ďťż
Skutki polowania


Bo człowiek głupi jest tak bez przyczyny

Nad ranem do Aulos przybyli pierwsi ludzie niosący niepokojące wieści. Wyglądali fatalnie - podkrążone oczy, zaczerwienione źrenice, co jakiś czas rzucający za siebie spojrzenia czy oby nikt ich nie śledzi. Coś zakłóciło ich spokój tej nocy - nieszczęśni goście Karczmy Pod Trzema Mieczami...

Miasto zawrzało od plotek. Ponoć huczną zabawę towarzyszącą sukcesowi Wulgarów Creyna przerwało wilcze wycie, porykiwania niedźwiedzi, a nawet piski ptaków, które obsiadły dach oraz okoliczne drzewa. Zwierzęta szalały wokół Karczmy całą noc, wielu nie zmrużyło oka. Rankiem wszystko ucichło - ucichła też Karczma, którą goście zaczęli opuszczać w strachu przed gniewem natury.

Ostatnim wchodzącym był Łowczy Aeris, niósł przerzuconą przez bark białą wilczą skórę. Jego twarz wyrażała niezadowolenie - polowanie widocznie nie przebiegło po jego myśli...

W następnych godzinach do miasta zaczęli schodzić myśliwi - gdy las się gniewa role myśliwego i zwierzyny odwracają się.


*Krasnolud, jako iż noc spędził całą za bezpiecznymi murami miasta, całą noc słyszał gniewne krzyki lasu. W zamyśleniu ciągnął rudą brodę, raz po raz zaciągając się hebanową fajeczką. Siedząc na samotnej skale, gdzieś, na jednej z wielu górek Aeris, przyglądał się morzu. Zmęczony po całonocnym polowaniu na odział zwiadowczy orków* Cóż takiego stać musiało się iż cały las podniósł się wygodnego posłania by oznajmić swoją obecność?
Żona Namiestnika Nowego Aulos w zamyśleniu obserwowała przybywających do Aulos ludzi. Jej zielone oczy błyszczały dziwną pasją, gdy głowę odwróciła do rodzeństwa, z którym przyszło jej tego poranka jeść śniadanie.
- Niedobrze, kiedy zaczynają naruszać cudze lasy, prawda? - spytała, trochę retorycznie, cormyrską manierą przeciągając sylaby - Polowanie na innym terenie łowieckim... ech, na kły uświęconego Malara, to skończy się co najmniej źle.

Czerwonowłosa Kobieta zajmowała się w tym czasie spożywaniem typowo Cormyrskiego jedzenia i popijała winem, które specjalnie zabrała ze sobą z swojej ojczyzny. Po przełknięciu części jedzenia poprawiła swojego młodszego brata by siedział bardziej wyprostowany podczas posiłku, a następnie spojrzała na swoją siostrę bez żadnej konkretnej miny.
- Wtargnięcie na czyjeś ziemie bez powodu to prawie jak delikatna aluzja dla wyznawcy Tyra czy chciałby zagrać w kości za pieniądze. Każda wierna istota swoim ziemiom powinna odpowiedzieć tym samym, co napastnicy. Oko za oko, ząb za ząb. Taka jest miara Purpurowych Smoków. Wszystko by bronić naszej ukochanej ojczyzny..
Opuściła dalszą dyskusję rozkoszując się przeraźliwie dobrym jak dla niej Winem.


*wzdłuż Traktu od Karczmy Pod Trzema Mieczami, aż do murów Aulos, przemykając bezszelestnie od drzewa do drzewa, milczący osobnik ubrany w zwierzęce skóry, z twarzą przysłoniętą maską Kręgu, okryty szerokim, zielonym płaszczem z kapturem naciągniętym na głowę, śledził z uwagą wędrowców.
Nagle coś przykuło jego wzrok. Łowczy Aeris zmierzał do Aulos, a przez jego bark przewieszona była biała, wilcza skóra. Zamaskowany osobnik wstrzymał oddech i odruchowo sięgnął po łuk przewieszony przez plecy. Po chwili jednak opuścił ramię i tylko śledził Łowczego wzrokiem, który mógłby przewiercić głaz na wylot. Potem cicho jak cień ruszył jego tropem. Tak dotarł pod mury Aulos*

Przynajmniej wiemy gdzie jej szukać... I od kogo żądać jej wydania...

