Bo czĹowiek gĹupi jest tak bez przyczyny
Życie, czym ono tak naprawdę jest? Czyż to nie jest tylko jedna z dróg, którą prowadzą nas bogowie? Czyż nie jest to tylko kolejny etap podczas marnej egzystencji? Nikt tego tak naprawdę wiedzieć nie może.
Słońce powoli chowało się za horyzont, rzucając tylko pojedyncze promyki na gładką taflę morza, zahaczając niekiedy o drewniane ściany karczmy. Doki o tej porze zaczynały być innym światem, pełnym pijackich zabaw i braku jakichkolwiek zasad.
Niski, lekko otyły karczmarz wycierał leniwie szmatą kilka prowizorycznie czystych szklanek. Poruszał rytmicznie obrośniętą brodą, rytmicznie przeżuwając tytoń. Czuł, że ta noc będzie kolejną z tych monotonnych, gdy po przybyciu do portu statku z zachodu. marynarze chcieli się zabawić po długim pobycie na bezkresnych wodach, a jego karczma była najodpowiedniejsza. Cieszył się z tego powodu, gdyż oznaczało to obfity zarobek, jednak myśl o sprzątaniu powodowała u niego mdłości.
Mruknął niezadowolony pod nosem, odkładając ostatnią szklankę. Goście pomału zbierali się w dusznym pomieszczeniu, cuchnącym rybami i kilkudniowym potem. Mężczyzna nie wiedział, że jego stara karczma stoi na skrzyżowaniu ścieżek przeznaczenia.
Do budynku weszła piękna kobieta w długim ciemnozielonym płaszczu. Jej kasztanowe włosy lśniły, a ona sama. mimo trzydziestu sześciu lat wyglądała na o wiele młodszą.
Wyprostowana, pełna gracji, na tle brudu i taniego szynku, podeszła do karczmarza. Bez zbędnych słów podała mu pergamin oraz kilka monet. Ten uśmiechnął się, poruszając krzaczastą brodą. Obdarzyła go jedynie zimnym spojrzeniem, po czym wyszła pośpiesznie z miejsca spotkań biedoty.
Mężczyzna przyczepił pergamin nad barem, a następnie wrócił do swoich zajęć. Żółty papier odznaczał się wyraźnie na tle szaro-brązowej ściany. Twarz niezwykle urodziwej dziewczyny spoglądała zeń złowrogo, a jedyne co mogło pocieszyć obserwatora, to suma dwudziestu tysięcy sztuk złota za jej głowę.
Wolno otworzyłem oczy. Spojrzałem na sufit, który domagał się natychmiastowej renowacji. Spomiędzy desek słabo sączyło się poranne światło – padające mi prosto w twarz.
Kurde - zasłoniłem oczy ręką.
To już się człek wyspać nie może - wstałem, po czym przeciągnąłem się. Rzuciłem okiem na śpiących jeszcze ludzi, po czym głośno marudząc zszedłem po schodach na dół.
Spojrzałem na wejście do chałupy.
- A to, co za cholerstwo?
Spoiler: czy to ma wyglądać tak? Jeśli nie to proszę mnie skorygować. Zostawiam wam pełne pole do popisu
Powiew bryzy od strony kei sprawił, że musiałem zmarszczyć nos.
- Jak wy możecie wytrzymywać w tym odorze ryb? - spytałem.
Handlarz, który właśnie kończył przeliczać monety wzruszył tylko ramionami, po czym wręczył mi odliczoną sumę.
- No nareszcie będę się mógł stąd oddalić - parsknąłem. - To dobra cena za te futra. U was takich nie macie.
Zgarnąłem monety do sakiewki i ruszyłem przez doki w stronę wcześniej upatrzonej tawerny, może tam się dowiem czegoś ciekawego...
Przy wejściu do izby musiałem na chwilę przystanąć, by przyzwyczaić wzrok do półmroku. Kiedy ruszyłem do kontuaru mój wzrok przyciągnął wiszący na ścianie pergamin z wizerunkiem kobiety. Podszedłem by dokładnie przyjżeć się rysunkowi i widniejącemu pod nim napisem...
