człowiek głupi jest tak bez przyczyny

Agenor Lal, pośrednik w handlu informacjami skrzywił się mocno. Co prawda za same negocjacje miał obiecane kilkadziesiąt sztuk złota, ale miał nadzieję, że najemnicy nie będą tak twardzi w negocjacjach. Sam dostał kilka godzin wcześniej propozycję nie do odrzucenia, albo pomoże Cienistym Złodziejom pozbyć się tych najemników z miasta, albo też będzie musiał dołączyć do żołnierskiej ciżby mającej walczyć z władcami Murann.
Zwykle wynająłby inną grupę zabijaków, aby zajęli się Bliźniaczymi Ostrzami jak nazwała siebie dziwaczna kompania najemników, ale tym razem było to niemożliwe. Pamiętał dokładnie co spotkało tych, którzy śmieli pokrzyżować szyki tym, którym sprzyjała Shar. Nie było bowiem tajemnicą, że sam Sahbuti Shanaranda udzielał rad przynajmniej niektórym spośród Ostrzy.

Jego zleceniodawcy byli zdesperowani, co prawda żaden złodziej nie należał do kościoła Chauntei, ale zaraza, która zabiła jej kapłanów w mieście określanym jako spichlerz Amnu, była im co najmniej nie na rękę. Najpierw zaraza, później secesja Riatavinu, na dodatek Sythillis - potęga Cienistych Złodziei waliła się na łeb, na szyję. Ale nie mieli oni zamiaru dzielić się nią bez walki z kościołem Shar.

- Po 150 sztuk złota dla każdego - powiedział zaklinaczowi, który wydawał się być przywódcą grupy. - To dość na podróż do Waterdeep, Calimportu czy innego dużego miasta, jeśli nie znajdziecie pracy w Crimmorze.

Crimmor był miastem karawan, a w dzisiejszych, niespokojnych czasach to najemnicy dyktowali ceny karawaniarzom. Agenor Lal miał nadzieję, że perspektywa wysokich zarobków w zamian za opuszczenie miasta, które mogło już wkrótce znaleźć się w strefie wojennej, okaże się kusząca. Blefował, nie wiedząc czy kościół Shar przypadkiem nie zlecił im jakiejś misji w okolicy.

- Zgoda - usłyszał w odpowiedzi. - Wyjedziemy jak tylko dostaniemy nasze pieniądze.

Lal oddetchnął z ulgą.

Przed zachodem słońca, Bliźniacze Ostrza opuściły miasto udając się w kierunku Crimmoru.


---

Bliźniacze Ostrza to dość świeża kompania najemników, utworzona przed kilkoma miesiącami podczas ewakuacji Murann. Jej głównym zleceniodawcą, a także sponsorem był w tym czasie kościół Shar, do którego należało przynajmniej dwu członków Ostrz.
Okazali się być grupą dość niebezpieczną i konsekwentnie eliminującą swoich przeciwników. Na tyle skuteczną oraz bezwzględną, że Cieniści Złodzieje zaczęli uważać ich za potencjalne, acz niewielkie zagrożenie.

Członkami Bliźniaczych Ostrz są:

- Angmar Dur (Valgav), księżycowy elf zaklinacz, związany z religią Shar
- Avelyn Tur'amath (Ankur), półdrow łowca
- Bashir al-Saeed (Tasior), caliszycki wojownik
- Mehelhteb z Helsbarg (Skaylay), sembijski kapłan Shar
- Taris Zielonooki (IceLevian), łotrzyk ze środkowego Faerunu

---

Zasady:

bard i łowca - umiejętności i kości postaci według D&D 3.0, niektóre cechy klas według 3.5
umiejętności: wróżenie, czytanie z ruchu warg - wyrzucone z gry
wyczucie kierunku, tajniki dziczy - zamienione w jedną - "orientacja w terenie (Rzt)"
półsłówka - zamienione w umiejętność - "wiedza (organizacje przestępcze) (Int)"
alchemia - jest rzemiosłem na zasadach D&D 3.5

Więcej grzechów - nie przypominam sobie. Obowiązują zasady z głównych podręczników, wszystkich dotyczących Faerunu, Księgi przygód epickich.

Take10=możliwa w standardowych sytuacjach.
Take20=wymaga zastosowania odpowiedniego rzutu.

Akcje.
Rzuty.
Zmiana statusu postaci, złota, przedmiotów itp.
Zaklęcia.

OC: wszelkie sprawy off-topicowe, pytania itp. - zaczynamy od tego znaku.

Historię, umiejętności itp. - ujawniacie w zależności od własnych chęci.


Alturiak 22, Rok Milczącej Harfy, Zmierzch.

Drużyna zatrzymala się przy brodzie na małej rzeczce. Gdzieś za wzgórzem były zamykane na noc bramy Crimmoru. Jeźdźcy zsiedli z koni, nawet kapłan raczył się ruszyć z dwukółki. Wierzchowce natychmiast podeszły w kierunku wody. Wprawdzie ta zima w Amnie nie była ani zbyt ciepla, a śnieg leżał tylko na niedostępnych szczytach gór, ale wiejący od strony lądu wiatr unoszący brązowawą zawiesinę był dość nieprzyjemnym doznaniem zarówno dla jeźdźców jak i dla ich koni.

Do obozowisk otaczających zwykle Crimmor pozostało ledwie kilka mil, ale nie było szans na dotarcie do nich przed zbliżającą się nocą. Na dodatek ostatnią przydrożną karczmę zostawili już szmat drogi za sobą...


OC: Kampanię ogłaszam za otwartą.
Elf zsunął z wolna kaptur, spod którego ukazał się kruczoczarny irokez. Wsunął dłonie w rękawy swej powłuczystej szaty i niczym śmierć odziana w czerń stał obserwując okolicę. Po dłuższej chwili, rzekł spokojnym głosem: Trzeba nam obozu na noc. Po czym wrócił do swej zadumy.
Taris usiadł na ziemi i jak to miał w swoim zwyczaju wyjął i zaczął czyścić swoją broń. Mimo, że były nieużywane i czyste. Poprostu to lubił. Czarne włosy przysłaniały, mu troche oczy, ale najwidoczniej nie robiło mu to różnicy. Po chwili ostrzenia i czyszczenia na glanc, wstał, schował broń i powolutku poszedł po drzewo na ogień. Nigdy nie przepadał za ogniem, nie widział co ludzi tak kręci w patrzeniu na te ogniki, ale nic nie szkodzi posiedzieć przy ciepełku.


W pobliżu rzeczki rosną nieliczne drzewa, znajduje się trochę suchych konarów i gałęzi. Wystarczająca do zebrania chrustu na ognisko.
No to będzie ognisko. pomyślał. Wrócił z chrustem do obozu i położył na środku.
-Moja robota załatwiona. Mamy drzewka.- mówił jakby do siebie, a zarazem tak, by każdy usłyszał. Odwrócił się w kierunku zaklinacza.
-Zaklinacz, rozpalisz?- po czym wziął kawałek trawki włożył sobie do ust i kładąc się na ziemi, zaczął obserwować gwiazdy. Ten spokój mu się nie podobał. Woli miasto, gdzie go napadnie banda zbirów, a nie rzeczkę, gdzie może go napaść jakaś jaszczura.

Właśnie takie noce Avelyn Tur'amarth lubił najbardziej - noce spędzone pod gołym niebem z dala od cywilizacji, gdzie jedynym dźwiękiem zakłócającym ciszę i spokój był szum rzeki. Nie przeszkadzał mu nawet chłodny wiatr.

Był on dość wysoki jak na przedstawiciela swej rasy. Łagodne, specyficzne rysy twarzy i para spiczastych uszu wyraźnie wskazywały na jego elfie pochodzenie. Mężczyzna był jednak pół-elfem, o czym świadczyła zadbana, dobrze przystrzyżona broda. Od razu rzucała się jednak w oczy gładka, mahoniowa skóra mężczyzny i długie, śnieżnobiałe włosy sięgające ramion i związane częściowo z tyłu głowy. Avelyn był pół-drowem. Nic więc dziwnego, że niezbyt lubił przebywać w miejscach zamieszkanych przez cywilizowane rasy, choć w swoim fachu raczej nie mógł tego uniknąć.

Pół-elf zwinnie zeskoczył z wierzchowca, klepiąc go po karku i mrucząc coś w stylu Dobra robota, po czym wyprostował się i rozejrzał po otoczeniu swymi lśniącymi, fioletowymi oczami. Przytaknął jedynie wolno głową, gdy Angmar zaproponował rozbicie obozu. Dopiero, gdy upewnił się, że w okolicy nie ma nikogo innego poza członkami Ostrzy, zsunął z głowy głęboki kaptur i odetchnął z wyraźną ulgą.


Zauważanie. Rezultat - brak ludzi i zwierząt.

Przysiadł się do leżącego na ziemi Tarisa, zdejmując z pleców długi refleksyjny łuk i kładąc go w zasięgu dłoni, po czym zabrał się za rozpalanie ogniska. Robiąc to, przyjrzał się uważnie swoim towarzyszom i po raz kolejny zastanowił, czemu zdecydował się podróżować z tą drużyną. Nie wszyscy z nich byli prawymi, dobrymi osobami, z jakimi niegdyś podróżował. Mężczyzna odruchowo potarł podłużną, niezbyt rzucającą się w oczy bliznę przechodzącą przez prawe oko i uśmiechnął się ponuro, a w jego oczach na moment pojawił się błysk cierpienia. Nie, Bliźniacze Ostrza zdecydowanie nie przypominały grupy, z którą niegdyś podróżował. Musiał jednak przyznać, że mimo tego lubił spędzać czas z członkami tej dziwnej grupy. Potrząsnął głową, odpędzając od siebie te myśli, i skupił się na rozpaleniu ogniska.

Avelyn zwykle był czujny, wiedział jednak, że jego wierna przyjaciółka Aenahyth, leopardzica podróżująca z nim już od dłuższego czasu, czuwa nad ich bezpieczeństwem. Dlatego, gdy tylko ognisko zapłonęło, pół-drow usiadł blisko niego, wpatrując się w płomienie, i pogrążył w rozmyślaniach.

Z wyraźną niechęcią zabrał się za rozpalanie ognia, gdy mu się to już udało odsunął się kawałek by ocenić swoje dzieło. Usiadł w wygodnej pozycji, popił łyk z bukłaku i począł wpatrywać się w ogień. Ten spokojny tańczący płomień. Lubił to uczucie, lubiał takie spokojne noce, gdy świat zdawał się być tak odległy, a płomień skacze zręcznie po drwach...

Zlazłszy z dwukółki odwiązał Bene i Ker po czym podprowadził je ku wodopojowi, gdzie przysiadł na dłuższą chwilę. Na krótko po tym, jak roztańczone cienie wybiły na łokcie od ogniska Mehel ruszył ku zbiorowisku.

-Dość szybko było po ugodzie. – Cichym głosem odparł w stronę Angmara. –Ostatnio jakbyś opadł na siłach jako negocjator, nie sądzisz? Zresztą nie ważne. Złoto się przyda.

Mehelhteb to człowiek o drobnej posturze, skrywającej się zwykle pod metalem ciężkiego, solidnego pancerza. Przewiązka, jak i reszta odzienia leży mieszając swe barwy purpury, szarej bieli i wyblakłego brązu. Dziś, zresztą jak i co dzień Mehel wygląda jakby na nieobecnego, zresztą jego zewnętrzna cisza i wyblakłe emocje rzadko ustępują z ogólnego wizerunku. Nawet ciemne jak węgiel włosy i oczy zdają się być pozbawione ochoty.

Widocznie coś trapiło jego myśli, już od samego rana wżerając się we znaki. -Całe szczęście, że się wynieśliśmy. –Pokiwał głową parę razy. -Wrogie miasto, takie nędzne, pyszne. Ciekawi mnie tylko jak długo będzie trzeba czekać, by dowiedzieć się co nas omija.

Nie tracąc ani krzty chwili więcej zdjął z wozu koc i rozłożył na ziemi zaraz obok, zdjął niewygodne elementy pancerza układając je na krańcu koca. Zostawiając na sobie ledwo przeszywkę pikowaną, łuskę hełmu bez zasłony i jedną rękawice; zabrał opasłą księgę i ruszył na stronę. Przysiadł, mamrocząc, poza łuną ognia, jednak starając się zostać w zasięgu wzroku. Klęknął odchylając się do tyłu, po czym z zamkniętymi oczyma, ściskając księgę zamilkł.

-Nadal tu jesteś? –Otworzył oczy obracając głowę w stronę księżyca. Po chwili położył się na plecach i otwartą księgą osłonił się od blasku księżyca w nieprzerwanej ciemności szepcąc wersety księgi. Brak światła nie utrudniał zbytnio cichego monologu, wszak księgę tę znał już niemalże na pamięć.

Po koło godzinie przerwał ciągnąc z cicha w myślach, oraz drobno ruszając ustami. – Cień nam sprzyja, oby sprzyjał i jutro i na wieki.


Akcja: Codzienna modlitwa - odświeżenie zaklęć.

Wstał, ściskając w ręku drobny purpurowy dysk, ruszył w stronę koca przy ognisku, po czym zaległ jeszcze przez chwile, tak dla odmiany, skupiając się na towarzyszach.
Althuriak 22, Rok Milczącej Harfy, wieczór.

Na wieczornym niebie pojawiła się Selune i jej Łzy. Zanosi się na pogodną, chłodną noc. Angmar Dur odczuwa dziwny niepokój. Jego elfie zmysły odbierają, że coś tutaj jest nie w porządku.
Zaklinacz zdawał się być nazbyt czujny, jakby przeczuwał, że coś zburzy ten spokój. Przez cały wieczór prawie nic nie powiedział, wciąż tylko wpatrywał się w ogień jakby szukał w nim odpowiedzi. Starał się skoncentrować w maksymalny sposób. Po pewnym czasię zamknął oczy i rozpoczął medytacje wędrując umysłem gdzieś w głąb samego siebie...
Taris wstał z ziemi i przetarł swoje zielone poczym niebieskie oko. Otrzypał swoją czarną koszule kolczą i czarne spodnie obszyte masą kieszeni, poprawił pas ze srebrnym oznaczeniem Tymory i poszedł usiąść przy samym ognisku. Wyjął swoje dwa krótkie miecze i narysował na ziemi symbol Tymory, po czym wyszeptał modlitwe, składającą się z paru zdań i zmazał znak.
-Więc pora na sen, ale potrzebny nam ktoś na czaty.- mówiąc to rozejrzał się po obozowisku. Wyjął trawkę z ust i wymienił na nową. Podzsedł do swojego konia który wciąż stał sobie przy wodzie. Wziął wszystko co potrzebne w tej sytuacji, by iść spać.
Położył wszystko niedaleko ogniska i bacznie przeleciał swymi oczyma po mroku w koło sprawdzając czy oby napewno są sami. Widział jak wcześniej inni zerkali w cień szukając niewidocznego, ale nie wierzył w zmysły inne niż swoje.

Obserwując zbiorowisko milczków z chwili na chwile walczył z coraz widoczniejszym uśmiechem. Zatarł nosa podnosząc się, po czym ruszył w stronę wodopoju, gdzie obtarł twarz i ręce i zabrawszy wierzchowców podprowadził pod dwukółkę uwiązując na noc.

-Jeśli to wszystko co macie do powiedzenia na dzisiaj. -Popatrzył po każdym. -To się położę.

Ułożywszy się na kocu okrył wolną częścią stopy i nogi.. i głowę by nie widzieć nieba.

Bashir al-Saeed zawsze czujny po rozejrzeniu się po okolicy usiadł na skraju ogniska układając broń tak by w razie czego była pod ręką.
-Oby noc przebiegła spokojnie. Ja idę się położyć
Dla upewnienia obejrzał się jeszcze raz na wszystkie strony a następnie ułożył się do snu

-Mówiąc, że ktoś ma pozostać na czatach, nie miałem na myśli siebie- powiedział Taris, do towarzyszy, którzy jeszcze nie poszli spać. Rozłożył posłanie, który leżało zwinięte w kłębek pod jego stopami. Położył się i położył obok swoje miecze, na wszelki wypadek. Podniusł głowę i zwrócił się do jeszcze nie śpiących.
-Jak niewiecie kto ma czatować to zagrajcie w jakąś grę... może kości.- i z uśmiechem poszedł spać.

Elf wyrwał się z zadumy. Spojrzał po zasypiających po czym na ostatniego siedzącego i rzekł: śpij ja czuwam.... Widać było, że było mu to nawet na rękę. Usiadł wygodnie pod drzewem i wysunął z pochwy na plecaach długi miecz i począł przecierać jego srebrzyste zdobione ostrze od czasu do czasu ppoijając z bukłaka w lekko nerwowy sposób...
- Nie martwcie się, Aenahyth przypilnuje nas tej nocy. - rzekł pewnie Avelyn, nie podnosząc nawet wzroku znad płomieni. Wciąż nie był do końca przyzwyczajony do światła, toteż jego oczy były zabawnie zmrużone i załzawione, jednak wpatrywał się w ognisko z zapałem i pasją. - Odpocznijcie wszyscy, kto wie co nas czeka jutro, po dotarciu do Crimmoru. - dodał już ciszej, widząc, że większość pozostałych już szykuje się do snu.