*mruknął do siebie, odwrócił się i zniknął w gęstwinie*
Szarodziej obruszyl sie niespokojnie gdy zostal poprawiony (przecież on zawsze siedzi z gracją należytą ambitnemu, chaotycznemu czarodziejowi, rozpuszczonemu dziedzicowi - trza dodać) i pokręcił głową.
-Polowania-smiania. - stwierdzil i wrocil do jedzenia.
*Rudowłosa kobieta w pełnej zbroi stojąc obok wysokiego wojownika w hełmie przemawia w karczmie w dokach Aulos*
Druidzi karmią swe bestie nieszczęsnymi ludżmi żyjacymi z lasu...za nic majac jakiekolwiek poczucie przyzwoitości bądz litości. Nieszczęśni myśliwi rzucani są przez nich na pożarcie wilkom, a gdy grupa śmiałków, majacych na celu dobro mieszkańców wyspy zabije owe bestie...zaczynają grozić i ich domostwo nachodzić. Przeto wzywam was dobrzy ludzie..i wy poszukiwacze szczęścia, byście mając na względzie dobro własne i rodzin swoich mieszkajacych na wyspie pośpieszyli z pomocą bohaterom, którzy za was i wasze rodziny ryzykowali życiem, zanim wilcze hordy przez druidów łaknących krwi waszych dzieci prowadzone zawyja u waszych drzwi.
W czasie, gdy Lady Calantar dysputowała ze swoim szlachetnym rodzeństwem o feralnym polowaniu, Lord Calantar siedział przy stole z zamyślonym wyrazie twarzy. Nic w zasadzie nie zjadł, swoim zwyczajem zresztą. Sielską atmosferę przerwało wtargnięcie dowódcy jednej z kohort Legionu Szafirowej Dłoni. Oficer po przekroczeniu drzwi balkonowych natychmiast stanął na baczność i zasalutował. Gdy Namiestnik oddał salut, żołnierz ukłonił się Pretorowi Nowego Aulos (skądinąd namiestnikowej małżonce) oraz Amandine i Etienowi, po czym odrzekł.

- Lordzie Calantar. Rozkazy zostały rozesłane do Straży i po kohortach zgodnie z pańskim rozkazem.
- Doskonale. Proszę mnie informować na bieżąco i wszystkich posłańców z innych Lenn kierować bezpośrednio do mnie. A teraz może pan odejść.


Oficer ponownie zasalutował, obrócił się na pięcie i wyszedł. Wówczas coś chlubotnęło w stojącym w rogu balkonu akwarium. Dragan zerknął przez ramię na jego zawartość, po czym wziął w dłoń pieczone udko bażanta i rzucił je w stronę akwarium.

- Masz Larloch. Jeszcze trochę, to ktoś postanowi upolować mojego kota. Albo twojego, kochanie. No, ale cóż... Zawsze powtarzałem, że Aeris to osobliwa wyspa. Lepiej się do tego nie mieszać bardziej, niż wymaga tego od nas prawo.

Kot morski należący do namiestnikowskiej pary (Warto dodać, że przyznaje się do niego tylko Namiestnik) rzucił się na kawał mięsa roznosząc go w strzępy i pożerając. Dragan zaś wrócił do swoich rozmyślań...
*na jednym z drzew otaczających karczmę siedziała zamaskowana postać w maskującej zieleni z maską Kręgu na twarzy, lustrując zabudowania i okolicę wokół nich nie bojąc się zwierząt krążących wokół. Rano kiedy ludzie opuszczali karczmę obserwował ich z ukrycia szukając konkretnej osoby. Gdy ją zobaczył niosącą skórę białego wilka posłał w jego kierunku strzałę ostrzegawczą która wylądowała kilka kroków przed nim. Zaraz po tym zszedł z drzewa i znikną w gęstwinie lasu*
*Dzika awantura. To było to, co zrobiła Keeira, kiedy usłyszała pierwsze wycie wilków. Wykorzystała przy tym całą, niemałą w końcu, moc swego głosu. nawet Frędzel skulił się w koncie. Na koniec bardka poszła na górę, wraz ze swym psem i znanymi sobie sposobami wyciszyła swój pokój tak, że żadne odgłosy Natury nie zakłóciły jej snu. Następnego ranka drzwi karczmy uchyliły się i an podwórze wybiegł pies. Był wielki, miał ogromne zębiska i czerwonawe ślepia. Przez chwilę węszył zajadle po czym ruszył w las.*
*rosły wojownik towarzyszący rudej kapłance w dzielnicy portowej miasta Aulos nie zagrzał tam długo miejsca. Wyproszony przez strażników opuścił ziemie Namiestnikowskiego lenna i udał się w stronę karczmy Pod Trzema Mieczami. Tam od razu ruszył do swego pokoju i powoli zaczął zdejmować pancerz oraz cały rynsztunek którym był obwieszony. Przystąpił do oliwienia zbroi i ostrzenia wszystkich sztuk oręża. Po około godzinie spędzonej na tych zabiegach przyodział na powrót pancerz. Miecz przewiesił przez plecy, drugi w pochwie przytroczył do pasa, zaraz obok kiści toporków. Do torby wrzucił dwa kołczany strzał, a w dłoń ujął łuk wiszący na ścianie. Tak przygotowany zszedł na dół, idąc w stronę wyjścia rozejrzał się po karczmie i skinął nielicznej obsłudze lokalu. Poczochrał mięciutkie futro wilczków śnieżnych, które to wybiegły z kuchni aby się pobawić z wojownikiem. Odsunął od siebie szczenięta i rzucił w stronę barmana*

Tobiaszu zajmij się nimi proszę... Nie pozwól im wyleźć bo jaka cholera je jeszcze zeżre...