Spojrzałem zdziwiony na wchodzącego do tawerny wielkiego półorka.
- Co takie COŚ tu robi? - mruknąłem pod nosem, kiedy dochodziłem do końca schodów. Tuż przed ich końcem, zauważyłem zawieszony nad barem portret. Już chciał się obrócic, kiedy niestety pech chciał, że potknąłem się i w geście rozpaczy chwyciłem się połcia ubrania jakiejś osoby, która także przyglądała się obrazowi.
Karczmarz przyglądał się całemu zdarzeniu, nie przestając wycierać blatu brudną szmatą.
- Ładna buzia, czyż nie Panie? - wskazał głową na portret żyjąc tytoń.
Pomieszczenie wolno zaczęło żyć własnym życiem, dzięki stałym bywalcom oraz podróżnikom, którzy tego dnia po pierwszy i zarazem ostatni przekroczyli próg karczmy.
Z rozbawieniem patrzyłam jak jakaś osoba chwyciła za ubranie nizołka i pociągnęła go za sobą. Ten obraz zasłonła zbliżającą się do mnie postać. Mimowolnie uśmiechnęłam się do niej.
- Witaj - powiedziała i pozdrowiła mnie w elfickim geście przywitania.
- Witaj - odpowiedziałam swej przyjaciółce z dzieciństwa. Czy sądzisz, że to mądre przychodzić wieczorem do gospody, gdy ścigają cię tłumy łowców nagród? - spytałam zakapturzonej kobiety.
- Nie sądzisz chyba, że dam się złapać? - zapytała z wyczuwalnym sarkazmem w głosie.
- No cóż... Cena za twoją głowę jest niezwykle atrakcyjna. Nie dość, że niedługo lokalni poszukiwacze przygód zaczną cię szukać, to przyjeżdżają inni również ze wszystkich stron Faerunu. Ostatnio przyjechała grupa z południa Calimshanu. Ktoś musi kiedyś w końcu trafić na twój trop.
- Takie pościgi są częścią mojego zawodu. Jeśli mnie znajdą walka będzie nieunikniona -oznajmiła, doprowadzając mnie tym samym do wściekłości.
- Mystro, daj mi cierpliwość do tej dziewczyny! Czy ty nie zdajesz sobie sprawy, że twoje życie jest zagrożone? Dobrze ci radzę, jeśli chcesz jeszcze trochę pożyć ucieknij do jakiejś niedostępnej miejscowości lub najlepiej na Grzbiet Świata.
- Nie mogę uwierzyć, że jeszcze nie zaproponowałaś mi zamieszkania u swej rodziny w Silverymoon. Alexsis, nie wychodź. ja tylko żartowałam. Chciałam ci tylko uświadomić, że to co mówisz, jest tak absurdalne jak podany przeze mnie przykład ucieczki. Poza tym mam zadanie do wykonania. W odpowiednim czasie powiem ci jakie. W tej chwili powinnaś wiedzieć to, że ty też będziesz brała w niej udział.
- Rysunek i kwota? To wszystko? Trzeba pogadać z karczmarzem...
Obróciłem się w stronę baru. Zauważyłem, że w izbie zbiera się coraz więcej klientów. Ktoś właśnie podnosił się z ziemi, weń był utkwiony piorunujący wzrok niziołka z poszarpanym płaszczem. Jednak ciekawiej wyglądały dwie elfki szepczące sobie coś skrycie.
- Karczmarzu. Masz może jakieś konkretniejsze informacje o tej poszukiwanej? Co? Kto to zawiesił? Straż miejska? Od kogo mogę się dowiedzieć czegoś konkretnego? Suma wielce interesująca i akuratnie na moje potrzeby.
- O przepraszam najmocniej - wstałem, a niziołek, teraz już wściekły, wyszedł z karczmy. - Hmm, ciekawe - przyjrzałem się portretowi.