Pół-drow naprawdę wierzył w swoją towarzyszkę, która jeszcze nigdy go nie zawiodła. Nie widział jej od dobrych kilku godzin, ale wiedział na pewno, że kocica kręci się gdzieś w pobliżu i zawiadomi ich o każdym niebezpieczeństwie, o którym będzie wiedzieć.

Sam jednak ani na chwilę nie zmrużył oka. Pół-elf chciał nacieszyć się tym wieczorem, ponieważ wiedział, że może to być ostatni tak spokojny wieczór. Zerknąwszy kątem oka na nazbyt czujnego maga odzianego w czarne szaty zaczął wątpić, w którego przeczucie już dawno nauczył się wierzyć, zaczął wątpić, czy cała ta noc będzie taka spokojna, na jaką wygląda.

- Dotrzymam ci towarzystwa, i tak nie będę w stanie zasnąć. - Avelyn podniósł wzrok znad płomieni i zamrugał parę razy, starając się pozbyć z oczu łez. Spojrzał uważnie na zaklinacza, starając się określić, co go trapi, i uśmiechnął kątem ust - nieczęsto widywał taką nerwowość u tego mężczyzny. Westchnął cicho i pokręcił z rozbawieniem głową, zdając sobie sprawę, że nie rozgryzie elfa.

Wstał powoli, poprawił broń wiszącą u pasa, chwycił łuk i wskazał magowi ruchem dłoni, że rozejrzy się po okolicy, po czym nie wydając żadnego dźwięku oddalił się poza zasięg światła rzucanego przez ognisko. Zamrugał parę razy, dostosowując wzrok do widzenia w ciemności, po czym cicho niczym cień ruszył na zwiady dokoła obozowiska, starając się zwracać uwagę na wszystko, co wydałoby mu się dziwne.

Alturiak 22, Rok Milczącej Harfy, Północ.

Angmar Dur: Medytacja - odświeżenie zaklęć.
Taris: Zauważanie - nie dostrzegł żadnych niepokojących zmian.
Mehelhteb, Taris, Bashir: Zmiana stanu - sen.
Avelyn: Zauważanie - równina wydaje się być spokojna, nawet zbyt spokojna. W oddali powinny być widoczne swiatła przynajmniej jednego obozowiska.
Avelyn: Zauważanie - Elf jest wyraźnie czymś zaniepokojony.
Avelyn: Wiedza potoczna - Łzy Selune nie mają wśród elfów najlepszej reputacji.

OC: Tymora jest boginia, nie bogiem, chociaż do Czasu Klopotów jej avatar upodabniał się do chłopczycy.
Avelyn powrócił do obozu równie bezszelestnie, jak go opuścił. Od razu podszedł do wartującego maga, przyklękając na jedno kolano.

- Okolica jest spokojna, nawet zbyt spokojna, jeśli o mnie chodzi. - wyszeptał cicho, starając się nie obudzić pozostałych - Muszę się trochę przespać, w razie jakichś kłopotów obudź mnie. Bądź czujny. - dodał po krótkiej chwili, po czym wstał powoli i zbliżył się do ogniska, rozkładając posłanie.

Pół-drow czuł ochotę pomóc zaklinaczowi w warcie, ale wiedział, że musi się wyspać, by jutro być w pełni sił i nie opóźniać drużyny. Dlatego odłożył niewygodny ekwipunek na bok i położył broń w zasięgu ręki, po czym ułożył się wygodnie i zamknął oczy.

-Cichy jak zawsze.- powiedział Taris podnosząc się na łokcie z grymasem niezadowolenia na twarzy.- Ja już nie będe w stanie usnąć, więc zostane na czujce.
Wstał i schował oba miecze w poziomą zapinę wzdłuż pasa u dołu pleców. Miecze wsuneły się bez problemu i teraz wygląda jak torba podróżna. Ułożył swoją kuszę na plecach i zwinął swoje posłanie. Podszedł powoli do swojego konia i zapakował co mu w tej chwili nie potrzebne.
-Więc popilnujmy.- powiedział z błogim spokojem, podchodząc do ogniska. Usiadł na kamieniu i zaczął obserwować jak gwiazdy powoli płyną po niebie.
-Wy kochacie ogniki, ja niebański pył.- patrzył jak powoli płyną i zarazem zaczął czekać na pojawienie się słońca.

Nie mogąc zasnąć patrzył na towarzyszy. Chyba nigdy nie zaakceptuje niektórych z nich. Elfy jasne czy ciemne zawsze pozostawały ale niego zagadką której nie potrafił pojąć a to czego się nie rozumie zawsze stanowi zagrożenie. Tak rozmyślając pogrążył się w końcu w długo oczekiwanym śnie. Lecz nie był to spokojny sen...
Alturiak 22, Rok Milczącej Harfy, Koniec Nocy

W oddali rozległ się tętent końskich kopyt. Powoli zbliżał się świt, od strony morza niebo zaczęło się rozjaśniać.

Śpiący - Avelyn, Bashir i Mehelhteb
Taris i Angmar słyszą jak po trakcie zbliża się jeździec. Pozostali smacznie chrapią.
Elf wstał i począł wypatrywać skąd dochodzą dźwięki.
-Jadą konie.- Stwierdził fakt- Może to jakaś pogoń, kupcy, a może kolejni odesłani najemnicy.- Rozmyślał na głos Taris.- Z doświadczenia wiem, że to co jest nieznane jest najbardziej niebezpieczne.- Taris podszedł do grupy śpiących i ich obudził.
-Wstawać!- krzyknął dla pewności, że się obudzą.
-Po pierwsze świt za pare chwil, będziemy mogli jechać. Po drugie możliwe, że będziemi mieli gości.- Taris po skończeniu swego monologu usiadł na ziemi i zaczął ostrzyć i czyścić broń, by nie wyglądało to podejrzanie i by na wszelki wypadek mógł szybko zareagować.

Szybkim ruchem wysunął miecz z pochwy i począł przypominac sobie wszelkie ochronne słowa i inkantacje...
Już pierwsze odgłosy poruszenia zbudziły Bashira a krzyk towarzysza tylko upewnił go w przekonaniu że czas snu się skończył. Szybko się pozbierał i już po chwili był na nogach mając broń pod ręką i będąc gotowym na wszystko.
Alturiak 23, Rok Milczącej Harfy, Świt

Zmiana stanu. Wszyscy zbudzeni.

Po chwili wszyscy zauważyli samotnego jeźdżca zbliżającego się od strony Purskulu. Otulony ciemnym płaszczem człowiek zdawał się nie zważać na panujący półmrok i wciąż poganiał wyraźnie już zmęczonego konia. Łowca dostrzegł pianę, która zaczynała się toczyć z pyska zwierzęcia.
Wymamrotał parę cięższych oszczerstw po czym odwinął się z okrycia. -Co się dzieje? -Napomknął machinalnie tak bardziej dla upewnienia, zresztą jak zawsze gdy ktoś wrzeszczał na pobudkę to kończyło się to późniejszą bitką.

Odgarnął przyklejone do czoła włosy i czym prędzej, jak na swoje tempo, przysiadł zakładając naręczaki, ziewnął jeszcze parę razy tak bardziej na pokaz, by stłamsić zdenerwowanie.

-Może mi tak ktoś raczy.. podwiązać rzemienie? Sam tego na siebie nie włożę. -Skinął głową na napierśnik.

-Spodziewałem się czegoś więcej.- powiedział Taris wstając i chowając ostrza do pochwy, zupełnie nie zwracając uwagi na prośbę towarzysza, gdyż miał nadzieje, że wreście coś się stanie. - Posłaniec na jakiejś bardzo ważnej misji, albo przed kimś ucieka.- podzielił się spotrzeżeniami z towarzyszami.
Podbiegł trochę do drogi i zaczął wypatrywać, czy oby nikt nie goni jeźdżcy. Nie sięgał po broń, by nie wyglądać zbyt groźnie, ale był w pogotowiu, by móc wyciągnąć ostrza.

Samotny jeździec nie powinien stanowić zagrożenia dla grupy wędrowców lecz doświadczenie nauczyło Bashira nie oceniać rzeczy po pozorach tym bardziej że z niewyjaśnionych przyczyn wyraźnie się gdzieś spieszył. Z innej strony nawet jeśli on sam nie jest niebezpieczny to być może prawdziwe kłopoty podążają za nim. Bashir coraz bardziej zaniepokojony nie spuszcza jeźdźca z oczu czekając na rozwój wydarzeń
Taris - zauważanie. Nie wydaje ci się, żeby ktokolwiek gonił jeźdźca.
-A ja tu psia mać czekam, może któryś łaskawie zechce ruszyć zad i zawiąże mi napierśnik hę? -Spojrzał przelotnie po wgapionej w jeźdźca gromadzie. -Taa.. od razu weźcie go zjedzcie. Rzeczywiście raz w całym życiu opaczność zsyła kogoś na koniu to musicie się napatrzeć, jakby ktokolwiek galopujący przy trakcie niespełna parę mil od osady miałby być jakąś dziwotą. Wystarczy że jeden patrzy, a o ile dobrze pamiętam, to jak Avelyn czegoś nie wywęszy to tym bardzie reszta. -Tu zszedł z tonu. -No Bashir nie patrz tak jakby Ci jegomość coś podwędził tylko pomóż trochę, wszak nikt tutaj od Ciebie lepiej pancerza nie wiąże.

Zrobił sobie przerwę na parę wolniejszych wdechów. Zatarłszy nosa przepadł w myśli jak kamień w wodę wznosząc jakby do siebie ciągle pytanie: dlaczego.. . Tylko od czasu do czasu zerkając czy jeden z jego nader częstych monologów zdołał wywołać jakieś poruszenie.

-Nikt więcej.- powiedział Taris z nutką smutku w głosie. Zaczął wracać do obozu, ale nadal bacznie obserwował jeźdżce. Doszedł do obozu.
-Mógłbym ci zawiązać te rzemienie, ale skoro Bashir jest w tym taki dobry, to nie będe cię obdarowywał byle fuszerką.- powiedział z ironią w głosie.- Żartuje.- Schylił się i przypiał napierśnik. Po tym jak zapioł rzemienie, wyprostował się i powiedział.
-Skoro jeźdżiec nie jest ścigany, musi być posłańcem z pilną wiadomością. Tak mi się zdaje z tego jak gnał. Może coś się ciekawego święci w tym miasteczku?

-Na co mi towarzysz który nie potrafi się sam ubrać? - rzekł Bashir rzucając pogardliwe spojrzenie Mehelhtebowi równocześnie pakując swoje rzeczy
-Moim zdaniem warto by pogadać z tym jeźdźcem. Ciekaw jestem czemu tak zajeżdża swoje zwierzę. Poza tym myślę że ma coś ważnego do przekazania nawet jeśli nie nam to komuś innemu. A informację w dzisiejszych czasach się ceni - powiedział z błyskiem w oku.

Wytrącony z zamyślenia zerknął na zwinnie uwijającego się z pasami Tarisa. -Tak, dobrze. -Po dłuższym odstępie raczej z wymogu niż chęci. -Dzięki.. . Wiesz gdzie inni mają wiedzę, drudzy mają umiejętności. -Pokiwał głową wstając, po czym zaczął cichym spokojnym tonem. -Szkoda tylko, że w złą stronę składasz swe dłonie i powierzasz myśli.

Zmiana Wyposażenia: Uwiązany prawidłowo pancerz.

Przeciągnął się bestialsko ignorując wojownika, co mogło dość zabawnie wyglądać, naciągając węzły i klamry. Z wolna zaczął uprzątać po sobie i pakować wóz w drogę. Ta drobna dwukółka z dnia na dzień prezentuje się coraz gorzej.

-Wiesz jeśli potrafisz sam na sobie uwiązać ciężki płytowy pancerz to dam Ci połowę z tego co dostaliśmy na odchodne. Jeśli nie.. to nie szczekaj. A uważaj bym sobie tego nie przypomniał jak trzeba będzie Cię połatać.

Elf ściągnął gwałtownie usta, po czym lekko rozluźniając je uniósł lewy kącik ust w zawadiackim uśmiechu. Wsunął miecz do pochwy, zarzucił kaptur i podszedł w kierunku konia i począł pakować swój skromny dobytek zupełnie nie zwracając juz uwagi na jadącego...
Alturiak 23, Rok Milczącej Harfy, Świt

Jeździec w barwach oddziałów amnijskich przemknął jak burza obok obozowiska. Jedynym znakiem, który wskazywał na to, że w ogóle dostrzegł drużynę było odruchowe sięgnięcie po przytroczoną do siodła szablę. Na chwilę przestał też wysyłać konia do przodu. Po chwili jednak stwierdzając, że stojący przy dogasającym ognisku mu nie zagrażają, skupił się na jeździe, a przełożywszy sobie wodze do prawej dłoni, sięgnął lewą po palcat.
Taris poprawił swoją koszulę kolczą i sprawdził, czy ma dobrze przypięte miecze i kuszę. Spojrzał na całą drużynę i z uśmiechem na ustach powiedział.
-Tam się coś święci. Ruszajmy, bo nas coś ominie.- poczym ruszył po swojego konia i doprowadził go do ogniska.
-Więc jak? Nie mówcie, że każecie na siebie długo czekać.- powiedział, poczym odwrócił się do Mehelhteba i powtórzył po nim.
-Szkoda tylko, że w złą stronę składasz swe dłonie i powierzasz myśli.- na sekundę zamilkł.
-Przetłumacz, bo nie zrozumiałem.

Bashir spakowawszy swe rzeczy wydawał się gotowy do dalszej drogi. Osiodłał wiec swego konia i rzekł do reszty towarzyszy
-Muszę się zgodzić z Tarisem. Czas wyruszyć w dalszą drogę.

- Zajeździ tego konia na śmierć. - mruknął pod nosem Avelyn, odprowadzając wzrokiem jeźdźca. Avelyn zmarszczył brwi i zastanowił się, kim mógł być ten jeździec. W dzisiejszych czasach informacja rzeczywiście jest cenna, a niewiedzę przypłacić można nawet śmiercią. Łowca westchnął jednak tylko i pokręcił głową, dochodząc do wniosku, że itak nic konkretnego nie ustali.

Pół-drow naciągnął kaptur głęboko na twarz i owinął szczelniej płaszczem. Zwinął posłanie, zasypał ognisko i przygotował konia do podróży, w ciszy przysłuchując się sprzeczkom towarzyszy. Zapowiada się sympatyczny dzień, pomyślał z uśmiechem i zachichotał cicho.

- Ruszajmy, szkoda czasu.

Wsiadł na swojego kruczoczarnego konia i począł powoli objeżdżać obozowisko i zataczać coraz mniejsze kręgi niczym czarna śmierć, która przyszłą po swe ofiary... Po chwili rzekł oschle: Ruszamy czy jeszcze sobie będziecie odpoczywać?
Uwiązał Bene i Ker do wozu. Po ostatnich oględzinach obozowiska, upewniwszy się iż niczego przypadkiem nie zostawił, przysiadł na dwukółkę.

-Bene jazda. -Powiedział cicho poganiając zwierzę, by ciągnęło powóz swym tempem.

Poprawił się na wozie podciągając kawał koca, bukłak i spasłe tomisko, które rozłożył na kolanach. Brązowego włosia Bena, choć w porównaniu do, uwiązanego obok, szarego rumaka jest niczym źrebię, na niej spoczywa odpowiedzialność za ciąg. Ker za to, jak przystało na rozleniwione bydlę, prowadzi wóz po drodze wskazując łatwiejszą stronę. Mehel ma dzięki temu więcej czasu na robienie tego, co sprawia mu większą, od powożenia, przyjemność.

Odwrócił łeb w stronę Tarisa, po czym zaczął spokojnym głosem.
-Z chęcią rozwinę to co miałem na myśli przy następnym spokojnym postoju, jeśli do tego czasu to jakoś przetrzymasz.

-Mehelhteb, już tylko na ciebie czekamy.- powiedział z wymuszonym spokojem, gdyż w duchu nie mógł się doczekać wjazdu do miasta. Nigdy nie przepadał za lasami, polanami, ogólnie za otwartymi przestrzeniami, gdzie nie można kogoś spokojnie zajść od tyłu i wbić miecz w popielice. Taris jeszcze raz upewnił się, że ma wszystko co potrzebne i powolutku skierował konia w stronę miast. Skorzystał z wolego tempa jazdy i zarazem czekania na towarzyszy, więc rozejrzał się po okilicy i w obie strony jak jechał konnica.
Alturiak 23, Rok Milczącej Harfy, Poanek.