*Wyszedł na zewnątrz, nabrał głęboko powietrza w płuca po czym je wypuścił ze świstem. Rozejrzał się po okolicy, a następnie nadział na głowę hełm. Postał tak moment napawając się chłodną bryzą wiejącą od rzeki by po chwili samemu do siebie rzec*

Nigdym nie sądził Valinie, że życie ludojada ważniejsze dla ciebie będzie niźli życie przyjaciela...

*wojownik począł chadzać wokół karczmy oraz terenach do niej przyległych wypatrując ewentualnego zagrożenia ze strony zwierząt tudzież łowców kręgu*
* Opiekując się ocalałymi małymi wilczkami które smutno spoglądały w kierunku przybrzeżnego lasu Valin rozmyślał nad tym co zaszło. Nie mógł się pogodzić z tym iż ci których szanował i uważał za przyjaciół wtargnęli na ziemie kręgu i podnieśli rękę na jego mieszkańców....

- Całe stado... – powtarzał cicho - Nawet młode ich nie powstrzymały od rzezi. Wilk odda życie za swe młode. Więź jaka je łączy jest wyjątkowa... – szeptał głaszcząc małe wilki

Biały jak śnieg szczeniak mrucząc siadł przed swymi szaroczarnymi braćmi i siostrami i zawył swym piskliwym ale nadzwyczaj silnym głosem. Szczeniaki nastawiając uszy skierowały wzrok na ocalałego cudem potomka białego wilka szukając w nim pociechy i oparcia w tej trudnej chwili. Dębowy druid uśmiechnął się drapiąc białe szczenie za uchem.

- Ojciec drzew czuwał nad tobą i ukrył cię przed oczyma złoczyńców. Wyrośniesz na silnego i odważnego przywódcę stada. Tak jak twój ojciec będziesz ich strzegł i prowadził

Słysząc zbliżające się kroki arcydruid powstał. To strażnicy kręgu powracali z wieśćmy. Nadszedł czas by ci którzy złamali prawo druidów ponieśli zasłużoną karę.... *
*wojownik słysząc o zaistniałej sytuacji przysiadł na pobliskim głazie, pogładził rękojeść wampirycznego ostrza*

- nie każcie mi wybierać, dość już krwi płynie z innych powodów. Wasi ludzie obrażali nas w przeszłości, w naszym domu i to bezpodstawnie, z racji naszych znajomości puściliśmy my to płazem, skoro tego chcecie puścimy teraz płozem...
wybierz rozsądnie przyjacielu...
*zamruczał w stronę szemrzącego w okolicy wiatru*
*Wieść niesie ze w karczmie pod Trzema Mieczami zatrzymał się jeden z członków rady elfów a zarazem potężny elfi mag. Wieść także niesie że zatrzymał się by wspomóc właścicieli karczmy a inni mówił że zatrzymał się jedynie ze względu na wole pokoje oraz przednie trunki i jadło*
Słońce skryło się za górami i nad Karczmą rozbłysły gwiazdy. Ci którzy mimo wszystko postanowili tutaj pozostać, z niepokojem nasłuchiwali odgłosów dochodzacych z lasu. Jednak tym razem nie usłyszeli nic poza ciszą. Ciszą gestą i złowrogą, która zdała się im jeszcze gorsza od wycia wilków, porykiwań niedźwiedzi czy skrzypienia konarów starych drzew.
Jeśli ktoś odważył się wyjrzeć przez okno, albo wyjść przed karczmę, w świetle pochodni widział tylko niewielkie jasne plamki wilczych oczu majaczących w mroku pomiędzy stojacymi bez ruchu drzewami.

OOC do cerbin: Bardzo bym prosił, żeby jednak trzymać Frędzla na uwięzi. Jeśli taki toczący pianę z pyska, czerwonooki bargest zacznie znów biegać po lesie i straszyć sarenki, jakiś nadgorliwy łowca mógłby go przypadkiem ustrzelić, tak jak to robią w Polsce skretyniali myśliwi strzelajacy do psów oddalających sie od właściciela na wiecej niż dziesięć kroków. Bo szkoda byłoby, gdyby takiemu Frędzlowi, na skutek złych decyzji fabularnych jego właścicieli, ktoś zasadził perma. Peace, Love and Rock'n'Roll. Wasz Oskil.
*miedzy drzewami lasu widziano samego arcydruida rozmawiającego z młodym mężczyzna, ich rozmowa wygląda na raczej spokojna*
*słuchając złowrogiej ciszy rosły wojownik zasnął*
* Słońce powoli wstawało nad drzewami rozświetlając swymi ciepłymi, wiosennymi promieniami polanę i stojąca na niej karczmę. Śpiew ptaków i spokojny szum drzew był miłą odmianą po nieznośnie cichej nocy. Druidzi pozwolili by natura dała upust swemu gniewowi po przelanej w lesie przybrzeżnym krwi i dopiero, gdy emocje nieco ucichły postanowili stanąć przed mieszkańcami karczmy....