- Gdzie ja już tę osobę widziałem - mruknąłem do siebie. - Tylko gdzie?
Zamyślony zacząłem rozglądać się po karczmie, zatrzymując spojrzenie na dwóch rozmawiających ze sobą elfach. Ciekawe, co elfy tutaj robią? - wzruszyłem ramionami, po czym skierował się do wyjścia. Nagle do środka wpadł tłum ludzi, umyślnie czy nie, tarasując wyjście
- A to, co? - przyjrzałem się zakapturzonym ludziom, po czym podszedłem bliżej. -
Przepraszam, ale chciałbym...
Resztę mojej wypowiedzi przerwał jeden z ludzi uderzając mnie w twarz. Z impetem przeleciałem kilka stóp w powietrzu, po czym wylądowałem na stole.
Zanim karczmarz zdążył odpowiedzieć, od strony wejścia rozległ się odgłos, który często poprzedzał karczemne awantury - uderzenie. Obejrzałem się szybko i ujrzałem powalonego krasnoluda, który wcześniej miał spotkanie z podłogą.
- Ten to ma dzisiaj pecha - mruknąłem, po czym przetoczyłem się przez bar, aby znaleźć się po jego drugiej stronie, co, po pierwsze, dało mi osłonę przed napastnikami, a po drugie - spory zapas amunicji w postaci kufli i półmisków. Obserwując rozwój wypadków, ponownie zagadałem karczmarza.
- To u was normalne, że do knajpy wpadają jacyś zakapturzeni obwiesie i biją gości?
Dwie pierwsze strzały wbiły się głęboko w ciało wielkiego, mięsistego orka. Trzecia natomiast przeleciała wysoko nad jego głową.
Grupka łuczników oddała jeszcze po jednym strzale, po czym zaczęła wycofywać się w górę stoku. Orki nieudolnie starały się utworzyć szyk bojowy, lecz większość z nich w swoim szale bojowym zaczęło biegnąć w ślad za łucznikami.
To był błąd.
Gdy pierwszy ork przeskoczył nad skałami, za którymi niedawno skryli się przeciwnicy, zatrzęsła się ziemia. Orki popatrzyły w górę stoku i dostrzegły wielkie, toczące się coraz szybciej w ich stronę głazy. Na ucieczkę było już jednak za późno.
Ze zbocza stoku, po chwili posypały się kolejne strzały, dając pozostałym orkom znać, że jedynym rozsądnym rozwiązaniem w tej sytuacji była ucieczka. Nie trzeba było wydawać nawet rozkazu, by bestie go wykonały.
Ale napastnicy nie mieli zamiaru pozwolić na ucieczkę komukolwiek. Gdy nie więcej niż tuzin pozostałych przy życiu orków wbiegł na pole usiane wielkimi skałami, jedyne sensowne miejsce ucieczki z traktu, zaświszczały strzały i zabłysły miecze.
Gdyby to całkowicie nie zaskoczyło orków, ten atak można by nazwać lekkomyślnym, lecz czwórka znająca się na swoim fachu wojowników z łatwością położyła kilka pierwszych bestii.
Jednak wojownicy nie przewidzieli wszystkiego. Jeden z orków, najprawdopodobniej przywódca grupy, wyciągnął ze swojej sakwy spory, klejnot koloru żywego ognia. Patrzył na niego przez chwilę, po czym rzucił go pod nogi nadbiegającym wojownikom.
Ogromna eksplozja wstrząsnęła okolicą. W górę poleciały kawałki kamieni, a w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą trwała walka, wysokie jęzory płomieni unosiły się ku niebu z pomiędzy pokruszonych głazów.
***
Gdy wszystko przycichło, na szczycie stoku pojawiły się trzy osoby.
- Nie do wiary... - jęknęła jedyna z pośród całej trójki kobieta.
- Znali ryzyko, sam próbowałem ich od tego odwieść - powiedział tubalnym głosem wielki, odziany w zbroję płytową mężczyzna.