Drużyna chcąc nie chcąc ruszyła się z miejsca, marudząc coś o twardej ziemi, niewyspaniu i ogólnie o budzeniu się o brzasku.

Do Crimmoru zostało ledwie kilka mil, więc powinni późnym rankiem dojechać do przedmieść, na których obozowały karawany z całego Faerunu. To tam fizycznie zmieniały właściwości swoje towary, tam też rekrutowano pospolitych najemników do ochrony karawan. Na przedmieściach, co bardziej przedsiębiorczy właściciele sklepów z Athkatli kupowali jedwab, broń czy zboże - omijając w ten sposób kosztowne pośrednictwo wielkich domów kupieckich

W samym ufortyfikowanym mieście pełno jest gospód, sklepów i agencji zaspokajających potrzeby karawaniarzy i poszukiwaczy przygód. Jak wieść gminna niesie, łotrzykowie próbujący wykorzystać obecność obcych do szybkiego wzbogacenia się, szybko przepadali bez wieści.


OC: To dobra chwila jeśli macie jakieś pytania dotyczące miasta.
OC: Wiodąca religia w tych stronach.
OC: Bane, Chauntea, Cyric, Selune, Sune, Waukeen w całym Amnie. W Crimmorze dodatkowo Tymora i panteon halfliński.
No ile będziemy jeszcze jechać - pomyślał Taris, wycierając z kurzu swoje czarno-brązowe ubranie. By nie mieć przypadkiem problemów w mieście, wyjął z torby opaskę i założył tak by zasłaniała jego zielone oko. Nie do końca przepadał za tym, ale ktoś mógł złożyć jakąś skargę i strażnicy mogą szukać kogoś o różnych kolorach oczu. Nie czuł się z tym zbyt pewnie, bo miał zawężone pole widzenia i musiał bardziej polegać na towarzyszach, więc zwolnił i zaczął jechać w środku kolumny.
Jechał dosyć spokojnie, jak zwykle nie ukazując emocji. Czuł się tak samo dobrze w mieście jaki poza nim. Wszędzie było tak samo, pełno głupoty i żądzy niewiadomo czego... Tylko po to by dążac do jakiegoś nierealnego celu paść i po co to?
Bashir zaczynał być znużony powolną jazdą do celu. Podróż która wydawało się że minie szybko zaczynała ciągnąć się w nieskończoność. Być może była to wina krótkiego i niespokojnego snu, lecz i tak powoli stawał się nerwowy
-Moglibyście się trochę przyspieszyć. Przy takim tempie to nawet jutro tam nie dojedziemy - rzekł do reszty współtowarzyszy wysuwając się zdecydowanie na czoło grupy.

-Teraz ja musze się zgodzić z tobą.- powiedział Taris z nutką irytacji w głosie.
-W tym tempie to będziemy mieli kolejny postój na odpoczynek w połowie drogi.- Nie zamierzał wyprzedzać drugiej osoby w kolumnie, by nadal czuć się pewnie z tą opaską. Powoli zaczynał nienawidzić tego skrawka materiału, ale nie mógł się go pozbyć. Odgarnął czarne włosy ze swojego niebieskiego oka, by chociarz ono działało jak powinno.

Jak na złość wcale nie przyśpiesza.
- Nie martwcie się, niedługo będziemy na miejscu. Nie mamy powodu do pośpiechu. - rzekł niepewnie Avelyn. Wcale nie spieszyło mu się do wejścia do miasta, tym bardziej w biały dzień. Odruchowo naciągnął kaptur niżej na oczy, pogrążając twarz w cieniu.

Jadąc, patrzył uważnie na drogę przed sobą. Zastanawiał się, gdzie podziewa się Aenahyth. Chciałby zobaczyć się z nią przed wjazdem do miasta, bo nie wiedział, ile czasu tam zabawi.

Zamknął księgę po czym odłożył ją na stronę.
-Hmm.. Skoro się wam tak śpieszy zawsze ktoś może pojechać przodem, zobaczyć co u bram piszczy i wrócić z relacją. Ale nie jedźcie wszyscy, jak mnie coś napadnie to was ominie cała zabawa. -widocznie chciał zażartować, choć dobrany ton i tempo wymowy zgasiły w zarodku jakąkolwiek zabawność w wypowiedzi.

Zabrał się za bukłak by iluzorycznie napełnić wodą żołądek, jakoś nie widziało się Mehelowi śniadanie z suszek i innego podróżnego tałatajstwa.


Udany rzut obronny na wytrwałość.

Mapa Północnego Amnu.


Mapa Crimmor.

Pytania dotyczące miasta, budynków, ważnych postaci - bardzo mile widziane.
-Jedziemy i jedziemy ale czy którykolwiek z was ma pomysł gdzie chcecie się wpierw udać ? - rzekł Bashir wyrywając się z porannego otępienia patrząc z powątpieniem na resztę współtowarzyszy
- Moim zdaniem moglibyśmy wpierw coś przekąsić i zasięgnąć informacji.

OC: Mógłbyś podać czym są te obramowane na czerwono budynki. Są niby nazwy, ale to niezadużo mówi.
Kto jest głową mista?
Tylko byście jedli i spali - rzekł elf z wyrzutem bardziej do siebie niż do towarzyszy. Nie za wiele zdziałacie z takim podejściem, ale to wasze życie i wasza sprawa. Popędził konia tak by jechać na czele kolumny w pewnej odległości od towarzyszy. Wyraźnie nie był w najlepszym nastroju, a nocne, bezowocne wyczekiwanie ewidentnie go zirytowało.
Jak dla mnie jedzenie to nie taki głupi pomysł, zwłaszcza, że w tawernach i karnczach można się dowiedzieć paru ciekawych rzeczy.- powiedział Taris, poczym wziął łyk ze swojego wpół pełnego bukłaka.- Tak pozatym może jakaś robota, się w takiej karczmie znajdzie.
OC:
Chauntea's Cradle - Kołyska Chauntei - świątynia Chauntei, całkiem nieźle zaopatrzona w magiczne mikstury i leczące zwoje.

Theater of Joy - Teatr Radości - w amfiteatrze pochodzącym z czasów Imperium Shoon swoje miejsca kultu mają Milil, Lliira i Sune. W amfiteatrze kapłani i wyznawcy tych religii urządzają koncerty itp. Znaną z urody jest Raven Sommersrace, półelfka i kapłanka Sune o miodowych, rozsławionych przez poetów włosach.

Mother of Pearl Boarding House - Pensjonat Matki Pereł - ekskluzywny pensjonat dla właścicieli karawan i kopalni.

The Tymorian Trails Inn - Gospoda Ścieżki Tymory - zatrzymują się w niej strażnicy karawan, poszukiwacze przygód szukający dobrego cydru i ciemnego piwa. Właścicielką jest bogata ekswojowniczka Tehrinna "Wieża" słynna zarówno z powodu swych płomiennych włosów, jak i 220 cm wzrostu.

The Drover's Drink Inn - Gospoda Pijany Wożnica - wyglądająca od ponad 30 lat na podupadłą i zatechłą dziurę gospoda, która lada chwila powinna przestać istnieć.

The Emir's Court - Dwór Emira - znana gospoda, która jest używana głównie przez kupców z południa, a starannie omijana przez miejscowych.

Zoldaftel Wagons - Wozy Zoldaftela - siedziba zakładów produkcji wozów Zana Zoldaftela - wozy ze znakiem ZZ uważane są za wyjątkowo trwałe.

The Cryptrapper Estate - Siedziba Rodu Cryptrapper - Lady Lamia i jej rodzina faktycznie sprawuje władze w mieście z pomocą burmistrza - byłego łowcy Corla Braena i zaprzyjaźnionej rodziny Krimmevolów.
Chodzą słuchy, że dzięki przysługom dla Cienistych Złodziei, ci ostatni pilnują, żeby ci, którzy chcą dokonać w mieście kradzieży, znikali bez śladu.
Cryptrapperów chce odsunąć od władzy rodzina lady Zharnn Ophal, miejscowych handlarzy przyprawami. Wszyscy obawiają się lady Ophal, mówiąc o niej jedynie jako o "Smoczej Damie".
- Ale jak tak się trochę bardziej zastanowić - powiedział trochę do siebie Taris. - To ja proponuje iść do Theater of Joy, a dopiero potem coś zjeść.
Gdy skończył mówić, odgarnął i trochę ułożył swoje czarne włosy.
- Jestem ciekaw co dzisiaj grają i czy będzie na co popatrzeć - kontynuował z nutką zadowolenia w głosie.

OC: The Emir's Court - Dwór Emira - czemu jest ona tak starannie unikany przez miejscowych?
OC: Nie mogę odpowiedzieć ci na to pytanie. Podałem wszystkie, (no prawie wszystkie) informacje, które ktoś bez dobrej znajomości miejscowych realiów posiada.

Alturiak 23, Rok Milczącej Harfy, Południe

Drużyna dojechała do południowych przedmieść miasta, zazwyczaj nawet o tej porze roku wypełnionych kupcami z Tethyru i Calimshanu. Ostatnie walki spowodowały, że transport towarów z południa drogą lądową niemal całkowicie zamarł.

Miasto liczyło sobie ok. trzydziestu tysięcy stałych mieszkańców, jednak można było zwykle spotkać w nim od 5 do 40 tysięcy przyjezdnych. Teraz południowe przedmieścia były opustoszałe poza paroma wozami ze zbożem i namiotami zaciężnych Amnitów. Zołnierze krzątający się po nim byli chwilowo niezdolni do dalszej walki.

Podczas gdy normalnie przy Południowej Bramie, nawet w zimowych miesiącach tłoczyli się handlarze usiłujący coś sprzedać kupcom sprawdzanym przez Barkarzy, teraz wyraźnie nudziło się przy nim dwóch gońców stojących obok pojedynczego strażnika.

-Nareście jesteśmy.- powiedział Taris.- Chodź szczerze mówią spodziewałem się czegoś lepszego, a tu pustki. Moja propozycja jest taka, by się rozdzielić na dwie grupy i za jakiś czas spotkać w jakimś wyznaczonym miejscu. Co wy na to? -zaproponował reszcie.
Może w jakiejś karczmie, to się chociaż najecie. - rzekł z nutką ironii w głosie. Poszukałbym jakiejś pracy, bo nie widzi mi się żyć jako żebrak.
- Ścieżka Tymory. - powiedział do siebie - Naprawdę fajna nazwa. Powinni mieć w takim wypadku ołtarzyk, więc nie musze już odwiedzać świątyni, ale i tak musze iść coś kupić. - podjechał parę metrów do przodu i zatrzymał się.- Pojadę do Emir's Court, podobno stacjonują tam kupcy, może będą mieli coś ciekawego do powiedzenia i oczywiście do sprzedania. - Ruszył konia i wolno skierował się do celu.
OC: przypominam, że zanim się rozpędzicie to musicie przejechać przez bramę i to jest element zdecydowanie interaktywny z moim udziałem jako MG
-Ja zawinę do jakieś stajni przy bramie Bene z pakunkiem, po czym znajdziecie mnie w Teatrze Radości. -Zamyślał się nad samą nazwą tego przybytku; zaśmiał się w duchu na myśl o paradoksie nazewnictwa, w jego przypadku. -Tak czy inaczej przywlokę się do tej całej gospody jak tylko Sommersrace nie zdoła ukryć przede mną mego głodu.

Z wolna wrzucił księgę pod zwały suszonek, ułożył pakunek w bardziej przyzwoity dla oka sposób, a tym bardziej na pokaz zaciągnął z bukłaka solidnych parę łyków. Bene nie szczędząc czasu nadal żółwim, jak dla co niektórych, tempem ciągnęła dwukółkę w stronę bram Crimmoru

- A po co mamy się rozdzielać? - rzucił w stronę Tarisa - Jeśli ktoś chce uzupełnić zapasy, pomodlić się czy załatwić jakieś prywatne sprawy, to proszę bardzo. Ja jadę od razu do karczmy napić się przyzwoitego wina i podsłuchać nieco plotek odnośnie pracy. A zresztą, najpierw będzie trzeba wjechać do miasta. - dodał bardziej już do siebie, dostrzegając strażnika. Nie lubił takich sytuacji, nie raz został zawrócony spod bram miasta, bo strażnik był akurat w złym humorze. Próbował sobie w duchu tłumaczyć, że z postury nie przypomina wcale mrocznego elfa, że osłania go kaptur, czy nawet że kolor jego oczu nie przypomina wcale drowich, nie mówiąc już o zaroście na twarzy, którego nie posiadał żaden czystej krwi elf. Wciąż jednak pozostawał niepokój, którego nie dało się zwalczyć żadnymi racjonalnymi argumentami.

Od razu sięgnął po sakwę, sprawdzając jej stan i z ulgą stwierdzając, że powinno spokojnie starczyć na przejazd. Podrapał się nerwowo po brodzie, po czym wziął głęboki wdech i przyspieszył konia w stronę strażnika, chcąc mieć to jak najszybciej za sobą.

Do wolno zbliżających się jeźdźców zbliżył się strażnik z marsową miną na czole. Widać znudzenie dawało mu się we znaki. Nie mówiąc już o braku satysfakcji z powodu niewziętych z powodu nagłego załamania handlu łapówek.

- Stać - krzyknął.
- Kim jesteście? - jakby dla dodania sobie otuchy zamachnął się nieznacznie halabardą.

Po chwili jednak siedzącego w dwukółce dostrzegł kapłana Shar. Zaklął szpetnie - ten tutaj mógł oznaczać dla niego tylko kłopoty. Chyba lepiej będzie jak ich wpuści do miasta.

- 5 sztuk srebra - tym razem musiał się zadowolić oficjalną taryfą.

Otrzymane pieniądze schował szybko do kasetki stojącej w załomie bramy.

- Pamiętajcie, bez żadnego włóczęgostwa - dodał bez przekonania. Zbrojni nie wyglądali na takich, którzy wymagaliby jałmużny. 4 jeźdźców i kapłan na dwukółce wjechali do miasta.


Taris - Zauważanie: Po tym jak drużyna odjechała, zauważyłeś, że strażnik podszedł do niskiego wyrostka i wyszeptał kilka słów. Wyrostek natychmiast pobiegł dostarczyć komuś wiadomość.
Tym samym, co zawsze, tempem wtoczył się do miasta.
- Już mi się tu nie podoba - wymamrotał pod nosem.

Nie szczędząc ani minuty dłużej ruszył rozglądając się na lewo i prawo szukając stajni.

Nie zamierzał oczywiście jeździć konno po mieście, więc pojechał za dwukółką, korzystając z okazji, że samo się znajdzie, a plany z zakupami musiał odłożyć na niedaleką przyszłość.

Taris czuł przez kości, że ten gnojek, którego zauważył przy bramie będzie im w najbliższym czasie bruździć. Lecz nie był dokońca przekonany, czy wywołała to jego osoba, czy cała drużyna. Lepiej mieć się na baczności.

- Kapłanku. - zwrócił się Taris do kapłana na dwukółce - Pójdę sobie z tobą do świątyni.

Po wjechaniu do miasta Avelyn zatrzymał konia, prostując się w siodle i rozglądając po okolicy. Zastanowił się, czy nie jechać od razu do Ścieżki Tymory, jednak przypomniało mu się, że w pobliżu znajduje się również inna karczma... albo raczej speluna, o czym pomyślał krzywiąc się z niesmakiem. Choć nie miał najmniejszej ochoty tam iść, to wiedział, że w takich miejscach można pozyskać również niejedną przydatną informację. Naturalnie można również nieźle oberwać, ale jego drowie pochodzenie powinno odstraszyć potencjalnych rozbójników, dodał w duchu.

- Rozejrzę się trochę po Pijanym Woźnicy, może dowiem się czegoś ciekawego, potem od razu udam się do Ścieżki Tymory. Spotkajmy się tam, wtedy ustalimy, co robić dalej. - pół-drow zeskoczył zwinnie z konia i podał wodze Mehelhtebowi - Byłbyś tak miły i odstawił mojego konia do stajni, przyjacielu? Dzięki.

Łowca szybkim krokiem ruszył w stronę Pijanego Woźnicy.

Bashir zadowolony z faktu iż w końcu dotarli na miejsce nieco się rozluźnił. Cała ta podróż działała mu już na nerwy więc postanowił nieco się zrelaksować.
-Mam ochotę na perę dzbanów piwa więc dotrzymam ci towarzystwa Avelyn - rzekł lecz towarzystwo pół drowa wcale mu nie odpowiadało. Nie dość że nie jest człowiekiem to nawet nie jest elfem tylko jakimś mieszańcem. Nie chcąc nawet wiedzieć skąd On mógł się wziąć zmierzył go od góry do dołu i nie nawet nie próbując się powstrzymać dodał pewnie
-Sam poza tym mógłbyś se nie poradzić więc w razie czego przyda się ktoś kto będzie potrafił Cię obronić

Nie ukrywał zdziwienia na twarzy, mimo iż powody szoku zakopane były w podziemiach umysłu, Mehel czym prędzej przypomniał sobie cały ciąg ostatnich wydarzeń z głębokim przymrużeniem oczu. Mimowolnie zakrył usta dłonią, drugą wystawił po wodze.
Kopanie w pamięci prędko zostało zastąpione przez myśl czy stara, poczciwa dwukółka będzie mu jeszcze potrzebna, wszak mógłby jechać w siodle Ker tylko ciągnąc uwiązaną Bene z tobołkami.