Wyłaniając się z leśnej gęstwiny dwa duże wilki zawarczały ostrzegawczo po czym rozchodząc się na boki stanęły na skraju polany. Podążające ich śladem trzy postacie, odziane w skóry barwione kolorami lasu, długie zielone płaszcze i przesłaniające oblicza maski symbolizujące krąg druidów rozejrzały się po okolicy. Stojący po bokach strażnicy kręgu dzierżyli w dłoniach łuki jednak strzały pozostawały nadal w kołczanach. Trzecia postać nie nosiła broni…. Byli nimi arcydruid Valin, starszy zewnętrznego kręgu Sibhreach oraz strażnik kręgu Tenner. Przez chwilę stali tak bez ruchu na skraju polany spoglądając na jej drzwi, okiennice i pojawiające się sylwetki jej mieszkańców.

Spoglądając na Tennera i wilki arcydruid skinął im by wycofali się do granicy drzew i ruszył z Sibhreachem przez polanę w kierunku drzwi karczmy. Miał być to gest dobrej woli strażników natury, mających nadal w pamięci czyny i przyjaźń jaka niegdyś łączyła ich i mieszkańców karczmy..... *
Słońce opadało już na niebie gdy wysłannicy leśni z Valinem na czele zawitali w progach Karczmy. Nastała godzina, w której stara przyjaźń poddana zostanie próbie. Rozmowy były krótkie lecz zacięte, padło wiele słów. Nagle jeden z wojowników nie wytrzymał kopiąc Arcydruida prosto w pierś - spokojna okolica zamieniła się w pole walki.

Wojownicy z karczmy dali upust swoim emocjom rozładowując je na wysłannikach Kręgu którzy nie byli dłużni. Ziemia zadrżała od magi. W koło rozszedł się świst strzał i dźwięk ścierającego się żelaza. Krótka walka obudziła las który z każdą chwilą zdawał się coraz bardziej zaciskać w koło karczmy. Przelana krew zamieniła spokojną okolicę w gotową do uderzenia rozgniewaną bestie która tylko czekała na znak.

Pokonani wysłannicy lasu legli przy stopach gospodarzy chodź wciąż żywi. Dyskusja przybrała na sile ponownie. Setki oczu wyglądało z gęstwin leśnych wypatrując w gniewie zajścia, z każdą chwilą gniew natury był gotowy do pokazania swojej potęgi i chyba tylko wola jego wysłanników powstrzymywała przed zmasowanym atakiem. W karczmie zaczęły się przygotowania do obrony, masywny krasnolud nawoływał do odwagi. Rozbójnicy, poszukiwacze przygód, czy też mieszkańcy i bywalcy karczmy sięgnęli po broń w oczekiwaniu na najgorsze.

Zakrwawiony druid podniósł się dumnie i spojrzał na twarze rezydentów Karczmy, jego słowa cięły głębiej niż miecze:


Dziś Natura okaże wam łaskę i nie sięgnie po żywoty wasze. Wiedzcie jednak, że odtąd stopy na Ziemiach Kręgu postawić nie możecie, gdyż wrogami Naszymi jesteście.

Druidzi odeszli zabierając leśnych braci - las ucichł...

by qqnia
*Siedząca w Karczmie kobieta ciągle była zdenerwowana wczorajszymi wydarzeniami jakie rozegrały się pomiędzy jej nowymi, ukochanymi przyjaciółmi, a dziwnymi ludźmi grożącymi im barbarzyńskimi karami. Dla uspokojenia swoich skołatanych nerwów zajęła się białymi wilkami, jakie zaadoptowała po zabiciu ich mamusi. Pocieszała też stałych bywalców zapewnieniami, że bogowie nie pozwolą spalić karczmy ani skrzywdzić właścicieli.*
Wieczór. Z powodu sprzyjającej pogody kolacja na balkonie rezydencji Namiestnika miała wymiar bardzo przyjemny, niemniej Lady Calantar czytając pewne listy ponownie spojrzała na swoje rodzeństwo, tym razem z silnym westchnieniem. Wyglądała na smutną. I zmęczoną.
- To potworne, co się dzieje - powiedziała, unosząc kielich z winem rozcieńczonym wodą - Nie wzięli mediatora. Nikogo. Nie poszli do miejsca, w którym byli neutralni. Czy naprawdę aż tak sobie ufali? Co wzięło górę?
Zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc.
- Gdyby Erute żył, nie dopuściłby do tego - powiedziała ponuro - Ja myślę, że w to jest wmieszany ktoś trzeci. Zły podszept.

Chłodny zefirek opatulił poważną twarz Czerwonowłosej Kapłanki, która w chwili obecnej delikatnie z arystokratycznym akcentem przechylała na boki kieliszek Wina. Rozkoszowała się jednym z starszym Cormyrskich roczników bardzo powoli. Puprurowy Płaszcz z herbem Smoka przyozdabiał eleganckie, schludne ubranie. Spojrzała na swoją młodszą siostrę niezbyt zainteresowana nowymi nowinami. Przelotnie oglądając niedalekie uliczki w mieście podążyła wzrokiem za jakimś zbrojnym mężczyzną z nadzieją w zielonych oczach. Po chwili wróciła wzrokiem do całej rodziny i podstawiła Etienowi i Lenyi dodatkowy talerz z owocami, warzywami.
-Atakowanie Lorda na swojej włości to przejaw skrajnej głupoty. Łagodniejszy wyrok ze względu na ich dokonania? Każdy z mojego oddziału, który zdradził by swoją ojczyznę otrzymałby podwójną karę. Właśnie dlatego, że oczekuję się od nich lojalności i miłości, którą będą nosić z dumą swojej rodziny.
Zrobiła krótką przerwę na delikatne posmakowanie Wina i zaczęła kolejne zdanie dodając nawet malutki uśmiech ozdabiający jej poważną twarz.
-Ach.. Nawet znalazłam inspirację na kolejny wykład. Czy natura cechuje się większym chaosem niż wielcy bohaterowie Faerunu?
Pokręciła z politowaniem głową i zakręciła kieliszkiem ponownie, wmuszając swojemu rodzeństwu zjedzenie astronomicznych ilości owoców i warzyw.