Trzecia osoba nie mówiła nic. Był to elf o ciemnozielonej skórze. Milcząc, popatrzył się w pobojowisko, po czym rozejrzał się po okolicy.
Ich grupa, jeszcze do niedawna, liczyła sobie prawie dwadzieścia osób. Mieli swoją siedzibę w południowym krańcu Lasu Neverwinter i zajmowali się atakowaniem stanowisk orków, które zaczęły przemieszczać się coraz bardziej na północ.
Elf spojrzał w stronę zachodzącego słońca. Jeszcze nigdy nie odchodzili tak daleko od swojej siedziby. Elf był najmłodszy stażem w tej grupie. Dołączył do niej mniej niż jedną wiosnę temu, gdy w tych stronach zaprzyjaźnił się z pewnym człowiekiem, który był członkiem tej grupy najemników. Teraz ten człowiek leżał w dole.
- Musimy tam zejść... zabrać ich ciała... - stęknęła nieco głośniej kobieta.
- Ich ciał już tam nie ma - odparł ze spokojem wielki mężczyzna, po czym odwrócił głowę do elfa. - Musimy stąd iść, nieprawdaż, Nelvinie?
Powoli wygrzebywałem się spod stołu.
- Pff, też mi dzisiejsza kultura - zrobiłem nura pod stół, gdy jakiś dzbanek przefrunął mi nad głową, trafiając jakiegoś obdartusa w głowę.
- Dzięki! - krzyknąłem, po czym pochwyconym stołkiem rzuciłem nim prosto w twarz zbliżającej się osoby. Ta, trafiona w głowę, zrobiła malowniczego fikołka, po czym wyleciała przez szybę.
- No, o jednego mniej - mruknąłem. Schyliłem się, żeby czegoś poszukać w torbie, kiedy nad głową świsnął miecz. Następnie rozległ się głośny łomot jakby ktoś dostał dzbankiem w głowę.
- No proszę, on to ma cela - mruknąłem, po czym wyciągnąłem mały woreczek, którym następnie rzuciłem w grupę zamaskowanych ludzi. Woreczek eksplodował, zalewając ich gorącą cieczą. Kątem oka zauważyłem, jak paru z nich zmierza w kierunku zamaskowanej elfki.
Dalszą rozmowę przerwała karczemna awantura.
- Na Cyrica! - krzyknęła zabójczyni, wywołując u mnie obrzydzenie.
- Nigdy nie zrozumiem twego podejścia do Księcia Kłamstw...
- Tak jak ja twojego do Mystry - Odgryzła się kobieta.
Zauważyłam zbliżające się, zakapturzone postacie.
- Mamy towarzystwo - powiedziałam.
Zaczęłam wypowiadać słowa zaklęcia. Dostrzegłam, że łowcy nagród dobiegli już do swej ofiary. Zakapturzona kobieta zadziwiająco szybko wyjęła sztylet. Jednym zręcznym ruchem odparła atak napastnika. Ten, zaskoczony, cofnął się kilka kroków, co wykorzystała elfka. Podbiegłszy do niego zadała mu śmiertelny cios w brzuch. Po zakończeniu inkantacji, cała gospoda wypełniła się jasnym światłem, oślepiając osoby, które znajdowały się blisko jego źródła. Bezbronni agresorzy szybko zostali zabici.
-Chodźmy stąd. Wzbudzamy za duże zainteresowanie - oznajmiła elfia zabójczyni.
Karczmarz jedynie ciężko westchnął, widząc zbliżającą się zadymę. Czym prędzej pochował resztę szklanych naczyń, zaś sam odszedł kilka kroków w bok, chowając się tuż za jedną z kolumn, aby na wszelki wypadek nie stracić głowy.
- Cóż czcigodny panie. Ta kobieta poszukiwana jest za morderstwo, a co tyczy się reszty informacji, to proszę udać się do Lady Margaret. Powiedziałbym więcej, ale nic nie wiem - westchnął leniwie opierając się o kolumnę.
