ďťż
Z woli Kerynsuoressa


Bo człowiek głupi jest tak bez przyczyny



Był wczesny ranek. Słonce nieśpiesznie wyłaniało się zza horyzontu. W półmroku elfiego lasu gęsta mgła wciąż rozciągała się między drzewami. Respen wciągnął głęboko powietrzne upajając się wonią lasu. Smakiem nowego dnia. Nie przyniosło mu to jednak upragnionego ukojenia, zaledwie na ulotną, z perspektywy jego długiego, elfiego życia, nieistotną chwilę, oddaliło troski. Las był dzisiaj inny. Niespokojny. Również czuł, że wydarzyło się coś strasznego. Respenowi zdawało się, że liście każdego otaczającego go drzewa szeleściły ostrzegawczo, ze strachem wspominały dzień poprzedni.

Również jego własne serce przepełnione strachem bolało go z każdym uderzeniem. Co się stało? Jaka niecna myśl skłoniła ponad setkę jego braci do opuszczenia rodziny i przyjaciół? Gdzie są teraz ? A przede wszystkim – kim jest ten Kerynsuoress, przez którego zaprzepaszczono delikatny spokój Aeris? Jaką korzyść miałaby przynieść władza nad całą wyspą, nad jej równinami i górami?

Respen nie interesował się polityką. Nudziła go, a zarazem napawała obrzydzeniem. Te lasy były jego domem, nie ważne było czy ktoś wyrysuje w jakiejś mapie granice przez nie przebiegające. To nadal będzie jego dom, po którym będzie wędrował wedle jego woli. Razem z bratem…

Zapędzając się w myślach prawie zapomniał. Zapomniał o tym bólu, który odrzucił od siebie jak najdalej. Ristel również zniknął. Jego brat przepadł bez wieści i zapewne dołączył do Kerynsuoressa.

Słońce wzniosło się już na tyle, aby rozświetlić leśną mgłę białym blaskiem. Respen ruszył żwawo w stronę skraju gęstwiny, pogrążony w ponurych myślach. Coś kazało mu spojrzeć na równiny, na miasto w oddali, które wczoraj było świadkiem początku tego szaleństwa.

- Respen! – usłyszał przed sobą. Prawie go nie zauważył. Zaszumiało mu w uszach, krew zawrzała w żyłach. Stał na wprost niego. Ristel. To był Ristel.
Jego brat z uśmiechem na ustach opierał się o konar. Było w nim jednak coś obcego. Blask w oku, którego Respen nie znał. Pewność siebie, która była prawie hipnotyzująca.
- Nie przywitasz się nawet? – przerwał ciszę Ristel.
- Gdzie byłeś? Wiesz, na Liściastego Pana co się dzieje?!
- Oczywiście, że wiem. Lepiej, aniżeli sądzisz. I przyszedłem, abyś i ty mógł się o tym przekonać bracie.
- Słucham?!
- Święty Wojownik wezwał nas do walki o naszą dziedzinę. Jemu się nie odmawia bracie.
- Zmysły postradałeś? To jest nasza dziedzina, nasz las i nasz dom. Po cóż nam więcej?!
- Zasmucasz mnie bracie…

Respen dopiero teraz zauważył, że nie są sami. Otaczali go. Przeklął w myślach swoje roztargnienie wiedząc, że nie ma się już gdzie wycofać. Spojrzał w oczy brata. Pewność siebie przemieniła się w coś innego. W fanatyczne oddanie. Nie zniknęło ono, gdy Ristel dobył miecza i ruszył w stronę brata.
Elf rozejrzał się nerwowo. Nie miał szans, nie miał szans z nimi wszystkimi. Dobył łuku. Pierwszą strzałą trafił elfkę, która na własne nieszczęście odsłoniła się. Padła na ziemię. Drugiej strzały nie dał już rady posłać. Poczuł sztylet wbijający mu się między żebra.
Ostatnią rzeczą, jaką zobaczył, była twarz kochającego brata, gdy klinga jego miecza przeszywała go na wylot.

- Z woli Głosu Aeris, chwała Kerynsuoressowi.

Już nic nie słyszał. Arvandor czekał.

Zaginione elfy widywano wdające się w śmiertelne walki z własnymi współbraćmi, którzy próbowali je powstrzymać. Wieści mówią paru bratobójczych walkach, a także o atakach na współbraci próbujących pomóc zaatakowanym nie-elfom.


*Dragan widział na własne oczy jedną z takich bratobójczych walk. Wspomógł nawet "nasze" elfy wysyłając dwóch Separatystów do Arvandoru. Dwóch z tylko tego jednego komanda spośród kilku, które miały nieszczęście się na niego dzisiaj natknąć.*
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • latwa-kasiora.pev.pl