Leśny elf siedzący niedaleko brzegu morza, czekał na wschód słońca. Spoglądał w dal, na horyzont i krótko się uśmiechnął. Zaraz po tym, na jego twarzy pojawił się smutek. Gdy słońce już wstało, nadal patrzył przed siebie i rzekł w swoim ojczystym języku:

- Ten N'Tel'Quess, którego uznawałem za prawdziwego przyjaciela godnego zaufania, jego już straciłem. Odebrał sobie życie.

- Następny, jeden z nielicznych N'Tel'Quess, Ty zrobiłeś coś, czego nigdy nie zapomnę. Elfy nigdy nie zapominają. Jednak zawsze jest nadzieja, zawsze. Obym nie stracił i Ciebie... przyjacielu.

W karczmie zaczęły się rozchodzić plotki, że poszukiwanych za wywołanie ostatnich niepokojów pochwycono i do lochów odprowadzono. Kilku zakrzyczało, że to nie tak było - u bram miasta bój przecież stoczono. Pijany marynarz prychnął na to prawiąc, że poszukiwanych już na wyspie od dawna nie ma, naocznie rzekł widział ich na łódź przy kopalniach umykających.

Wtem odezwał się z rogu karczmy młody strażnik - jak przekupnie bajacie, a prawdy w najmniejszym stopniu nie znacie. Zatem opowiem wam, by pomówień wszelkich oszczędzić. Pierwszy przybył pan Creyn - postawny wojownik. Byłem wtedy na bramach i ręce na cynglu kuszy mi drżały - jednak rzekł on "W pokoju przybywam sprawę wyjaśnić, do kapitana prowadźcie" i poprowadziłem.

Krasnolud był drugi - dumny acz wesoły był z niego jegomość. Wypił z nami parę dzbanków piwa jak skończyliśmy służbę, pokazał jak młota na kowadle używać, pożartował i polubiliśmy go strasznie. Żal było patrzeć jak z druidami odchodził, lecz rzekł nam "Skoro źle zrobiłem odpowiedzieć muszę, a może da się mój czyn odwrócić".

Ledwie krasnolud zniknął za zakrętem, gdy z przeciwnej strony, niczym posąg olbrzymi, na tle zachodzącego słońca pan Hagef się ukazał. Smutną miał twarz, głowę pełną myśli zapewne, lecz i on zapewnił, że szkody nam nie życzy. Poprowadziliśmy do kapitana, a on do miejsca gdzie odczekiwać miał do czasu procesu. Ot i cała historia, bez bitew, czmychania i w lochach osadzania.

Wrzawa się zrobiła - "Bajania, jak to. Pod sąd wezwani a w celach nie siedzą, to gdzieście parszywców posadzili". Młody strażnik uśmiechnął się lekko i wskazał palcem na drugie piętro karczmy. Wrzawa ucichła ustępując miejsca niedowierzaniu, niedowierzanie bojaźni, bojaźń lękowi - bywalcy opuścili karczmę w dniu jej otwarcia. Stojący przy szynkwasie właściciel tylko pokręcił z rezygnacją głową spoglądając na młodzieńca. W karczmie zostali już tylko właściciele oraz strażnicy utrzymujący areszt.

Tuż po nadejściu nowego dnia do karczmy zapukało kilku zbrojnych - wszyscy nosili symbole przynależności do pałacowej straży Bellatoris. Nie wdając się w dłuższe rozmowy oddział skierował się wprost na piętro.

OOC: Dla zainteresowanych odgrywka tego co zaszło na piętrze jutro o 18ej (fabularnie jutro 17sta). W razie niemożności wywieszę najprawdopodobniejszy opis zajścia.
dzisiaj odegramy czesc w karczmie, a na jutro przewidziany jest proces - musimy to podzielic mimo ze powinno to nastepowac zaraz po sobie
*do nowo otwartej karczmy w Aulos wchodzi krasnolud Kharr. Zamawia piwo. Podczas rozmowy z barmanem dowiaduje sie, ze Creyn i Hagef oddali sie w rece straży.
Kharr zaczyna krzyczeć na całą karczmę, że nie da im samym odpowiadać za czyny! Krzyczy, że tak samo jak oni w facjate chama lał i wyprasza sobie, żeby Creyn wszystkie zasługi zgarnął na siebie

Chce dołączyć do sądzonych wojowników, jednak strażnik nie chce go aresztować, a przedstawicielka magistratu mówi mu, że nawet jeśli miałby za coś odpowiadać to za pijackie burdy.