-Gdzie u licha, w kupieckim przybytku, można znaleźć stajnie? -Spytał dość głośno, nerwowo kręcąc łbem.


OC: Są w tym mieście lub w pobliżu jakieś komórki kościoła?
OC: Wyznawcy i kapłan - najprawdopodobniej tak, w mieście nie ma zorganizowanej świątyni Shar.

- U Tehrinny, pod Ścieżkami Tymory - rezolutny malec odpowiedział kapłanowi. - Jeśli chcecie to was zaprowadzę.

Mały halfling wykonał gest liczenia pieniędzy, widać liczył na miedziaka lub dwa za przysługę.

- Siadaj na wozie i prowadź - powiedział pewnie wskazując miejsce po drugiej stronie siedliska, oraz przytakując głową.
- Nie wątpię iż Tehrinna coś dzisiaj zarobi, oczywiście Tobie także coś wpadnie do kieszeni, lecz kolor monety zależy od tego, co jeszcze możesz mi o tym miejscu powiedzieć, a co z tego powinno mnie zainteresować. - uśmiechnął się sztucznie, doskonale wiedząc jak bardzo idą w parze monety z dyplomacją.

Doskonale także zdawał sobie sprawę, że takie dzieciaki z ulicy, powinno trzymać się na oku. Skinął na Tarisa, a następnie na dzieciaka.


Mehelhteb - Wyczuwanie motywu: Nieudane.
-Widać, że Mehel wie, że nie ufam byle komu, a zwłaszcza niziołkom, które są ponoć bardzo dobre w MOIM fachu.- pomyślał Taris.- Dobrze, że pojechałem z nim. Miałem przeczucie, że ja, albo Meleh najmniej wpadliśmy w oko strażnika, nasz drow zadobrze się maskował, by budzić jakieś podejrzenia i pozatym jest z nim wojownik.

-No to prowadź. - powiedział Taris i zasalutował do towarzysza ze sztucznym uśmiechem na twarzy.


Angmar Dur: Zauważanie - dostrzega, że uśmiech Tarisa jest niespokojny i wymuszony.
Avelyn: Zauważanie - Taris się czegoś obawia.
Jechał w ciszy za dwukołowym wozem w kierunku stajni. Nie uśmiechała mu się ani karczma, ani ta zawszona dziura, ani ten pokurcz za przewodnika. Siedział więc w milczeniu obrażony na cały świat.
Wszyscy po chwili skręcili w lewo w główną ulicę miasta. Po obu jej stronach stały kramy kupieckie. Można było się po dłuższej chwili zorientować, że po jednej stronie mają swe siedziby złotnicy, handlarze przyprawami i jedwabiem, a po drugiej można było zobaczyć przybytki należące do krawców, piekarzy oraz innych bardziej pospolitych zawodów.

- To Matka Pereł - mały halfling wskazał na ozdobione kolumnadą i wyłożone marmurami wejście do pokaźnego budynku, przed którym stał groźnie wyglądający człowiek w liberii. - Ale tam oskubią was z każdego grosza.

Gdy skończył mówić, reszta drużyny zauważyła brak łowcy. Tylko koń dreptał przywiazany do dwukółki.

Po kolejnej kwarcie doszli do zaułku zakończonego wielkim placem, wypełnionym mnóstwem masywnych, starannie wykonanych wozów z błyszczącym mosiężnym znakiem ZZ.

- To tutaj - chłopak pokazał drużynie pobliski budynek, jednocześnie wołając stajennego.


OC: Ankur, jeśli chcesz - możesz użyć wyczucia motywu w poprzedniej sytuacji. Nie będzie miało to konsekwencji dla obecnej sytuacji, ale może mieć dla przyszłej.
Taris rozejrzał się po okolicy czy przypadkiem ten kurdupel niczego nie planuje.
-Dziwne, nie wspomniał nic o pieniądzach. - pomyślał. - Wątpie by zapomniał.
-No to Meleh, szybko odstawiaj konie, bo chcę troche tu pozwiedzać. - powiedział i powtórzył wcześniejszy salut i miał w duchu nadzieje, że kapłan nie weźmie tego dosłownie.

OC: Waluta w Amnie

sztuka miedzi - fandar (czerwoniak)
sztuka srebra - taran
sztuka elektrum - decym - centaur
sztuka złota - danter - mała perla
sztuka platyny - roldon - perła
sztaba złota lub platyny - wielka perła

W Amnie użycie grubszej waluty lub unikalnych przedmiotów jako zapłaty rzutuje na status społeczny danej osoby.
- Rzeczywiście dziwne że nic o pieniądzach nie wspomniał tym bardziej, że nie są to raczej najszczęśliwsze czasy dla tej okolicy. Jak dla mnie wygląda to jak by nas tu celowo sprowadzili i wcale a wcale mi się to nie podoba. - stwierdził Bashir układając ręce tak by w razie czego mógł szybko dobyć miecza.
Rozejrzał się dokładnie po facjacie przybytku po czym zlazł z wozu.
-Popędź stajennego. -Powiedział cicho do halfinga. -Nie mamy co więcej marnować czasu.

Zebrał z wozu rynsztunek, tarczę na plecy, buławkę do boku. Poprawił sakwy po chwili dobywając jednej, w której palcami poszukał jednego tarana.
-Masz. -Dał przewodnikowi, w otwartej dłoni, monetę, zanim mógł zaproponować cenę. -Ale zaprowadzisz mnie jeszcze do dobrego, z naciskiem na to słowo, krawca, tak byśmy minęli Teatr Radości i Ścieżki Tymory.
-Zrobimy sobie taki spacer i jesteś wolny.

-Spacer- powtórzył Taris pod nosem. Już pożegnany ze swoim koniem, był gotów do drogi. Trochę go dziwiło skąd nagle wziął się tu Bashir, ale najwidoczniej zmienił plany z picia jak to wcześniej wspominał.
-Drow jest sam - pomyślał Taris, nie podobało mu się to.
-Bashir, nie pójdziesz sprawdzić co z naszym ciemnym przyjacielem?
Po czym Taris spojrzał czy ma przypadkiem sakiewkę.


Taris. Zauważanie - Masz sakiewkę i jesteś paranoikiem
Elf po przekazaniu konia stajennemu stał i obserwował towarzyszy wyraźnie czekając na rozwój wypadkow. Nie chciał działać w pośpiechu, bo znał wielu, którym w nadmierym pędzie działania noga nie raz się podwinęła. Prawą dłoń trzymał na sakiewce, a lewą wsuniętą w rękaw szaty, kaptur wciąż naciagnięty był do lini oczu. Zaklinacz znudzony począł oglądac okolice: domy, ulice, mieszkańców.
OC: Wszyscy jesteście paranoicy Przybywający do Crimmoru wiedzą, że prawdopodobieństwo zostania okradzonym jest praktycznie równe zeru.

Alturiak 23, Rok Milczącej Harfy, Popołudnie.

Angmar Dur: Zauważanie, Nasłuchiwanie.

Opis dla Angmara Dura:
O tak wczesnej porze dnia, przez drzwi gospody przewijało się niewielu bywalców. Po drugiej stronie placu, można było dostrzec klientów manufaktury, którzy żywo dyskutowali z brodatym mężczyzną, najwidoczniej próbując dobić interesu. Na placu powinno być tłoczniej, ale ostatnie wypadki w Murann i Esmeraltan spowodowały, że dostawcy z Calimshanu i Tethyru wybierali raczej drogę morską, mimo niebezpieczeństwa grożącego ze strony piratów.

Opis dla Avelyna:
Łowca wszedł do spelunki z kapturem zaciagniętym na głowie. Wewnątrz panował półmrok, a bystry węch zarejstrował też woń rozlanego piwa. Mimo pozornego bałaganu oraz rekrutującego się spośród woźniców, dokerów i ludzi zatrudnianych na barkach towarzystwa, lokal miał ewidentnie swój klimat, sprzyjający swobodnemu sączeniu ale.

Opis dla Mehelhtaba:
- Panie, stoicie pod taweną - malec był wyraźnie rozbawiony podejrzliwością kapłana. - A krawca znajdziecie tuż za rogiem, tylko nie pozwólcie mu pić.
OC: Paranoje to ja mam w żyłach

Taris powoli zaczął się przekonywać do niziołka, lecz nadal nie zamierzał spuszczać z niego oka, ale nie zaszkodziło pogadać przez chwile z karłem.
-Niziołku. Może mam dziewne wrażenie, ale jakoś tu pusto. Wiesz może coś ciekawego?- zapytał Taris, nie zamierzał wysłuchiwać odpowiedzi typu może, chyba, więc od razu poklepał po sakiewce, by dać znać, że będzie nagroda za dobrą odpowiedź.

- Ogry, panie. Mój ojciec mówi, że to przez ogry - odpowiedział niziołek.
-A może wiesz od jak dawna i dlaczego te ogry tu przylazły?- zapytał Taris odczepiając od paska sakiewke i trzymając ją mocno w ręku.
-A mam jeszcze jedno pytanie. Atakują was ogry, jak dobrze zrozumiałem, a przy bramie stoi jeden strażnik, a w mieście też ich za dużo nie widziałem, co się dzieje?

Tarisie jakby trzeba było coś z stajennym, bądź tak miły.. -Ruszył z szyderczym uśmiechem 'tuż za róg'.
OC: IceLevian: Khem, wy poznaliście się uciekając przed armią dowodzonych przez dwoje ogrzych magów.
Taris postanowił już dłużej nie dręczyć dzieciaka i dając mu jednego tarana udał się do stajni. Wszedł do stajni w poszukiwaniu odpowiedzialnej za nią osoby, by dowiedzieć się ile jest winny. Nie miał ochoty wkurzać się na kapłana. Po zapłaceniu wyszedł ze stajni i stając trochę bliżej środka placu, zastanawiał się dokąd teraz ma pójść.
-Karczma, tawerna, świątynia, zakupy, księgarnia - zamilkł na chwilę i podrapał się po głowie. - Muszę sobie kupić coś do czytania. - Taris rozejrzał się, ale nie z abardzo wiedział gdzie się udać.
-Może krawiec mi powie. - Przystanął na chwilę. - Dzieciak mówił by nie dać mu się napić. Może być zabawnie. - po ustaleniu dalszego planu. Udał sie do Tawerny z imieniem jego bogini w nazwie.

Bashir stanął rozglądając się dookoła. Chwila zamyślenia wystarczyła by nagle wszyscy się rozeszli.
-A niech to szlag trafi - mruknął pod nosem. Dobrze ze zapamiętał nazwę tawerny do której udał się łowca wiec postanowił tam skierować swe kroki.

- Nie wygląda tak źle. - mruknął pod nosem Avelyn, ściągając powoli kaptur i przeczesując dłonią włosy. Rozejrzał się uważnie po otoczeniu, szybko rejestrując w głowie obraz speluny i rozłożenie mebli na wypadek, gdyby miało dojść do jakiejś bójki. Nie miał najmniejszego zamiaru szukać kłopotów, ale z doświadczenia wiedział, że kłopoty najczęściej znajdowały jego, i to w najmniej oczekiwanym momencie.

Wolnym krokiem ruszył w stronę karczmarza. Usiadł wygodnie za ladą i, starając się wyglądać na jak najmniej zdenerwowanego, rzucił niedbale do karczmarza:

- Ile będą mnie kosztować dobre wino i najnowsze plotki? - uśmiechnął się serdecznie, sięgając dłonią do sakwy, i unosząc pytająco brwi.

Avelyn:
Karczmarz łypnął na niego podejrzliwym wzrokiem i zaklął cicho. Na twarzy było widać wewnętrzny konflikt. Popatrzył na kaptur, źle skrywaną pod płaszczem broń i zamarł.

- Wina? - wyszeptał z wyraźnym drżeniem głosy. - Ta spelunka nie widziała wina od Czasu Kłopotów. A co do informacji, to...

Raz jeszcze popatrzył na łowcę i westchnął.

- Pytajcie - powiedział z wyraźnym wysiłkiem.


Taris:

Ścieżki Tymory były niezbyt rzucającym się w oczy z zewnątrz przybytkiem. Parter trzypiętrowego budynku był urządzony skromnie, ale ze swoistym poczuciem smaku. Co zakoczyło Tarisa to brak beczek za kontuarem. Barman nalewał piwo do kamiennych kufli z dziwnego urządzenia przypominającego mu nieco żurawia z portów morskich. Nieliczni goście popijali piwo, rozmawiali i przyglądali się kuso ubranym pomocnicom barmana.

Mehelhteb:

Rzeczywiście, szyld nad piętrowym budynkiem głosił Zakhil - Krawiec. Parter budynku był względnie przyzwoicie utrzymany, natomiast piętro nosiło znak czasu. Z pewnością nie było odmalowywane od wielu, wielu lat. Szlachecki strój wiszący na posągu młodego bożka w witrynie był dość skromny, ale wystawiał właścicielowi przybytku niezłe referencje. Być może nie dbał on o dom, ale szyć potrafił całkiem nieźle.
OC: a ja co robie ??
Przekroczył szybko próg krawca szukając wzrokiem jakichś wykwintniejszych wyrobów.
Tasior: Maszerujesz. Po prostu staram się zachować kolejność w czasie, bo inaczej będziemy mieli bilokację

- Czego... - krawiec już miał zagrzmieć zachrypniętym barytonem, ale zauważył, że klient daje nadzieję na zyski.

- Czego Szanowny Gość sobie życzy - dodał chytrzej. - Może kaftanu na bal, albo modnych pantalonów?

-Nie wiem czy dobrze trafiłem. -Spytał bezbarwnym tonem obracając łeb w stronę krawca. -Szukam kogoś, kto mógłby dla mnie uszyć szatę, lub istny habit jakich mało, oraz chorągiew przyzwoitą. Oczywiście za odpowiednią opłatą.

Obrócił się zerkając na inne twory rzemieślnika. -Znasz kogoś kto by podołał panie?

Taris podszedł do baru i zamówił dwa piwa na wynos. Nie wiedział czego się spodziewać, bo nie zabardzo wiedział czego tu używają, czy butelek, czy może bukłaków. Nie tracąc również okazji na zdobycie jakiejś informacji zapytał się barmana.
-Czy może słyszałeś co szepczą strażnicy? - zapytał spokojnym głosem, oglądając przy tym dziwne urządzenia do nalewania. Czekając na odpowiedz, rozejrzał się powolutku ze swojego miejsca po sali. Starał się to robić naturalnie, by nie zwracać na siebie uwagi.

Taris:
- Witać, że wy nietutejsi - powiedział barman. - W Crimmorze obowiązują prawa przeciwko pijaństwu. Mogę wam sprzedać karafkę cydru, ale piwo tylko na beczułki.

- A Barkarze boją się, że Rada wyśle ich do Esmeraltan albo do Targowa
(Trademeet).

Mehelhteb:
- Mogę uszyć, czemu nie? - krawiec wyraźnie zastanawiał się ile będzie mógł zarobić. - Hanulf przy rynku zrobi wam proporzec na fest.

- Mam wziąć miarę? - dodał wyraźnie niezadowolony, że na habicie może się skończyć.

Taris trochę niezadowolony, że jego plan właśnie szlag trafił, więc co tam, może spróbować tego cydru.
-To w takim razie cydr wystarczy.- nie wiedział co to, ale cóż raz się żyje.
-Cóż takiego oni uczynili, że Rada chciała by się ich pozbyć?- zapytał i zarazem patrzył na ręce barmana z czystej ciekawości co to jest ten cydr, ale również z wrodzonej ostrożności.

-Tak. -Odparł szybko. -Ma nachodzić na pancerz, lekki materiał lecz oby trwały, koniecznie koloru czerni. Domagam się przedniej roboty i dobranego tempa, szwy mogą zachodzić purpurą.

Wyprostował się czekając na ruch krawca.

-Miej w pamięci żeby co za długi nie był, nie mam zamiaru się oń potykać, rękawy mogą być głębsze ale bez przesady.

Mehelhteb:

Krawiec wprawnymi ruchami zaczął ściągać miarę. Zapisawszy sobie co trzeba, odrzekł:

- Moze być na jutro. Ale to będzie kosztowało.


Taris:

- Nic nie zrobili, ale są tańsi od najemników - barman wzruszył ramionami. - A w Amnie wszystko się toczy wokół większej chwały Waukeen.

OC: Cydr - słodkawy napój z moszczu jabłkowego (ok. 3-8% alkoholu).
- Podaj cenę na dzisiejszy wieczór. Połowę dostaniesz teraz na materiały, połowę jak się uporasz do skażenia nieba.