Spojrzałem zdziwiony na zakapturzoną elfkę, która z zaskakująca zwinnością, nawet jak dla elfa rozbroiła i zabiła przeciwnika. Wtem oślepiło mnie jaskrawe światło, a kiedy otworzyłem oczy, na nogach ostało się już tylko czterech. Nagle w powietrzu świsnął talerz, po czym zostało tylko trzech, z czego dwóch oblanych moją substancją.
- W to mi graj! - krzyknąłem, wyciągając rękę i mrucząc inwokacje. Spomiędzy moich palców wystrzeliła wiązka energii, posyłając jednego z trzech rabusiów prosto na drzwi.*
Jak to jest, że jedni wlatują i wylatują z hukiem,* mruknąłem do siebie. Wtedy też zauważyłem, jak do ostrzeliwującego się zza baru człowieka podkrada się łotrzyk z wyciągniętym sztyletem. Niewiele myśląc wyrzuciłem pierwszą lepszą sakwę z kieszeni w kierunku opryszka, który dostawszy nim w twarz zaczął przeraźliwie kichać.*
Ups, to był tylko pieprz - mruknąłem.
Pulchny karczmarz wypluł przeżuty tytoń i szybko zniknął za drzwiami obok baru. Wiedział, że ta noc będzie niespokojna, jednak miał nadzieję, że jego karczma jeszcze rano będzie stała.
Wszyscy zaaferowani bójką nawet nie spostrzegli jak do budynku wkroczyła postać w kapturze. Stała przez zaledwie kilka sekund, ogarniając spojrzeniem gości, po czym podeszła do baru, zrywając pergamin. Jedynie pobliskie osoby mogły dostrzec uśmiech, na który nie padał cień. Zwinnie omijając opojów, wcisnęła się w kąt, siadając na starym krześle. Trzymała w górze pergamin, mając nadzieję, że ktoś podejdzie, najlepiej - ktoś trzeźwy.
Uderzyłem kosturem na prawo, poprawiając jeszcze sztyletem, gdy zobaczyłem jak postać z kapturem zrywa portret, po czym, razem z wyżej wymienionym obrazem, siada w kącie. Po chwili ruszyłem w stronę postaci, po drodze uchylając się przed ostrzem i waląc kogoś w łeb krzesłem.
- Witaj - skinąłem głową postaci w kapturze, po czym zamachnąłem się na jakiegoś obdartusa (marynarza?), który chciał zeskoczyć na mnie ze stołu.
Słońce zaszło już dawno, lecz grupa najemników poruszała się równym tempem po szlaku. Teren stawał się coraz bardziej płaski i wokół zaczęło pojawiać się więcej roślinności. Wreszcie, maszerujący na czele, wielki mężczyzna zatrzymał się i wydał rozkaz założenia obozu. Czternaście osób zaczęło się krzątać, tworząc podwaliny dużego ogniska i starając się odpowiednio ufortyfikować obóz, gdyż nie znajdowali się na bezpiecznym terenie. Gdy ognisko zapłonęło, wszyscy zebrali się wokół niego. Wszyscy oprócz jednej osoby...
***
Uczucia, które się we mnie kotłowały, nie dawały mi ani chwili wytchnienia. Od czasu tej bitwy na trakcie, ani razu nie przestałem myśleć o Guidiusie. Był moim przyjacielem, jednym z niewielu dobrych ludzi, których udało mi się spotkać podczas moich wędrówek.
Dzięki niemu przyłączyłem się do tej, walczącej w słusznej sprawie, grupy.
Ale teraz, gdy został on zabity na trakcie - jaki jest dalszy sens mojego pobytu w tej grupie? Czy kontynuowanie tej misji będzie przynosiło taką samą satysfakcję, jak przed wypadkiem?
Wyciągnąłem mapę i znalazłem miejsce, w którym powinniśmy aktualnie przebywać. Do Lasu Neverwinter było co najmniej trzy dni drogi... Nie szukałem jednak najszybszej drogi do lasu. Mój wzrok skupił się na najbliższym wielkim mieście. Szybko odszukałem na mapie najbliższy szlak prowadzący na zachód.