Zezłoszczony krasnolud postanawia sporządzić pismo do magistratu, aby zeznawać w czasie procesu.


"OOC: raczej mnie nie bedzie na procesie, ale jeszcze zobaczmy"
OOC: Raczej smok Wawelski...

Kharr może się uważać za aresztowanego

Co do procesu, by oszczędzić wam głowienia się co tam można wnieść od siebie, wpuszczeni będą tylko:

- Wysocy Lordowie - czyli sędziowie
- Bellatoris - czyli ochrona powyższych
- Lordowie Aeris - Dragan, Khalum, Valin, przewodniczący Rady Elfów
- sądzeni - Creyn i Hagef

Ogłoszenie IC wyjdzie po odegraniu (lub nie) zdarzeń z karczmy.
*Po niecałej godzinie na parter zeszli Hagef z Creynem w otoczeniu kilku Bellatorian prowadzonych przez Arvein. Na dole dołączyli do nich kolejni i jako 15 orszak ruszyli w kierunku Twierdzy Wysokich Lordów na sąd.

Przed Twierdzą przeszukano jeszcze raz podsądnych, nie znaleziono żadnych niebezpiecznych przedmiotów wobec czego wpuszczono ich do środka*

OOC: w skrócie, ale spieszę się. Młody strażnik z karczmy to Talvern.
* Zebrawszy się w Świętym Kręgu Rada Starszych posłała po więźnia by odpowiedział ze swe czyny. Przybywszy Kargun Kamienna Tarcza pewnie i dumnie stanął pośród kamiennego kręgu. Obecność Króla Khaluma zapewne dodawała mu otuchy, ale i żal ściskał te mężne serce iż widział on skutki jego lekkomyślnych czynów. Wysłuchawszy słów Arcydruida krasnolud z pokorą opowiedział co zaszło i jakimi pobudkami też się kierował wkraczając na Ziemie Kręgu i przelewając krew jego leśnych mieszkańców. Dostrzegając swą winę Kargun przyznał się do zarzucanego czynu i dumnie przyjął wyrok Rady Starszych Kręgu.
Mieszkańcy lasu łaskawie spojrzeli na szczerość i skruchę krasnoluda skazując go na spętanie pnączami roślin na trzy dni jedynie o wodzie w głuszy północnego lasu gdzie jego strażnikami miały być wilki. Kara ta miała nauczyć Karguna pokory wobec natury a co ważniejsze pomoc mu zrozumieć naturę wilków.....
*
Weszliście do pogrążonej w półmroku sali, a drzwi za wami zamknęły się. Pozostali wezwani na Sąd Wysokich Lordów już na was czekali, zebrani w jednym miejscu, otoczeni przez magów. Poproszono was o podejście i zachowanie spokoju. Gdy zebrali się wszyscy zainteresowani jeden z magów rzekł Rozpoczynamy przeniesienie - sala rozbrzmiała kaskadą inkantacji.

Po drugiej stronie powitał was złoto-brody mężczyzna:

Na imię mi Magnus Bjornson, dziś będę czuwał na waszym bezpieczeństwem.



*Kharr siedzi w pełnej szczurów ciemnej celi. Co jakis czas rzuca pod nosen krasnoludzkie przeklenstwa*

OOC: kiedy moze sie odbyc moj proces? dzis w sumie moge caly dzien
OCC : Można to zasłyszeć od mieszkańców lasu lub od samego Karguna....

* Wraz z nastaniem świtu roślinne więzienie rozstąpiło swe podwoje ukazując strażnikom kręgu dumnie stojącego krasnoluda. Zbroja i kaftan spoczywały ułożone u jego stóp a lniana koszula i spodnie były jedynym odzieniem jakie nosił. Strażnicy lasu z uznaniem skinęli Kargunowi ceniąc jego posłuszeństwo wobec woli Rady Starszych Kręgu. Prowadząc krasnoluda niewidoczną ścieżką strażnicy skierowali swe kroki ku niewielkiej polanie gdzie czekał już na nich arcydruid. Powitawszy ich spokojnym spojrzeniem Dębowy Druid rzekł do krasnoluda....
- Niech natura ukarze ci swą mądrość byś dostrzegł to co było dla ciebie ukryte
Skinąwszy na strażników arcydruid nakazał im zaprowadzenie Karguna na środek polany. Gdy to uczynili odstąpili oni od krasnoluda. Spoglądając na stojącego dumnie Karguna arcydruid wyszeptał melodyjne słowa kładąc dłoń na bujnie porośniętej trawą, kwiatami i krzewami łące. Rośliny zaszeleściły a ziemia pod stopami krasnoluda poruszyła się niespokojnie. Dziesiątki korzeni i łodyg sięgnęło ku nogom krasnoluda i oplatając je zaczęły się wić coraz wyżej i wyżej pokrywając więzami całe jego ciało aż do szyi. Gdy łodygi i korzenie zesztywniały utworzyły silne więzy które pomimo próby krasnolud nie dały się zerwać. Skrępowany bez możliwości większego ruchu Kargun spoglądał z ukrywana trwogą na mieszkańców lasu. Arcydruid zbliżając się do Karguna rzekł...
- Niech natura będzie dla ciebie łaskawa Kargunie
Zawiesił mu na szyi rzemień z drewnianym liściem dębu po czym wraz z innymi strażnikami oddalił się znikając w leśnej gęstwinie pozostawiając krasnoluda samego.