Rozczochrał włosy dłonią nadal przyglądając się wystawie.

-Powiesz mi może czy coś się tu ostatnio wydarzyło ważnego?

- Spokojnie, nie chcę sprawiać kłopotów. - łowca uniósł dłoń w geście pokoju, zakrywając płaszczem oręż, by nie odwracały więcej uwagi karczmarza. - Nie masz wina, trudno, obejdzie się zatem bez napitku. Co do informacji... gdzie tu można znaleźć jakąś przyzwoitą, nieźle płatną pracę? I czy ostatnimi czasy działo się w mieście coś ciekawego? Wraz z grupką towarzyszy przybyliśmy do miasta niedawno w poszukiwaniu pracy, więc chciałbym być na bieżąco.
-Waukeen, Waukeen, Waukeen.- powtórzył Taris pare razy, wyraz ale nie mógł sobie przypomniać co to znaczy. Popijając cydr, nie zamierzał tracić czasu na własną dedukcję.
- Drogi barmanie, kim jest Waukeen? - wiedział, że lepiej z siebie zrobić głupca niż obrażając coś cennego dla ludu. Wypił cydr i nie zamierzał już więcej zamawiać, mimo że napój mu smakował.

Mehelhtab:

Szacowanie.

- Habit będzie kosztował 7 danterów, miłościwy panie - karczmarz odparł po chwili namysłu. - Może być gotowy dopiero na jutro, bo czarne sukno to musiałbym najpierw odebrać od farbiarza.

- A tutaj? Wszyscy mówią o wojnie. I tylko o wojnie.


Taris:
Barman popatrzył na Tarisa jak na wariata i się przeżegnał.

- Niech przyjaciółka kupców wybaczy cudzoziemcowi to bluźnierstwo i niech wróci w pokoju.


Avelyn:

- Jeśli szukacie pracy to pewnie się ona znajdzie - odrzekła tajemniczo barman. - Ale na waszym miejscu nie rozgłaszałbym tego zbyt głośno. Szóstka poszukuje najemników na wojnę z ogrzymi magami, ale po ostatnich klęskach nikt się nie pali do wymarszu. Na waszym miejscu porozmawiałbym z burmistrzem, kapłanami z teatru lub właścicielką Ścieżek Tymory.
Bashir szedł i szedł. Powoli zaczynał się zastanawiać czy przypadkiem nie zabłądził lecz nie zwalniał kroku i zdecydowanie posuwał się do przodu.
Zauważanie. Sukces

Bashir znalazł się przed drzwiami zaniedbanej rudery, przez które jednak nawet o tej godzinie przewijało się całkiem sporo osób. Spojrzał na szyld przedstawiający siedzącego na wozie woźnicę i stwierdził, że to właściwy budynek.
- No w końcu - rzekł zadowolony iż w końcu dotarł na miejsce i mając nadzieje że nic ciekawego go nie minęło. Wszedł więc zdecydowanie środka i gdy tylko zauważył swego towarzysza udał się w jego stronę.
Po chwili zadumy elf przepiął pas z pleców do pasa, po czym ruszył w kierunku karczmy, gdy zbliżył się do jej progu, iście prowokacyjnym ruchem zsunąl kaptur odsłaniając swojego irokeza.
Taris, Angmar:

- Hej, nie chcemy tutaj sługusów Czerwonych Czarodziejów - krzyknął sączący kolejne piwo krasnolud siedzący przy oknie.

W gospodzie zapanowała cisza. Można było wyczuć powstałe w jednej chwili napięcie.

- A widziałeś elfa w służbie Thayu? - powiedział jego towarzysz, ubrany w zielonkawy płaszcz i ciemną skórę człowiek, który wyróżniał się też srebrnym rogiem przytłoczonym do pasa.
- Nie, ale jaki inny cep goli głowę? Na wężoludzia przecie nie wygląda.


Avelyn:
Zauważanie. Bashir wparował do karczmy jakby go banshee goniła.
Taris miał takich gości zazwyczaj tam gdzie światło nie dochodzi, więc zgarnął włosy by nie wpadały mu do oczy i powolutku wstał z miejsca. Spojrzał na Angmara.
- Coś chyba mam nie tak z pamięcią po tym cydrze- powiedział do Angmara. - Kim są czerwoni czarodziejowie?- poprawił swoje czarne skórzane rękawiczki i przepaskę na oku.
-Tak pozatym, chodźmy do kapłana Shar. Poszedł się stroić, jestem ciekaw co sobie kupił. - ziewnął sobie lekko i powolutku skierował się w stronę wyjścia. Całkowicie olewając dwóch gburów.

Położył na półce cztery dantery ruszając w stronę drzwi.
-Nie trać więcej czasu, resztę dostaniesz jak skończysz.

Sam pośpiesznie ruszył w stronę, jak mu się przynajmniej wydawało, targowiska, cały czas rozglądając się za szyldem bądź stoiskiem z orężem.


Mehelhteb: stracił 4 sztuki złota.
Podszedł do stolika krasnoluda i wsunął dłonie w rękawy swej czarnej szaty, po czym wykrzywił usta w paskudnie ironicznym usmiechu. Jakiś problem mości panie? - rzekł spokojnym głosem, który nie wyrażał żadnych emocji. Nie lubisz czerwonych magów?

- Sądzisz, że jestem jednym z nich? - elf spojrzał na swa szatę po czym na brodacza i przechylił lekko głowę w geście zapytania.

Taris zastanawiał się przez chwilę, czy opłaca się zacząć dyskutować z osobami takiego pokroju, ale co ma robić. Podszedł do jak najbliższego wolnego miejsca obok elfa i sobie usiadł. Jednak rozmawiać mu się nie uśmiechało, więc pozostało czekać na dalszy przebieg ich konwersacji.
Angmar, Taris:

- Wygląda jak elf, mówi jak elf, ale co za kiep goli... - przerwał, gdy towarzysz pociągnął go za ramię i coś mu szepnął do ucha.
Nagle wstali i szybkim krokiem ruszyli do wyjścia, nie zwracając uwagi na elfa.

Tymczasem barman chrząknął głośno, zwracając uwagę Tarisa.
- To ile pokoi mam przygotować? - spytał. - I kiedy napalić w piecu?

-Ile pokoi?- powtórzył Taris i odwrócił się do Angmara- Ile pokoi? Jak dobrze pamiętam to mieliśmy w planie się tu spotkać, więc i nocleg nie byłby głupim pomysłem.- ponownie odwrócił się do barmana- Jeszcze chwilowo nie wiemy. Jak wszystko ustalimy to damy odpowiedź.- powiedział spokojnie.

Taris odwrócił się spowrotem w kierunku Angmara i ściszył ton.
-Jak sądzisz, co spowodowało że ci dwaj tak szybko stąd zwiali i tak wogóle kim są ci czerwoni magowie, bądź jak to tam było?

Uśmiechnął się kącikiem ust. Może strach? - rzekł lekko złośliwym tonem. Oberzysto! Co tam za trunki dobre macie w piwniczce? - podszedł do lady nasuwając na głowę kaptur.
Angmar, Taris:
- Najlepsze ale w Amnie, własny cydr, zzar, no a dla bardziej szacownych klientów... - mówił lustrując wzrokiem zaklinacza. - Znajdzie się gdzieś tutaj buteleczka elverquissta.

Spojrzenie jednak mówiło samo za siebie, barman wątpił czy elfa było stać choc na odrobinę szlachetnego trunku. Po chwili zwrócił się do Tarisa.

- Macie szczęście, że w mieście nie ma dużego ruchu. Zarezerwuję wam dwa pokoje, jeśli będzie ich potrzeba więcej, wróćcie przed noną.

OOC: Po ile jest elverquisst?
-Miły facet.- powiedział Taris do Angmara- Idę do tej tawerny gdzie jest reszta, no prócz kapłana, ale on jest za rogiem to się nie zgubi.
Taris poszedł w stronę wyjścia, ale troche niepokoi go zachowanie tej dwójki.

- Nie zareagowali na pochodzenie kapłana, albo mają jakieś opóźnienie umysłowe. Czepiali się zaklinacza, więc to nie jego obecność ich odstraszyła. Może moja. Wątpię - rozejrzał się po sali, czy nikt nie patrzy na niego bądź zaklinacza i kontynuował rozmyślanie w drodze do wyjścia.

- Może ktoś im kazał odczepić się od nas.

OOC: W granicach 100 sztuk złota za butelkę afair. Później sprawdzę jeszcze dokładniej.
- Dzięki. - pół-elf skinął wdzięcznością głową w stronę karczmarza i rzucił mu na stół sztukę złota, po czym szybko zeskoczył ze stolika i skierował się do wyjścia. Zatrzymał się, zauważając Bashira idącego w jego stronę bardzo szybkim krokiem, i odruchowo położył dłonie na rękojeściach ostrzy wsadzonych za pas. Uniósł pytająco brwi.

Akcja. Zauważanie.

Po minie Bashira zauważył, że wszystko jest w porządku, więc rozluźnił nieco mięśnie i uśmiechnął się.

- Dowiedziałem się, czego chciałem, przyjacielu. Podobno w mieście jest całkiem niezła praca, ale więcej o tym powie nam właścicielka Ścieżki Tymory. Gdy spotkamy się już z resztą, postaramy się o rozmowę z właścicielką karczmy. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, jeszcze dzisiaj najmiemy się do ciekawej, dobrze płatnej pracy - elfa uśmiechnął się szeroko. Ruszył w stronę wyjścia i mijając Bashira poklepał go serdecznie po barku, rzucając przez ramię - Chodźmy.

Avelyn naciągnął kaptur nisko na oczy, zakrył się szczelniej płaszczem i wyszedł ze speluny, kierując się szybkim krokiem w stronę Ścieżek Tymory.

-Idę do tawerny gdzie jest reszta - powtórzył swoje słowa w wyjściu.- Nie chce mi się.- po czym wyszedł przez tawernę, rozglądając się czy przypadkiem nikt z jego drużyny nie idzie. Sprawdził czy bełty włożone w umocowanie na lewej nodze przy bucie nie wypadają, a następnie oparł się o ścianę przy wejściu i czekał na towarzyszy.
Bashir zadowolony z wiadomości które właśnie usłyszał skinął do półelfa, po czym wyszedł razem z nim. Choć nadal nie był przekonany do towarzysza i chyba nigdy nie będzie to musiał przyznał ze nawet On może się czasem do czegoś przydać. Niezła praca pewnie oznaczała również dobre zarobki a to była rzecz o której Bashir właśnie myślał
Machnął dłonią na karczmarza i dostojnym krokiem ruszył za Tarisem.
Mehelhtab:

Przeklinając świecące pod ostrym kątem słońce, kapłan po krótkim, forsownym marszu dotarł do targowiska miejskiego. W zimie, wozy z towarami i stałe kramy jedynie luźno wypełniały plac, jednak było ich dość jak na znaczne miasto przystało. Kapłan usłyszał z daleka pracujące młoty kowalskie, kuźnia musiała znajdować się niedaleko, jednak była zasłonięta przez wozy z przyprawami, winem, a także kram należący do jakiegoś płatnerza.

Po drugiej stronie placu można było dostrzec tłoczących się przy sklepie z bronią mężczyzn, których postawa nie zostawiała żadnych wątpliwości, byli to najemnicy eskortujący karawany, zwykli rekruci, którzy po przeżyciu pierwszej podróży, ocaloną z tawerny resztkę żołdu usiłowali wymienić na krótki miecz lub szablę.


Reszta drużyny:

Główna ulica miasta była coraz bardziej zatłoczona. Wprawdzie Taris zdołał dojrzeć Bashira i Avelyna kierujących się w ich stronę, ale wracający ze sjesty ludzie i przejeżdżające ulicą wozy, skutecznie utrudniały spotkanie się w jednym miejscu. W końcu wszyscy chyba odczuli ulgę, gdy pomiędzy kramem jakiegoś kupca bławatnego, a sklepem cechu grabarzy, zrobiło się nieco miejsca

Taris:
Zauważanie. Po drodze zauważyłeś mały sklepik ze zwojami.
Maszerując z wolna zerknął tylko na stragany pobieżnie patrząc czy któryś czasem nie jest z odczynnikami alchemicznymi. Nadal tym samym krokiem zmierzał ku stoisku z bronią.
- No to do szczęścia brak nam jeszcze tylko kapłana - powiedział. Coś mu mówiło, że ten się włóczy i nie przyniesie nic ciekawego, ale cóż... Taris spojrzał na idących towarzyszy i symbolicznie podniósł rękę, by mieć pewność, że i oni ich zauważyli.
Kiwnął lekko głowa widzac uniesiona rekę i przyspieszył kroku by szybciej znaleźć się koło towarzysza.
Mehelhteb kierując się do stoiska z bronią przeszedł obok kupców oferujących przeróżne towary od płótna i lin, poprzez zboże i wełnę do próbek soli i rud żelaza, jednak nie znalazł nic interesującego prócz straganu zielarzy, na którym były dostępne jednak tylko zioła, które mogły zatamować co najwyżej lekkie krwawienie, a wyleczyć - niestrawność.

OC: Skaylay, że tak powiem - perły masz zamiar wśród wieprzy szukać? Jednak odczynniki alchemiczne i komponenty do czarów to u jubilera, w sklepie magicznym czy przy świątyni należy szukać. Chociażby ze względu na astronomiczne ceny.

Reszta drużyny:

Ponuro wyglądający jegomość popatrzył groźnie na drużynę, ale wobec liczebnej przewagi intruzów, wzruszył ramionami i zamknął za sobą drzwi cechu, mamrocząc coś o naiwniakach, którzy zginą w szczerym polu, nie dadząc mu uczciwie zarobić na życie. Kupiec bławatny natomiast pokazywał postawnemu, acz starszemu jegomościowi belę satyny, która to z całą pewnością nie miała trafić do garderoby jego żony.
-Straszne nudy w tym mieście. Żadnego świętowania, żadnego oddawania hołdu bogom przez ceremonie i inne fajnie wyglądające rzeczy.- powiedział Taris po czym popatrzył po zabudowaniach na placu.- Tylko szare budynki. Chyba najciekawiej będzie jak wrócimy do tawerny. Jestem za tym by coś zjeść, ale nasz kapłan, który mógłby zrobić nam coś za darmo, gdzieś się pałęta.
-Jak będe się tak kręcił ze środka i na zewnątrz to nic nie załatwie.- pomyślał.

-Idę zobaczyć nasze pokoje, może mają ładny widok.- powiedział i skierował się z powrotem do karczmy.

OC: Kto szuka ten znajdzie ? ; p


Zatrzymał się przy jednym ze straganów.
-Ile sobie życzycie za całą sakw soli? I za te parę kuleczek rudy żelaza ile? -Spojrzał obok.
-Czy znajdę tu gwizdek? -Powiedział radośnie robiąc sobie przyjemność z tak trywialnych rzeczy.

Mehelhtab:
- Za sakwę soli? To będzie z 5 funtów - kupiec szybko liczył. - Za mniej niż 30 danterów nie oddam. Żelazo po 100 za wóz z dostawą za 2 miesiące.

Do rozmowy wtrąciła się stojąca obok przekupka.

- Gwizdek jedynie 7 taranów, dobry panie.


OC: Valgav, elverquisst kosztuje w Amnie ok. 60 sz za butelkę.
- Chodziło mi raczej o mniej więcej funta krystalicznej soli, a kuleczek potrzebuję jeno parę sztuk, góra osiem uncji w kuleczkach.

Po chwili odsapnięcia.

-Gwizdek biorę od ręki. - wziął się za odplątywanie sakwy od pasa. - W ogólę, że tak spytam, są poza ogrami jakie problemy na traktach?

Mehelhtab:
- A czy ja wyglądam na przydrożnego handlarza? - wzburzył się kupiec.
- Funt soli - wskazał na kryształ. - 6 danterów.

Handlarka podała kapłanowi gwizdek z bronzu, łapczywie patrząc na jego sakiewkę. Ten rzucił jej złotą monetę. Przekupka ugryzła ją i rozejrzała się wokół, a następnie wręczyła 3 sztuki srebra.


Mehelhtab stracił 1 sztukę złota.
Mehelhtab zyskał 3 sztuki srebra.

Reszta:
Drużyna ruszyła wolnym krokiem w kierunku gospody. Łowca i rzezimieszek z równym niepokojem przygladali się ulicznemu rozgardiaszowi. Po chwili wzrok Tarisa skupił się na wypatrzonym wcześniej sklepiku ze zwojami.
- Nie wiem co, ale coś mnie ciągnie do tego sklepiku- powiedział Taris - Idźcie zobaczyć pokoje, ja zaraz przyjdę. - po czym skierował swe kroki w stronę sklepu ze zwojami. Nie wiedział dlaczego, ale miał przeczucie, że może jednak znajdzie się coś ciekawego, a tak w sumie to zawsze chciał się nauczyć czytać z jakiegoś zwoju.
-Daj pan tego funta a zapłacę i osiem danterów za dorzucenie do tego dwóch garści kulek rudy żelaza.