Tak.
Udam się na zachód.
Sam
***
Pod osłoną nocy z obozu odeszła jedna postać.
Ludzie siedzący przy ognisku nawet nie zwrócili na to uwagi, że brakuje jednego z towarzyszy broni. Wszyscy najprawdopodobniej mieli umysły zajęte wspominaniem swoich poległych towarzyszy.
Postać udała się w kierunku zachodnim.
W stronę morza.
W stronę Neverwinter.
- Witaj - rzekł miękki, damski głos. Kobieta dalej trzymała pergamin na widoku.
- Spory ruch w karczmie, czyż nie? - zapytała z nutą cynizmu w głosie.
Zdziwiony kobiecym głosem, skinąłem głową, uchylając się przed jakimś lecącym talerzem.
- Tak - uśmiechnąłem się lekko. - Dość spory. Dziwne jest natomiast to, że oni jakby czegoś szukali - wskazał ruchem głowy na dwoje ostatnich zakapturzonych, którzy rozglądali się po pomieszczeniu.
Zasadnicze niebezpieczeństwo chyba minęło. Gdzieniegdzie szarpali się i gryźli pojedynczy osobnicy. A to co? Pechowy krasnolud rozmawia z jakąś kobietą, która trzyma... O nie! Nikt mi tego złota sprzed nosa nie zwinie!
Szybko podszedłem do rozmawiającej pary.
- Lady Margaret? - skinąłem głową. - Jestem Oak Swiftblade, tropiciel i przewodnik. Znajdę tę kobietę. Potrzebuję jedynie kilku informacji na jej temat. Możemy też ponegocjować w sprawie wynagrodzenia... Na osobności. - z irytacją spojrzałem na krasnoluda.
Otworzyłem usta chcąc coś powiedzieć, kiedy wielki kufel z piwem uderzył mnie w głowę, wypychjąc mnie z krzesła. Wstałem i otrząsnąłem się, po czym rzuciłem krzesłem w śmiejącego się ,,kuflomiotacza". Nastepnie zwróciłem się do kobiety.
- Przepraszam, a za co jest poszukiwana osoba na portrecie? - nie zwracałem uwagi na złowrogie spojrzenie człowieka.
Pewnego wieczora zastanawiałem się, co ja tak naprawdę umiem robić i jak może mi to pomóc zarobić na życie, ponieważ zrozumiałem, że jedyną szansą na przeżycie w obliczu stale zwiększającej się wrogości w stosunku do wyznawców Malara, będzie przekonanie napotkanych ludzi, iż jestem do czegoś przydatny.
Po dłuższej refleksji stwierdziłem, że tak naprawdę znam się tylko na anatomii i... zabijaniu. Ponieważ ta pierwsza nie mogła mi przynieść korzyści, podjąłem decyzję, że zostanę łowcą nagród. Tak... ten "zawód", choć pogardzany przez wielu, mógł dać mi pieniądze i respekt, a jednocześnie umożliwić dalsze oddawanie czci Władcy Bestii.
Zacząłem poszukiwania zleceniodawcy w jednej ze znanych mi tawern. Kiedy do niej dotarłem, było już po zmroku. Zza uchylonych drzwi dało się słyszeć odgłosy typowej karczemnej burdy.
Kiedy zajrzałem do środka, walki już dogasały. Na nogach trzymało się jeszcze paru marynarzy, karczmarz, krasnolud i człowiek wyglądający na tropiciela. Oprócz nich w izbie była obecna jeszcze tajemnicza postać w kapturze, siedząca na krześle w rogu.
- A za co jest poszukiwana osoba na portrecie? - spytał krasnolud zakapturzonej osoby.
Uśmiechnąłem się szeroko i ruszyłem w stronę mojego przyszłego zleceniodawcy, którym, po dokładniejszym przyjrzeniu się, okazała się elfka.