Tak rozpoczęła się wymierzona przez mieszkańców lasu kara. Krasnolud przeklinając słońce które grzało go niemiłosiernie w głowę spoglądał po granicy drzew na tyle ile pozwalał mu ruch szyi. Nogi i ręce cierpły i sztywniały z niemożności ruchu a przysiadające co jakiś czas na roślinach owady nie poprawiały sytuacji. Krasnolud starał się odganiać je dmuchając jednak gdy zbrakło mu tchu dał sobie spokój stając się kolorową wyspą mieniącą się barwnymi motylami. Śpiew ptaków, cykanie koników polnych i bzykanie wszelakich owadów towarzyszyły mu przez większość dnia. Wieczorny wietrzyk krasnolud powitał z radością. Dawał on miłe ukojenie dla twarzy i skrępowanego ciała. Noc zapowiadała się w miarę ciepła jednak rysujące się nad lasem chmury zapowiadały niewielki deszcz.

Spoglądając na ciemniejący powoli las w blasku chowającego się za konarami drzew słońca krasnolud z niepokojem nasłuchiwał budzących się w nim dźwięków. Pomruki dzikich zwierząt, pohukiwania sów i bliżej nieznane mu odgłosy nadawały temu miejscu mroczny widok. Kargunowi zdawało się iż zwierzęta krążą w pobliżu zacieśniając pętle. Pierwszym gościem który przebiegł tuz obok krasnoluda tej nocy był rosły jeleń. Jego poroże pięknie rysowało się w blasku księżyca. Dostojny samiec w kilku susach pokonał łąkę i zniknął w gęstwinie. Gdzieś za plecami krasnoluda dało się słyszeć ryk niedźwiedzia a potem wszystko nieco ucichło. Spadający na polanę deszcz zagłuszył odgłosy nocnego lasu. Krasnolud łapiąc krople deszczu gasił pragnienie. Pokąsane od komarów ciało odczuło ulgę i odetchnęło nieco. Deszcz nie był obfity jednak ugasił pragnienie Kurgana przynosząc dar życia dla mieszkańców łąki. Reszta nocy minęła w miarę spokojnie. Co jakiś czas wycie wilków budziło krasnoluda jednakże pozostawały one skryte między drzewami.
Nocny deszcz sprawił iż poranek był chłodny. Łąkę spowiła mgła nadając temu miejscu nowy tajemniczy wygląd. Zbudzony odgłosami lasu krasnolud rozglądał się nasłuchując z uwagą. Odgłos kopyt poprzedził stadko łań które powoli wyłoniły się z lasu i wychodząc na łąkę zaczęły skubać soczysta trawę i młode pędy. Zwierzęta czujnie strzygły uszami rozglądając się ponad mgłą która sięgała im do połowy ciała. W oddali zawył wilk. Łanie z niepokojem podniosły smukłe szyje szukając zagrożenia. Krasnolud z zaciekawieniem czekał co się stanie. Do pojedynczego wilka dołączył następny i jeszcze jeden wyjąc w różnych częściach lasu. Łanie zaczęły wycofywać się ku granicy drzew. Nagle wszystko ucichło. Las jakby zamarł w oczekiwaniu. Łanie zerwały się do biegu w kierunku drzew jednak nim tam dobiegły dwa cienie wyskoczyły z mgły zastępując im drogę. Stado skręciło gwałtownie kierując się w przeciwna stronę łąki jednak tam czekały na nie inne wilki. Wataha zacisnęła kleszcze i skacząc do gardeł dwóch najsłabszych łań powaliła je na ziemię. Mgła skryła ofiarę i myśliwych i jedynie odgłosy warczenia i wycia oraz szczęk kości był świadectwem tego co zaszło. Reszta łań znikła w leśnej gęstwinie pozostawiając wilki i ich zdobycz na łące.
Kargun w napięciu nasłuchiwał skrytych we mgle wilków. Drapieżniki kłębiły się w słabnącej mgle wokół powolnych łani. Pierwsze promienie słońca rozrzedziły ja na tyle by Kargun dostrzegł siedem wilków z młodymi. Czarny samiec o pokaźnych rozmiarach krążył wokół stada pilnując porządku. Wilki łapczywie wbijały kły w zdobycz często szczerząc kły na siebie. Co bardziej agresywny i silniejszy wypierał słabsze osobniki od zdobyczy kreśląc hierarchię stada jednak młode były taktowane ulgowo i dopuszczane przez wszystkie wilki. Czarny samiec nie ingerował czekając. Gdy uznał iż silniejsze wilki zjadły dość warcząc zbliżały się do zdobyczy odganiając je siłą i pozwalał by reszta stada także miała swój udział. Mimo brutalnie utrzymywanej hierarchii i wrogości wydawało się iż wszystkie wilki tworzą silnie związane ze sobą stado w którym nawet najsłabszy osobnik znajduje się pod ochroną reszty. Gdy wilki zaspokoiły głód legły na trawie wylizując swe pyski nawzajem pomrukując przy tym i się zaczepiając. Gdy słońce ciepłymi promieniami rozproszyło resztki porannej mgły wilki zaczęły biegać radośnie po łące bawiąc się z młodymi i między sobą. Szaleńcze biegi, zapasy i podgryzania wiązały stado jak braci. Agresja i chęć dominacji jaka miała miejsce przy zdobyczy ustąpiła miejsca więzi stada. Czarny samiec przez cały czas czujnie spoglądał na okolice pilnując bezpieczeństwa młodych i całego wilczego stada. Dostrzegając dziwną sylwetkę na łące wilk zbliżył się do skrępowanego krasnoluda uważnie mu się przyglądając. Mądre oczy czujnie lustrowały dziwną postać węsząc. Kargun zamarł w bezruchu wstrzymując oddech. Wilk powarkując wspiął się przednimi łapami na roślinach wyraźnie zaciekawiony jednak gdy jego noc napotkał drewniany liść wilk zatrzymał się i powoli wycofał. Przez jakiś czas spoglądał jeszcze na pokrytego roślinnością krasnoluda po czym kilkoma susami wrócił do stada. Kargun odetchnął z ulga zastanawiając się nad tym co zaszło... Gdy słońce zaczęło grzać mocniej wilki zaprzestały igraszek i wycofały się w cień drzew. Czarny samiec odszedł jako ostatni, jak opiekuńczy ojciec który sprawdza czy nikt nie został w tyle... Reszta dnia minęła krasnoludowi spokojniej. Poza użeraniem się z owadami krasnolud zaczął odczuwać głód i widząc kicające zające pożałował że nie może ich upiec...
Noc przyniosła kolejny deszcz który jak poprzednio ugasił pragnienie i obmył ciało krasnoluda dając mu odetchnąć. W trzecim ostatnim dniu kary Kargun przebudził się słysząc pomruki i powarkiwania. Gdy otworzył oczy użal znane mu stado wilków które odpoczywało niedaleko w trawie przewracając się leniwie na grzbiety i podgryzając dla zabawy. Czarny samiec jak poprzednio siedział obok czujnie obserwując okolicę. Młode wilczki bawiły się jak szczeniaki zaczepiając starsze osobniki które pozwalały im na prawie wszystko. Kargun przyglądał im się z uśmiechem ciesząc się w duchu z oszczędzenia małych wilczków ze stada białego wilka. Obserwując zachowane stada zaczął rozumieć dlaczego strażnicy kręgu tak boleli nad zabitymi wilkami. Nie były one potworami jak opisują je w karczmach wieśniacy. Były drapieżnikami związanymi ze sobą silną więzią. Były stadem...