Obracając sztuki srebra w dłoni.
-Żywo żywo, nie mam całego dnia.

Mehelhtab:
Kupiec skrzywił się, po czym dał za wygraną, odłupał kryształ soli, dorzucił parę grudek rudy i wyciągnął rękę po złoto.

Taris:
Wszedłszy do sklepu Taris zauważył cudzoziemca o oliwkowej skórze w turbanie . Ten życzliwie uśmiechnął się do łotrzyka i spytał.

- Reynaldo y Hassim do usług, najlepszy sklep z czystymi zwojami, pergaminami, atramentem i księgami w całym mieście.

Na kolejnych półkach sklepu leżały starannie poukładane zapasy sklepikarza. Ostatnia z nich zawierała przynajmniej kilkadziesiąt ksiąg. Kilka z nich było zapisanych na zwojach znad Jeziora Pary, inne na znajomym, cienkim bydlęcym pergaminie, a pozostałe były dziwne. Z boku można było dostrzec cienkie stronnice.


Reszta:
Drużyna z marsowymi minami podążała powoli w kierunku tawerny.
-Witam - powiedział Taris do uśmiechniętego sklepikarza. Zaczął się rozglądać czy nie ma tu czegoś specjalnego.
-Jest może zwój ciemności na sprzedaż? - zapytał, ale nie przerywał swoich ciągłych przeszukiwań. Szukał szczególnie jakiejś ciekawej książki, gdyż czasem brakowało mu zajęć w podróży z dziury do dziury, bądź czasem miasta.
-A jakiś bestiariusz? - kontynuował zapytania Taris.

Taris:
- W moich progach niedostępna jest magia - odparł sprzedawca. - Jestem tylko skromnym księgarzem, który handluje też atramentem i pergaminem.

- A co do bestiariusza? To ta pięknie iluminowana księga skopiowana w Świecowej Wieży was może zadowolić - podszedł do grubej księgi oprawionej w bydlęcą skórę. - Tylko 300 danterów.

Avelyn chciał powiedzieć o tym, o czym się dowiedział, już wcześniej, ale uznał, że lepiej poczekać do czasu, kiedy wszyscy siądą wygodnie w Ścieżce Tymory i będzie czas na spokojne omówienie sprawy. Dlatego wolnym krokiem zmierzał w stronę karczmy, rozglądając się przy tym po mieścinie. Nie podobał mu się cały ten rozgardiasz, ale i tak przyjmował go ze stoickim spokojem.
Wręczył osiem danterów po czym szybko zabrał w stronę płatnerza i kuźni.

Mehelhtab stracił 8 sztuk złota.
Avelyn, Angmar, Bashir:

Ścieżki Tymory były już bardziej zapełnione niż przed paroma godzinami. Przy prawie połowie stołów siedzieli inni poszukiwacze przygód, przedstawiciele drobnej szlachty i potencjalni zleceniodawcy.

Z barmanem rozmawiała wysoka, mająca ponad siedem stóp wzrostu kobieta, wobec której mężczyzna okazywał wyjątkowy szacunek. Długi miecz przytroczony do jej boku i atletyczna budowa ciała wskazywała na to, że walka nie była jej obca.

-Była by to zapewne wspaniała księga, ale ma może pan na zbiorach coś tańszego.- powiedział wprost, gdyż podczas handlu nie lubił owijać w bawełnę. Spojrzał na najbliższą półkę i przeczytał sobie po kolei tytuły czekając na odpowiedź sprzedawcy.
Taris:
Na półce stał komplet przewodników Volo - po wybrzeżach Morza Księżycowego, Wybrzeżu Mieczy, Północny, Waterdeep, oprócz nich można było dostrzec Ustrój polityczny Cormyru, Balladę o dobrym Harfiarzu, czy też Upadek Karsusa - tragedię w 3 aktach.

- Niestety iluminowane księgi kosztują, a kapłani i skrybowie słono każą płacić za swoje usługi - westchnął księgarz. - Może ten Shou, który otworzył nową manufakturę opanuje wkrótce sztukę produkcji ilustracji?

-W taki razie rozumiem, że żadnego tańszego bestiariusza nie dostanę - powiedział - a nie ma żadnych bez ilustracji? Opis wystarczy - żadna z książek na półce nie była jak dla niego ciekawa, gdyż nie widział sensu w kupowaniu czegoś co się nie przyda, a opcja może się przyda, oznaczała, że się nie przyda.
-Aha ile kosztuje czysty pergamin i atrament?

Taris:
- Niestety nikt nie wpadł na taki pomysł, wielce szanowny panie - uśmiechnął się Turmijczyk. - A atrament kosztuje 6 danterów za fiolkę, arkusze pergaminu są po 2 tarany. W promocji fiolka i tuzin arkuszy za jedyne 8 danterów.
Począł zmierzać do jakiegoś porządnie wyglądającego, wolnego stolika, lustrując po drodze wszystkich bacznie.
-Wielka szkoda.- powiedział- A z promocji skorzystam, ale niestety żadnej książki nie znalazłem.
Zapłacił sklepikarzowi 8 sztuk złota, wział towary i skierował się powoli do tawerny, gdzie czekała reszta drużyny.

Bashir udał się za towarzyszem również rozglądając się dookoła, lecz raczej w celu wybadania tutejszego menu niż w poszukiwaniu ewentualnego zagrożenia. Nie dość iż był głodny to zdecydowanie brakowało mu chociaż paru łyków jakiegoś trunku i miał zamiar to zaraz zmianić
OC: Pogadajcie sobie trochę w gospodzie, zamówcie drinki itp. itd. Ja coś więcej skrobnę grubo po północy.

Taris stracił 8 sztuk złota.

Mehelhtab:
Przenośna kuźnia uśmiechała się do kapłana. Wokół na krzyżakach były wystawione metalowe zbroje, a na stojakach ostrza. Jeśli kapłan mógł dostrzec, to sprzedawca, który musiał być byłym żołnierzem znał się na rzeczy, głośno zachwalając mistrzostwo kowala, który tymczasem brał formę na nagolenniki od jednego z klientów.

Reszta:
Ostatni do tawerny wkroczył Taris, przeklinając wielkość niesionych zwojów pergaminu.
Bashir siadając przy stole od razu zawołał w stronę karczmarza
-Podaj mi tu jakiś mocny trunek i coś do jedzenia. Ino zaraz - a następnie odwrócił się w stronę swych towarzyszy jak by tylko czekał co mają ciekawego do powiedzenia

- Więc dowiedzieliście się czegoś ciekawego? - zaczął rozmowę Taris gdy usiedli przy wolnym stoliku.
-Wielkim odkryciem to nie jest, ale te pustki to wina ogrów. Tutejsi nie lubią Czerwonych magów, kimkolwiek oni są - Taris ściszył trochę głos. - Widziałem, jak strażnicy wysłali gońca na widok naszej drużyny, albo kogoś, przy wjeździe.

Powiedział już normalny głosem:
- Tak poza tym to cydr tu jest nawet dobry.
Taris poprawił przeszkadzającą mu przepaskę na oku i upychał do swojej małej torby pergamin i atrament. Nie był pewien czy zdoła, ale jednak jakoś weszło.

Avelyn Tur'amarth:

Avelyn nie podążył od razu za towarzyszami, podchodząc najpierw do karczmarza. Skinął głową na powitanie w stronę kobiety, po czym cierpliwie odczekał, aż skończy rozmowę z karczmarze.

- Przydałoby się trochę wina - powiedział cicho w jego stronę, po czym odchrząknął i powtórzył, zdając sobie sprawę, że w takim hałasie karczmarz na pewno go nie usłyszał. Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę stolika zajętego przez towarzyszy, siadając na jakimś wolnym krześle.

Dla każdego, kto przebywał z nim trochę czasu, było jasnym, że jest raczej spięty. Siedział sztywno wyprostowany, co i rusz nerwowo pocierając śnieżnobiałą, dobrze przystrzyżoną brodę, i rozglądał się po karczmie spod kaptura.

- Ja również słyszałem pogłoski o ograch. Podobno potrzebni są chętni do walki z ogrzymi magami, a domyślam się, że praca jest nieźle płatna, bo wielu chętnych nie ma. Nie wątpię, że będzie można się trochę potargować - łowca uśmiechnął się słabo i skinął z szacunkiem głową w stronę zaklinacza. Sam niezbyt potrafił się targować, ale wiedział, do czego zdolny jest Angmar.

- Więcej informacji dowiemy się u burmistrza, kapłanów w teatrze tudzież u właścicielki tej karczmy. Proponuję porozmawiać z tą ostatnią, skoro itak już tu jesteśmy. Co wy na to?


OC: mam małą prośbę... czy możecie przed każdym postem albo ew w postach chociaż raz wpisać imię swojej postaci? Bo jeszcze nie każdą kojarzę i ciągle muszę zaglądać na pierwszą stronę .
OC: Może wam się przydać Lands of Intrigue do AD&D, który Wizardsi udostępnili za darmo na swojej stronie.

Rzut grupowy. Zauważanie.

Grupa w gospodzie.
Avelyn i Taris mieli dziwne wrażenie, że właścicielka gospody, nie dość, że przytłaczała ich wzrostem i mogłaby zapewne ich wszystkich wyrzucić jedną ręka za próg lokalu - to zainteresowała się ich grupą.

Kiedy urodziwa, acz korpulentna dziewoja przyniosła im napoje - karafkę wina z Moonshae, zzar i butelczynę cydru, nie spuszczała z nich wzroku jakby szacując ich wartość.

- Jak już wspominałem cydr tu jest naprawdę dobry - mówiąc to, wziął buteleczkę cydru - Tymorze dzięki, że nie ma tu niewolnictwa - rzekł Taris, gdy zauważył, że kobieta im się strasznie przygląda.
Wziął kolejny łyk jabłkowego cuda i kontynuował.
- Witam, jak widzę na ulicach są dość duże pustki, co pewnie nie przenosi się na wspaniałe dochody - wziął kolejnego łyka. - Straż też z tym nie za bardzo chce coś zrobić, nieprawdaż?

Na słowa dotyczące zadania, złota i jego zdolności lekko uśmiechnął sie jakby kpiąco. No to zobaczymy co panienka ma do powiedzenia - wypił puchar trunku duszkiem, po czym otarł usta wierzchem dłoni, wziął głęboki wdech, wstał i podszedł w kierunku właścicielki szynku. Witam wspaniałą panią - zaczął ciepłym melodyjnym głosem uśmiechając się zawadiacko i zsuwając powoli kaptur z głowy. Słyszałem, że ponoć są problemy z ogrami. Może pani coś wie, bo chętnie bym się zajął tą wesołą gromadką - uśmiechnął się lekko ironicznie i spojrzał na kobietę porozumiewawczo, starając się dostrzec w jej oczach jakieś emocje.
Alturiak 23, Rok Milczącej Harfy, Zmierzch

Dziewka służebna popatrzyła dziwnie na Tarisa.
- A co mają zrobić, panie? - odparła zdziwiona. - Przecie Barkarze to strażnicy, a nie wojacy. A te ogry wybiły całą armię najemników.

Tymczasem Tehrinna wybuchnęła śmiechem słysząc słowa Angmara.
- Trochę dla was za wysokie progi, nie uważacie? - powiedziała, przyglądając się uważnie elfowi, który sięgał jej co najwyżej do piersi. Nie sprecyzowała przy tym czy chodziło jej o próbę podrywu czy też o ogrzych magów.
- Ale jeśli szukacie pracy, to chyba będę w stanie wam pomóc.

-Dziękuje za odpowiedź- powiedział Taris zarazem uśmiechając się do kelnerki. Dopił cydr i podszedł usiąść przy barze, by móc dokładnie wysłuchać co ma nam pani olbrzym do powiedzenia. Korzystając z okazji zamówił kolejny cydr.
Siedząc i powoli popijając czekał na ciąg dalszy rozmowy i oczywiście podania szczegółów pracy.

Po słowach kobiety uśmiechnłą się do niej zimno. Nie chce pani wiedzieć, jak się pani myli... - rzekł spokojnym, obojętnym tonem. To co to za praca? - wesoły uśmiech wrócił mu na twarz.
Tehrinna roześmiała się.

- No nie gniewjacie się - powiedziała do elfa. - Po prostu nie sądze, żebyście dali sobie radę tam, gdzie cała armia Amnu poniosła klęskę. Za to... - ściszyła głos. - Myślę, że możecie być przydatni.

Kobieta przestała sie uśmechać.

- Przyjdźcie do świątyni Sune jutro rano, to może solidnie zarobicie - wyszeptała. - I dawam to okazję wyjechać się z Amnu, nie narażając się na ostrza Cienistych Złodziei czy Szóstki.

Podszedł pod sprzedawcę zaglądając to obok, to za niego na wyroby.
-Dobry masz pan tu oręż? -Starał jak najbardziej wtrącić się w pomiędzy słowa nawoływań. Szybko, nie czekając na odpowiedź, dopowiedział ofertę.
-Mam tu oto taki miecz. -dobywając miecz z żabki. -Zastanawiam się czy mielibyście tutaj równie doskonałą ciężką buławkę, bo chciałbym wymienić, za opłatą rzecz jasna.

Wyprostował się lekko czekając, już tylko, na reakcję sprzedawcy.

Bashirowi zdecydowanie spodobała się wzmianka o pracy a jeszcze bardziej o złocie.
-Polejcie mi tu tego cydru który tak bardzo chwali Taris. A skoro dopiero jutro mamy się zgłosić to może pomyślimy o noclegu? -rzekł nie mogąc doczekać się w końcu napitku

Mehelhtab:
Sprzedawca zamilkł i spojrzał na miecz.
- Posrebrzany - mruknął z zadowoleniem. - Dam wam zań ciężką buławę i posrebrzany sztylet.

Podszedł do skrzyni i ostrożnie wyjął mistrzowsko wykonaną buławę.

- Elfy z Wysokiej Puszczy ją zrobiły - szepnął konfidencjonalnie handlarz.

-Byłbym bardziej rad gdyby zamiast sztyletu to buława była posrebrzana. -Przekrzywił głowę na jedną ze stron. -Czyżby w osadzie-matce handlu nie było tak wyrafinowanego nie magicznego, nie egzotycznego towaru?
OC: Pytanie, jak chcesz zastosować stop metalu w broni typowo drewnianej? PS To jest egzotyczny stop.
Oc: Ciężki buzdygan jest cały z metalu (wybacz za 'buławkę', nie chodziło mi o dosłowną broń tylko o typ obuchów), egzotyczność w tej wypowiedzi jest raczej subiektywna : P.
OC: To zdecyduj się czy chcesz buławę (czyli w sumie ciężką maczugę) czy morgensztern
OC: w PG str. 98: w broń prosta, średnia mam i maczugę i morgensztern i buzdygan ciężki ; p, wolę buzdygan : ). Chyba że nie mają.
- Możemy powlec głownię buzdyganu srebrem, ale dopiero rankiem byłby gotowy - zamyślił się sprzedawca. - I wymagałoby zadatku.
-Powiedz tylko ile.
Taris dopił cydr i powiedział do barmana
-Więc można już rozpalać ogień w naszych pokojach - po czym spojrzał w stronę olbrzymki. - Będziemy rad stawić się jutro o ustalonej porze - odwrócił się z powrotem do barmana.
-Coś dobrego do jedzenia, dla mnie i towarzyszy - następnie ruszył w stronę stolika, gdzie siedziała reszta.

Mehelhteb:
- Z 15 sztuk złota? - pomyślał chwilę. - Niech będzie moja strata - 10.

Reszta:
- W dwóch pokojach? - spytał się elfa barman, albowiem Taris zdołał już odejść od kontuaru. - To będą cztery łóżka.
- Twój towarzysz jest raczej niecierpliwy - stwierdziła ze spokojem kobieta. - Ale ma rację, powinniście się jutro rano zjawić w swiątyni. Może być to dla was wielce zyskowne.

Taris podszedł do stolika.
- Jedzenie w drodze - i zamilkł na chwilę.
- Zamówiłem dwa pokoje co daje cztery łóżka, ale tak się zastanawiam - znów na chwilkę przerwał. - Elfy medytują w łóżku? Zapomniałem się o to zapytać. Jak będzie coś nie tak to poprosi o jeszcze jeden pokój - po skończeniu monologu Taris usiadł i w spokoju czekał na dania.

- To jak dzielimy pokoje, bo moim marzeniem nie jest spędzić nocy mając jakiegoś elfa w pobliżu - rzekł jakby od niechcenia Bashir nie mogąc się doczekać zamówionego jedzenia.
Wręczył korzystniejszą należność.
- Przybędę rano. - powiedział krótko, po czym obróciwszy się na pięcie ruszył w stronę gospody rozglądając się od lewa do prawa i od prawa do lewa za stoiskiem, czy też sklepem ze zwojami czy instrumentami muzycznymi.


Mehelhteb stracił 10 sztuk złota.
Drużyna:
Rozmowę przerwała dziewka służebna, która zjawiła się przy stole z 4 bulionami i talerzami, na których można było dostrzec solidny kawałek kaszy z zapiekaną wołowiną, gotowaną cukinię i tą nowomodną, przywiezioną z Maztiki roślinę. Jak ją zwano? Kukuruza lub jakoś podobnie.
Właścicielka lokalu założyła tymczasem ciemny żołnierski płaszcz i szybko wyszła tylnym wyjściem.


Mehelhteb:
Szybko zapadający przyjemny zmierzch, spowodował, że kapłan poczuł się wreszcie dobrze. Cienie powoli przesłaniały rynek, kupcy szybko pakowali wozy, a kramarze szybko zanosili swój dobytek do hali, gdzie zapewne zostawiali towar na noc.

OC: Instrumenty, co się samo przez się rozumie, znajdziesz w świątyni Lliiry.
Zwolnił kroku, i nie zbaczając z kierunku zaczął się dąsać od kramu do kramu, od czasu do czasu przyglądając się jak motłoch zbiera się do swych domostw by, ukryć się przed nocą.
Bashir dostrzegłszy jedzenie nie mogąc się powstrzymać rzucił się na nie. Szczególnie jego uwagę zwróciła wołowina, bo nie jest on królikiem co je same jarzyny. W tym momencie popatrzył po towarzyszach i zadał se w myślach pytanie czy elfy jedzą mięso? przynajmniej na takie nie wyglądają
Wypił powoli bulion, po czym wziął kawałek mięsa i zaczął powoli, delikatnię smakować mięso. Widać, że próbuje doszukać się w nim oczekiwanych smaków.
Tarisowi po pierwszym gryzie bardzo zasmakowało danie. Zjadł dość szybko i to starczyło, by przestać być już głodny. Nadal ciekawiło go gdzie wybrała się olbrzymka, ale cóż nie dowie się tego, więc pozostaje tylko obejrzeć pokoje.
Jedzenie nigdy nie sprawiało Avelynowi specjalnej przyjemności. Jadł, bo musiał, nie zastanawiając się nawet zbytnio nad smakami. Teraz również widać było po nim, że, w przeciwieństwie do zaklinacza, smak potrawy jest mu zupełnie obojętny. Wyraźnie widać było, że jego uwaga skupiona była na czymś innym niż jedzeniu.

Z uwagą przyglądał się olbrzymiej właścicielce karczmy, gdy ta ubierała się i wychodziła cichcem z karczmy. Dla Avelyna nie było wątpliwości, że jej nagłe zniknięcie musi mieć coś wspólnego z Bliźniaczymi Ostrzami - dobrze pamiętał, z jakim zainteresowaniem przyglądała im się kobieta wcześniej. Próbował analizować sprawę od różnych stron i punktów widzenia, ale wciąż nie był w stanie stwierdzić, o co w tym wszystkim chodzi - i przede wszystkim, jaka jest jego tutaj rola.

- A gdzie Mehelhteb? - spytał nagle, unosząc wzrok na towarzyszy. - Mam dziwne przeczucia, że byliśmy w tym mieście oczekiwani, albo że przynajmniej niektórzy jego mieszkańcy interesują się nami bardziej, niż powinni. Nie sądzę, żeby rozdzielanie się teraz było dobrym pomysłem. Może to tylko moja wyobraźnia, ale chyba lepiej się zabezpieczyć. - dodał chłodniej, patrząc uważnie na reakcje pozostałych.

Avelyn wiedział, że z całej drużyny był chyba najbardziej nerwowy i podejrzliwy, jednak nie raz ta wrodzona ostrożność uratowała mu - i chyba nie tylko jemu - skórę.

- Jeśli nasz kapłan nie dołączy do nas w najbliższym czasie, myślę że można by go poszukać.

Mehelheb- powtórzył Taris, który miał w planach już iść do pokoi, ale skoro zaczęła się rozmowa- Kapłan da sobie radę. Pewnie się włuczy i kupuje jakieś dziwne rzeczy, ale nic mu nie grozi.- poprawił niewygodną przepaskę- A jeżeli dowie się czegoś ciekawego, w co wątpie, to lepiej dla nas.- Taris otworzył swoją torbę i przejrzał zawartość.- Zapomniałem.- Wstał z miejsca i ruszył w stronę wyjścia- Jak mogłem zapomnieć.- Gadał do siebie pod nosem- Co ja mam sobie palcem pisać?- Wyszedł z Karczmy w poszukiwaniu czegoś co nadawało, by się do pisania, a w ostateczności odwiedzenia jeszcze raz sprzedawcy.
Mehelhteb:
Mehelhteb zauważył w końcu elfkę, która sprzedawała czyste zwoje czegoś, co jesli dobrze pamiętał, na wybrzeżach Morza Spadających Gwiazd, papierem, a do tego atrament ze smoczożółwiej krwi i delikatne piórka.

Studentka - pomyślał. - Dorabia sobie do czesnego.


Taris:
Kamienice rzucały coraz dłuższe cienie. Jeśli chciał cos kupić musiał się pospieszyć, bo sklepy w każdym szanującym się mieście, zamykały swe podowje o zachodzie słońca.
Zatrzymał się na chwilę mierząc elfkę wzrokiem. Po chwili namysłu przetarł twarz dłonią i ruszył w jej stronę.
- I tyle, jeśli chodzi o trzymanie się razem. - powiedział ironicznie Avelyn, odprowadzając Tarisa spojrzeniem. - Nic to, nie wiem jak wy, ale ja idę się wyspać. Jednak w razie, gdyby coś się działo, zbudźcie mnie. - dodał poważnie, przyglądając się pozostałym przy stoliku towarzyszom.

Wstał powoli od stołu, po czym skinął przyjaciołom głową na pożegnanie i ruszył wolnym krokiem w stronę karczmarza. Zapłacił mu za jedzenie i wynajął pokój, a następnie skierował się na schody prowadzące do góry.

-Nie warto marnować czasu, a pióro dużo kosztować nie może.- mówiąc Taris szybko ruszył w stronę sklepu ze zwojami w którym był wcześniej.
Chwile później Taris już był przy sklepie.
-Zapomniałem.- powiedział na wejściu- Jest może pióro, albo coś innego do pisania?

Bashir również udał się w kierunku swojego noclegu. Sen po dobrym posiłku wydawał się mu zbyt kuszącym pomysłem by móc go odkładać na później tym bardziej, że wieczór nie wyglądał się na ciekawy, a za to jutrzejszy dzień zapowiadał się interesująco.
Wstał i udał się na spoczynek wyraźnie znudzony tym dniem.
Zatrzymał się bezpośrednio przy kramie zerkając bezinteresownie na jakość kart papieru, piór i atramentów.

Odchrząknąwszy zaczął. -Słucham, czymże możesz mnie przekonać, że warto wydać ciężko zarobione złoto akurat przy tym kramie? -Podniósł wzrok na dziewkę szukając dowodów na swoje domysły.

Nie czekając na odpowiedź uśmiechnął się, jeśli w ogóle można to było nazwać uśmiechem; wymuszenie podniesione kąciki ust i przymrużone oczy były bardziej zabawne niż szczere.

Mehelhtab:
Elfka rezolutnie się uśmiechnęła.
- Niewiele tego jest, ale sam przedni towar. W sam raz dla kapłana - kobieta musiała go wcześniej dokładniej zlustrować. - Atramentem można zapisać zwoje, wprawdzie karty papieru to nie to samo, ale czyż nie są o wiele bardziej poręczne?
Miała rację, cienkie arkusze papieru umożliwiały zapisanie wielokrotnie większej liczby zaklęć niż pergamin.


Taris:
Sprzedawca uśmiechnął się i pokazał na zestawy zaostrzonych gęsich piór stojące na półce.
-Ile za takie cuda? Za ten tu atrament z.. krwi, te pióro z elementami purpury z czegoś tam po ile?
-Mam nadzieję, że to nie jest wyniesiony bokiem towar z jakieś akademii i żaden jakiś tam mag z przerośniętym ego się o pióro nie upomni w przyszłości.

Mehelhteb:
- Oczywiście, że nie - obruszyła się elfka. - Za doskonałe pióro, atrament i arkusz papieru 35 danterów. Ptaki sama oprawiałam, a atrament kupiłam od wodnych elfów z Morza Spadających Gwiazd.
-A dorabiasz do? -Rozluźniwszy się wyraz twarzy nabrał bardziej naturalnego wyglądu.
- A tak poza tym. -Zerknął na arkusz starając się ocenić na ile zapisków wystarczy. -A tak poza tym to właściwie czemu takie towary, skoro przednie, nie mają dachu nad głową? I czy zajmujesz się czymś poza sprzedażą? Przepisujesz księgi? -Starał się znaleźć jeszcze jakiś przykład, pomagając sobie wymachiwaniem ręki jednocześnie przeciągając by, być może, elfka zdradziła swoją profesję.

Mehelhtab:
- Za licencje na praktykowanie magii w Amnie trzeba słono zapłacić - westchnęła elfka. - A ja wstępować do Zakapturzonych nie mam najmniejszego zamiaru.

- A to towar poręczny, niezbyt interesujący złodziei i dostatecznie zyskowny - elfka uważnie obserwowała Mehelhtaba, który poczuł się dziwnie nieswojo. Jakby jej interesy przerastały go o głowę.

-Za ile ten komplet?- zapytał- A tak właściwie to nie potrzebne mi specjalistyczne, wystarczy najprostrze pióro.- kontynuował starając się jak najmniej wydać, a zarazem trochę się śpieszył, gdyż wolałby już oglądać pokój niż początek końca dnia.
Pokiwał głową by znaleźć trochę czasu na odpowiedź, w końcu popatrzył raz jeszcze na stoisko; westchnął.
- Mam jeszcze tyle rzeczy do przepisania, aż się nie mieści. Wezmę to pióro, atrament i arkusz papieru, a jak tylko, znalazłabyś chwilę na przepisanie i powielenie paru tekstów, za opłatą, to będę w Ścieżkach Tymory.
Dobył sakwy.


Mehelhtab:
Elfka popatrzyła rozbawiona, wzięła zapakowała sprawunki do małego wiklinowego koszyka i podała go kapłanowi, odbierając jednocześnie należność.
Mehelhteb:stracił 35 sztuk złota.
Mehelhtab zyskał wiklinowy koszyk z ok. 50 arkuszami czerpanego papieru, piórami flaminga i atramentem mającym właściwości magiczne.

Taris:
Sprzedawca wskazał na prosty komplecik trzech piór
- Jedyne trzy sztuki srebra i będzie wam dobrze służyć.

Ruszył w stronę karczmy, mając tylko 'nadzieję' że elfka zinterpretowała zaproszenie po jego myśli.
-Oczywiście- Taris zapłacił 3 sztuki srebra i pożegnawczym uśmiechem ruszył w stronę pokoju.
Alturiak 23, Rok Milczącej Harfy, Zachód Słońca

Taris i Mehelhteb zauważyli się tuż przy drzwiach karczmy, oświetlonej przez zdobione lampiony w kształcie wirujących monet. Ulice, nawet zamożnego miasta stawały się zdecydowanie nieprzyjazne po zmierzchu, zwłaszcza, że publiczne latarnie, wobec kosztów oleju zakładono tylko przy głównych arteriach.
-Witam ponownie- powiedział Taris do Mehela przy wejściu do karczmy.

- My już jedliśmy, a teraz reszta jest w pokojach i idę do nich dołączyć - mówiąc to zerkał co nowego doszło w uzbrojeniu i ekwipunku kapłana. Nie był pewny czy nie widzi broni, przez to że płaszcz mu zasłania, czy przez to że ten jej nie ma, ale mniejsza z tym. Po wejściu od razu poszedł do pokoju.

Skinął głową przelotnie po czym ruszył szybko w stronę stolika już wyciągając parę złotników. Położył koszyk na kolanach wyciągając z niego atrament, pióro i trzy kartki papieru.

Z zakamarków torby wygrzebał także swą księgę układając ją pieczołowicie zaraz obok. Podniósł łeb zaglądając od lewa do prawa za kimś z obsługi tegoż przybytku.

Będąc na górze rozejrzał się po swoim pokoju i westchnął cicho jakby życie przynosiło mu ogromny ciężar.
Alturiak 23, Rok Milczącej Harfy, Wieczór

Po chwili do kapłana śleczącego nad księgą, podeszla dziewka służebna z pytającą miną twarzy, jakby się zastanawiała czy ma gościowi przerwać, czy też ten pochłonięty lekturą nie zmieni ją z karę w ropuchę.

OC: Skaylay, jak masz zamiar coś poza lekturą, jedzeniem robić, to byłoby miło, żebyś zasygnalizował to w następnym poście, bo to był dla wszystkich męczący dzień
Taris wszedł do pokoju i usiadł na ostatnim wolnym łóżku.
-Jestem ciekaw co zrobi kapłan jak się dowie że nie ma więcej wolnych łóżek.
Nie zamierzał się wypakowywać, gdyż był przyzwyczajowny do tego, że musi nagle w nocy zacząć uciekać. Poprostu położył swoje rzeczy przy łóżku. Nie zamierzał już nigdzie wychodzić, ani nie spodziewał sie by ktoś obcy tu wchodził, więc spokojnie zdjął przepaske z oka. Położył torbę z mieczami obok, by miał łatwy dostęp i czekał na to co zrobi kapłan.

Zaklinacz postawił plecak na łóżku,i począł przygotowywać się jakby do treningu, po chwili uświadomił sobie jednak, że nie ma licencji na uprawianie czarów w Amn i skrzywił się wyraźnie jakby zadano mu ogromną cietą ranę.
Rozluźniwszy tylko pętle pancerzyka zaczął dzielić trzy kartki na w miarę podobne do siebie cztery części. Ukradkiem zerknął w stronę służki.
- Możesz podać jakiegoś jadła, nie za tłustego, oraz coś do picia, ale nie alkohol. -Uśmiechnął się na siłę.

Po dłuższej chwili namysłu nasączył końcówkę pióra atramentem i zaczął kreślić fragment 'świętego' tekstu na wolnych, nowych, małych kartkach papieru.

W między czasie uzupełniał księgę z modlitwami o własne konkluzje, wolne myśli i idee, z chwili na chwilę popadając coraz ciężej w ulubione swoje zajęcie.

Już po posiłku i napitku zaczął pisać, układać kolejną z tysięcy modlitw i wychwaleń z zwrotem do patronki:

'Słodkiej goryczy płyną myśli,
Hen w górę brną wersety szare;
A jutro doskonały plan się ziści,
Rankiem świat powalając w marę.

Myśli me powierzam tylko Tobie - całe serce moje.
W ciszy wyznaję Ci swoje marzenia - nie do spełnienia.
Dla Ciebie kontynent poruszę - zaprzedając duszę.
Tylko Tobie ufa me oko - dobre imię zostawiam obok o...

Szybko doliny mgła wypełnia,
Hamuje poranek Twych słów potęga;
Atakując kolorowe sny za dnia,
Radośnie wierzchołków serc dosięga.'

Wziął parę wolniejszych wdechów wyciszając się, zamknął oczy, uwolnił myśli starając się wyczuć najdrobniejsze kontakty z cieniem.

-O.. niestety zaczyna świtać.



OC: Kompresja czasu xD
Alturiak 24. Rok Milczącej Harfy, Świt.

Angmar Dur, Mehelhtab, Avelyn: zaklęcia odświeżone

Noc minęła spokojnie. Za to świt...
Uszy łowcy prawie zwiędły od pierwszych odgłosów młotka tuż przed wschodem słońca. Te jednak wraz z pierwszymi promieniami słońca, zamieniły się w kakofonie dźwięków jakże typową dla sporego miasta.

Wkrótce drużyna usłyszała stukanie do drzwi swoich pokojów, które się po chwili otworzyły, a do środka beztrosko wkroczyły dziewki przynosząc im cynowe misy i dzbanki z gorącą wodą oraz zapraszające na śniadanie.

Sądząc po unoszących się w powietrzu zapach, ktoś wypiekał placki, używając przy tym czosnku oraz dużej ilości sera.


OC: Jeszcze jedno - kapłan ma 7 dni na popełnienie niecnego czynu
Taris pierwsze walnięcie młotem od razu zerwało na nogi. Szybko założył przepaskę zanim weszły dziewki. Skorzystał z przyniesionej wody, poczym ruszył na dół do stolika gdzie siedział kapłan.
-Witam, jak się spało?- zapytał z uśmiechem na twarzy i usiadł po przeciwnej stronie stołu. Rozejrzał się i dał znać machnięciem ręki do pierwszej służki jaką zobaczył.