Opuszczając czwartego dnia Ziemie Kręgu Kargun miał w pamięci obrazy jakie ukazała mu natura. Druidzi nakarmiwszy go i wzmocniwszy wywarem z ziół oddali mu jego zbroje i broń po czym odprowadzili go bezpiecznie do Cytadeli Eiverhow. Rozstali się z szacunkiem podążając każdy w swoją stronę.....
Sądzeni, Hagef i Creyn, zostali wprowadzeni do Sali Sądowej i zajęli swoje miejsca, po przeciwnej stronie sali zasiedli Lordowie Aeris - Król Khalum, Dragan Calantar, Arcydruild Valin - oraz przedstawiciel Rady Elfów Aramil. Salę otoczyli Bellatorianie - pałacowa straż będąca zarazem elitą wśród wojowników Aeris.



Kanclerz Aeris Feraldian Kiluril, występujący w roli sędziego rozpoczął posiedzenie. Towarzyszyło mu czterech Wysokich Lordów - Aeramas Irsynia, Seneszal Dolores Vivian, Aralandra Silentwish oraz czuwający nad ich bezpieczeństwem Hetman Magnus Bjornson. Po odebraniu przysięgi od zeznających padło pierwsze pytanie ''Czy przyznajecie się do czynów wam zarzucanych'', odpowiedź była niejasna. Tak rozpoczęły się trwające wiele godzin przesłuchania.



Ustalony i ogłoszony pod koniec procesu wyrok nie był zaskoczeniem, lecz zdziwić mogła jego łagodność. Wysocy Lordowie bowiem uznali stających przed nimi Hagefa i Creyna winnymi ataku na Lorda Aeris oraz jego Świtę, jednak z racji czynów przeszłych został on złagodzony - kary wygnania i śmierci w obu przypadkach zamieniono na ciężkie kary finansowe, które wspomóc miały rozwijające się Aeris.

OOC: Jak złapię chwilę to wywieszę wyrok, na razie macie to co mogliście usłyszeć od wychodzących z procesu Bellatorian bądź PC - bez zbytniego wchodzenia w szczegóły.
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • latwa-kasiora.pev.pl