Początek dnia zaczął się pięknie. Nie dość że dostali ciepła wodę to w powietrzu było czuć zapach śniadania. Bashirowi sie to zdecydowanie nie przeszkadzało.
Kawał wolnego czasu zajęło mu patrzenie jak świt wypiera cienie u zarodka. Z przekrzywioną głową, podpartą na dłoni, wspominał sobie stare dobre czasy. W pewnej chwili wzdrygnął się, szybko spakował rzeczy do torby i dociągając pasy w jeszcze większym pośpiechu ruszył w stronę płatnerza, myśląc że powinien załatwić swoje sprawy tam, w powrocie zawitać u szewca i zdążyć jeszcze na śniadanie.
OC: Hm... Zdążysz zjeść śniadanie zanim skończą się bawić z twoim buzdyganem.
Macham macha, a dziewka nie chce podejść - pomyślał Taris, po czym ruszył w stronę baru.

- Witam, pięć porcji dla mnie i towarzyszy - zastanowił się przez chwilę nad tym co mówił wojownik, czy elfy jedzą mięso, mniejsza z tym, jak nie to oni zjedzą.- Do stolika gdzie siedział całą noc kapłan - mówiąc to uśmiechnął się i ruszył z powrotem na miejsce.

Dziewka podeszła i przyniosła drewniane talerze.

- Na śniadanie mamy damarski stół, wskazała spokojnie na stół wypełniony chlebem, serem, podpłomykami z czosnkiem, warzywami i suszonymi owocami.

-Rozumiem, że możemy się... częstować czym chcemy- Taris wstał i nałożył sobie chleb z serem oraz mase suszonych warzyw. Wrócił do stolika i zaczął jeść. Nie mógł się doczekać, aż skończy się śniadanie i pójdą na spotkanie. Był bardzo ciekaw co się święci.
- I znowu się zaczyna. - były to pierwsze słowa Avelyna zaraz po przebudzeniu. Westchnął cicho i położył na plecy, wpatrując w sufit i przysłuchując dźwiękom dochodzącym z zewnątrz z kwaśną miną.

Po dłuższej chwili łowca wstał, przemywając się w ciepłej wodzie. Mężczyzna ubrał się i zabrał wszystkie swoje rzeczy, przypuszczając, że już tu dzisiaj nie zawita. Rozejrzał się po pustym już pokoju i uśmiechnął ponuro. Zwykle był pierwszym na nogach, ale wyglądało na to, że dzisiaj jako ostatni wygramolił się z łóżka.

Pół-elf wzruszył ramionami i leniwym krokiem skierował się w stronę schodów, schodząc po cichu na dół.

- Dzień dobry. - uśmiechnął się w stronę towarzyszy, lecz zanim się dosiadł, podszedł najpierw do stolika pełnego jedzenia i nałożył sobie wszystkiego po trochu. Następnie skierował się do stolika, przy którym siedzieli jego towarzysze, i dosiadł się na wolnym krześle.

- Jak samopoczucie, panowie? Widzę, że wszyscy w dobrym humorze. - zachichotał cicho, po czym dodał nieco poważniejszym tonem - Smacznego.

Spojrzał na stół, westchnął dość dosadnie i rzekł tak jakby lekko z musu - Smacznego.

Zaczął brać kawałki chleba i sera, i jeść powoli jak zwykł to czynić przy każdym posiłku.

-Angmar coś taki martwy- powiedział Taris poczym wział gryza kanapki z serem- Może wreście coś się będzie działo, a tu smuty jakbyście lewą nogą wstali.- spojrzał czy wszystko zabrał z pokoju, poczym poszedł nałożyć sobie jeszcze troche jedzenia ze stołu.
Gdy zobaczył jedzenie Bashir od razu nałożył sobie tyle ile przypuszczał iż zdoła zjeść. Trochę zawiedziony że jest tak mało potraw prawdziwie mięsnych przystąpił do konsumpcji.
Biesiadnicy w spokoju spożywali pierwszy w tym dniu posiłek, popijając pieczywo i placki to melkiem, to berduskańskim napojem, który rozbudzał umysły, tudzież prawie bezalkoholwym piwem.

Gdy już zbierali się do wyjścia, podszedł do nich barman, który wypełniając rolę surowego oberżysty spytał się:

- Czy zamierzecie zostać na następną noc czy też uregulujecie rachunek już teraz?

Taris zauważył, że jakoś nikomu nie kwapi się do odpowiedzi karczmarza, więc sam musiał to zrobić.
-Nie wiemy, więc zapłacimy teraz za to co było i prosze nam zarezerwować dwa pokoje. Jeśli się nie zjawimy do nocy, to znaczy że nas nie będzie.- Taris się uśmiechnął, poklepał kapłana po ramieniu i powiedział- Ja zajmowałem się koniami nieprawdaż.- poczym wyszedł za karczmy zostawiając reszte drużyny z zapłatą.

- No więc, który z szanownych panów pokryje rachunek? Należy się 16 sztuk złota - barman spytał się pozostające w gospodzie postacie.
Ile można czekać na byle dezycję - pomyślał Taris kręcąc się przez chwilę przed wejściem. Z nudów ruszył i przyglądał się w świetle brzasku, co zmnajduje się tu oprócz producenta wozów i tej tawerny.
- Ja zapłacę - mruknął pod nosem Avelyn, po czym sięgnął do sakwy i wydobył z niej 16 sztuk złota. Podał je karczmarzowi, dziękując za gościnę, po czym odwrócił się do reszty.

Avelyn stracił 16 sztuk złota.

- Co teraz? Proponuję od razu ruszyć na spotkanie i dowiedzieć się nieco więcej o tej robocie, którą dla nas mają. - uniósł pytająco brwi, czekając cierpliwie na decyzje pozostałych członków drużyny.
Alturiak 24, Rok Milczącej Harfy, Rano

Taris:
Taris: Zauważanie.

Z budynka na przeciwko tawerny dobiegały zapachy pieczonego miodowego chleba, zapewne znajdowała się w nim piekarnia. Wiatr, który zmienił kierunek na północny przynosił z portu zapach skóry, widać farbiarze i garbiarze mieli swój cech w okolicach portu.

Reszta:
Barman podziękował i konfidencjonalnie szepnął zaklinaczowi:
- Tehrinna czeka na was w Teatrze.

- Wasza szata powinna być gotowa - rzekł na odchodnym Mehelhtabowi. -Wstąpcie jak najszybciej do Zakhil, bo zwykle po południu jest już w sztok pijany.

Szybkim krokiem skierował się do szewca rozglądając się - tak po raz pierwszy - z zwróceniem uwagi na otaczającą go miejską panoramę.
Taris nie miał już ochoty na jedzenie, więc zapach miodowego chleba już go nie przekonywał. Postanowił nie stać jak kołek i ruszył za kapłanem, przy okazji chciał zobaczyć pierwszy co on sobie wymyślił.
Mehelhtab, Taris:
Sklep szewca był zlokalizowany tuż obok pracowni krawieckiej - cóż modnisie tego świata nie musieli przynajmniej chodzić z jednego końca miasta na drugi.Na wystawie można było dostrzec przede wszystkim ciężkie skórzane buty, często podkute żelazem - widoczny znak, że nabywcami byli głównie gwardziści. Mehelhtabowi przypomniało się po chwili, że miał odebrać czarny habit ze sklepu obok.
Kiwnął głową po czym udał się niespiesznie na zewnątrz zarzucając katur, po czym skręcił w kierunku teatru. Idąc bacznie obserwował okolicę.
Czym prędzej wybył po szatę.
Mehelhtab, Taris:
Krawiec Zakhil już czekał na kapłana z piękną czarną, ładnie podszytą szatą. Na widok Mehelhtaba uśmiechnął się i lekko skłonił głowę.
- Szata na waść czeka. Przymierzcie i powiedzcie czy nie trzeba poprawić - powiedział zachrypniętym głosem.


Reszta:
Chcąc nie chcąc, Avelyn i Bashir podążyli za zaklinaczem. Po góra dziesięciu modlitwach doszli do kamiennej bramy, za którym krył się wydrążony na zboczu wzgórza amfiteatr. W środku znajdowały się przede wszystkim kobiety, stojące przy jednym ze stoisk świątynnych. Po drugiej stronie amfiteatru można było dostrzec kilkoro kapłanów rozmawiających spokojnie ze sobą.
No to jesteśmy - starał się ogarnąć wszystko wzrokiem. To gdzie zaczniemy poszukiwania naszej damy? - rzekł z lekkim uśmeichem w kąciku ust.
W amfiteatrze na scenie pojawiła się piękna półelfka z długimi kruczoczarnymi włosami spływającymi kaskadami aż do pasa. Widownia wpatrywała się nią jak urzeczona patrząc na świetnie skrojone krwistoczerwone szaty pozwalające na podziwianie doskonałej figury kobiety.
Spokojnym, dźwięcznym głosem wygłaszała kazanie o pięknie w otaczającym nas nawet w najgorszych chwilach.

Bashir nie mógł oderwać oczu od kobiety która pojawiła się na scenie a to że była półelfką ani trochę mu nie przeszkadzało. To chyba wina tego iż podróżuje w typowo męskim gronie ale cóż to nie On dobierał sobie towarzyszy. Gdy doszedł w końcu do siebie stwierdził iż przy kolejnym postoju zdecydowanie musi znaleźć sobie jakąś dziewke na noc
Po wejściu do amfiteatru Avelyn rozejrzał się po otoczeniu, nagle zdając sobie sprawę, że nawet nie wie, po co dokładniej tu przyszedł. Jedyne, co mu powiedziano, to że ma tu przyjść żeby dowiedzieć się czegoś o pracy, jednak nie wiedział nawet, kogo ma tu szukać. Już miał zamiar podejść do rozmawiających kapłanów, gdy na scenę wyszła kobieta.

Łowca musiał przyznać, że była ładna, a do tego jej kazanie również go zaciekawiło. Dlatego ostatni raz rozejrzał się po sali, po czym wzruszył ramionami i skupił swą uwagę na kobiecie. Postanowił jednak, że jeśli w najbliższym czasie nikt do niego nie zagada w sprawie pracy, sam podejdzie do kapłanów i dowie się od nich, czego się da.

Chodzenia za kapłanem jest naprawdę nudne- pomyślał Taris.
-To ja ide do amfiteatru, dowiem się co i jak- mówiąc odrazu ruszył w kierunku celu. Był ciekaw jakie są te dziewczyny z amfiteatru, podobno przyjmują tylko ładne. Idąc rozmyślał i co jakiś czas zerkał czy mija coś ciekawego, czy kolejne nudne szare stoiska bełne rupieci.

Jedna z kapłanek, jasna blondynka o nieco nieobecnym spojrzeniu, podeszła po chwili do zaklinacza uśmiechając się tajemniczo.

- Chodźcie - powiedziała, nie wskazując celu, ale coś w jej głosie sprawiało, że nie pozostawiała wątpliwości, iż mają pójść za nią do okrągłego pawilonu znajdującego się tuż przy scenie.


Avelyn, Angmar: Zauważanie. - Siedząca w pierwszym rzędzie szatynka uważnie obserwuje wszystkich wchodzących do Teatru Radości.
Taris szedł przez miasto do swojego celu.,, już bez towarzystwa kapłana.
-Bogu dzięki, że poszedłem samemy. Kapłanek pewnie kilt, czy co tam kupił przymierza, a miał iść jeszcze po coś. Wieczność by mu to zajeło.

Szatynka uważnie obserwująca wejście przyciągnęła uwagę Avelyna, starał się jednak nie pokazywać tego po sobie. Dlatego jego uwaga pozornie skupiona była na pięknej półelfce. Dopiero po chwili, gdy usłyszał koło siebie głos blond kapłanki, odwrócił wzrok od sceny.

Spojrzał po towarzyszach, szukając u nich jakiejś reakcji na przybycie tajemniczej kobiety. Po chwili zdał sobie sprawę, że właśnie na to czekał - teraz przynajmniej nie musiał sam chodzić po teatrze i wypytywać ludzi o informacje. Dlatego wzruszył tylko ramionami, naciągnął kaptur niżej na głowę i ruszył bez słowa za kobietą.

Wkrótce Bashir i Angmar podążyli za Avelynem. Schodzili powoli w dół po kamiennych schodach pamiętających czasy świetności calszyckich imperiów. Przez drzwi pawilonu można było dostrzec Tehrinnę, która nerwowo opierała się o swój miecz.

Taris po chwili dotarł do Teatru i dostrzegł swych towarzyszy ledwo widocznych w drzwiach pomieszczenia.


Avelyn:
Gdy łowca zszedł na dół poczuł jak ktoś szepce mu do głowy z obcym, nieznanym akcentem w języku drowów.
- Co do... - mruknął pod nosem łowca, odskakując na bok i kładąc obie dłonie na rękojeściach broni. Odwrócił się gwałtownie w stronę, z której dochodził głos, próbując namierzyć jego źródło, i wytężył słuch, by dokładnie uchwycić słowa.
Zerknął na szatę, na materiał, na wykonanie. Powolutku narzucił na siebie ów habit sprawdzając czy leży, z grubsza po czasie zaczął sprawdzać szycie, ot się naciągnął, ot się pochylił.

-Chyba będzie. -Sięgnął po sakwę.

Drużyna:
Po chwili łowca zorientował się, że dźwięki ucichły. Za to siedząca w pierwszym rzędzie kobieta zaczęła się nagle rozglądać dookoła.

Mehelhteb:
Krawiec sięgnął łapczywie po należne mu złoto i jeszcze raz uniżenie sie skłonił, polecając się na przyszłość.
Mehelhteb stracił 4 sztuki złota.
- Jeśli będę czegoś potrzebował - odparł bezinteresownie na do widzenia.

Pośpiesznym krokiem ruszył w stronę kuźni.

Bashir spojrzał nieufnie w stronę łowcy. Wyglądał jak by coś go zaniepokoiło, ale równie dobrze mogło to podchodzić pod jakieś dziwne zwyczaje elfów. Mimo wszystko postanowił się upewnić więc spytał:
- Wszystko w porządku?

Taris ruszył za resztą drużyny szybkim krokiem. Im szybciej do nich dotrze, tym szybciej będzie wiedział o co chodzi.
Drużyna:
Taris dotarł do drużyny w chwili, w której lekko oszołomiony łowca rozglądał się intensywnie po amfiteatrze. Zdażył usłyszeć pytanie Bashira, ale łowcy w odpowiedzi przeszkodził głos Tehrinny.

- Wejdźcie - powiedziała kobieta i zaprosiła ich gestem do pawilonu. - Poczekajcie chwilę, wszyscy muszą się zebrać.


Mehelhtab:
Kapłan szybkim krokiem dotarł do stoiska z bronią. Kupiec popatrzył na niego przez chwilę i jakby przypominając sobie o buzdyganie pospieszył w kierunku namiotu. Po chwili wrócił dźwigając mroczny przedmiot pożądania kapłana. W międzyczasie Mehelhtab zdążył zauważyć, że na rynku nie ma elfki, którą spotkał dzień wcześniej.

- Ciężki buzdygan za miecz? Taka była umowa, panie. - zapytał powracający kupiec.

-Taa. -Odsapnął dobywając broni i wydając ją z drugą wyciągniętą po buzdygan ręką.
-To znaczy, że musimy czekać na Mehela- mówiąc to złapał się za głowę- To zajmie wieczność.- Rozejrzał się czy jest w pobliżu coś co nadaje się do siedzenia.
Mehelhtab:
Kupiec oddał buzdygan kapłana i ostrożnie wziął miecz w rękę i pogłaskał jego głownię.
- Ładna broń.
Po chwili pomyślał i podał Mehelhtabowi jeszcze parę sztuk złota.
- Część zaliczki, należy sie.

Mehelhtab stracił srebrny miecz.
Mehelhtab zyskał srebrny ciężki buzdygan.
Mehelhtab zyskał 10 sztuk złota.

Reszta:
Tehrinna usłyszawszy słowa Tarisa uśmiechnęła się:
- To nie na kapłana pragnę zaczekać.

Po chwili obok nich pojawiły się ciemnowłosa kobieta siedząca w pierwszym rzędzie i półelfka, która wygłaszała wykład o pięknie.

Pokiwał parę razy głową po czym upiął buzdygan u pasa.
-Jaka będzie najszybsza droga pod teatr? -Powiedział gotów ruszyć tym razem już nieco wolniej.

Mehelhtab:
- Pójdźcie do murów i skręćcie w lewo. Pójdziecie wzdłuż murów, przejdziecie obok bramy i za dwie modlitwy będzie teatr. - odrzekł kupiec. - Ino na mowę za późno, a na concerto za wcześnie.
-Skoro tak mówisz. -Odrzekł ruszając wedle objaśnień.
-Bogą dzięki.- powiedział Taris. Odrazu mu ulżyło, że nie będzie musiał stać tu i czekać.
-Witam panie.- zastanawiał się, czego może dotyczyć to zadanie. Może coś zalęgło się pod teatrem, a może kogoś porwano, ale nic sensownego nie przychodziło mu do głowy
.
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • latwa-kasiora.pev.pl