- Droga pani - rzekłem, skłaniając się głęboko. - nazywam się Sern Kineleth. Nie interesuje mnie, jaką zbrodnię popełniła ta osoba. Z chęcią ją dla pani schwytam lub zlikwiduję, zależnie od pani woli.
Przyjrzałem się pergaminowi z wizerunkiem poszukiwanej, nie zważając na oburzoną minę krasnoluda.
Gdy czekałem na odpowiedź kobiety, usłyszałem odgłosy kroków za sobą, odwróciłem się trzymając kostur gotowy do uderzenia. Jednak zauważywszy, że ta osoba raczej nie jest skłonna do bitki, pozdrowiłem ją skinieniem głowy, po czym podstawiłem nogę jakiemuś marynarzowi biegnącemu z widocznym zamiarem nabicia kogoś, niekoniecznie w butelkę.
Spoiler: na oburzoną minę krasnoluda Ej, a gdzie ja napisałem, że mam coś przeciwko? Jak już to oburzoną minę łowcy poprawcie to proszę
Trzeci do podziału. Zaraz mnie coś trafi. Ale zaraz... czy to nie druid? A może też tropiciel? A może dostałem "posiłki"? Będę musiał znaleźć moment by porozmawiać z nim na osobności... Ale tymczasem interesy czekają. Kobieta wydaje się być rozbawiona całą tą sytuacją.
- Muszę wiedzieć kim jest poszukiwana, jej powiązania, w jakim środowisku się obraca, jakieś znaki szczególne? Im więcej szczegółów tym szybciej ją znajdziemy - zaakcentowałem to ostatnie słowo. Z umowy indywidualnej już raczej nici, więc niech chociaż współpraca się jakoś układa.
Uśmiechając się lekko, spojrzałem wyczekująco na kobietę.
Kobieta zaśmiała się głośno.
- Bierzecie mnie za kogoś, kim nie jestem. Moje imię wcale nie brzmi Margaret, a tym bardziej nikt w życiu nie nazywał mnie Lady. Widzę, że wiele osób zainteresowało się tą kobietą i nie ukrywam, że nagroda za jej głowę mnie również kusi, ale nie zamierzam sama się narażać, jednak nie o to mi chodzi - zamilkła na chwilę rozglądając się po zebranych. Zachichotała, po czym dodała szeptem. - Szukam osób na tyle dzielnych, że Podmrok jest dla nich jedynie dziecięcą zabawą w kotka i myszkę, kogoś tak dzielnego, że smoki kłaniają się na jego widok. Wiedzcie, że misja nie będzie łatwa, ale nagroda za iście obiecująca - zgniotła pergamin.
- Tę kobietę pozostawiam wam, tak jak i decyzję. Jeżeli się namyślicie, łatwo będziecie mogli mnie znaleźć, gdyż nie ruszę się z tej karczmy przez najbliższe kilka wschodów słońca - oparła się o ścianę czekając na jakikolwiek ruch, gest czy choćby słowo.
Wychodząc z gospody, zauważyłam zakapturzoną kobietę, która w przeciwieństwie do mnie, do niej zmierzała. Gdy znalazłam się na chłodnych ulicach Neverwinter, poczułam ulgę. Miałam dość tych ukradkowych spojrzeń ludzi przebywających w karczmie. Choć zapewne teraz też nie byłam w zbyt dobrej sytuacji. Wraz z elfią zabójczynią znajdowałam się w dokach, które były terenem Złodziei Cienia. Większość ludzi unikała przebywania w takim miejscu o takiej porze. Zazwyczaj kręciło się tu też kilku okolicznych bandytów i złodziei niezrzeszonych w tej organizacji. W każdej chwili, ktoś bez trudu mógł nas zabić.
Moje rozmyślania przerwały słowa elfki.
- W końcu możemy porozmawiać w miejscu, w którym nikt nie będzie nam przeszkadzał...
- Oszalałaś? - przerwałam kobiecie. - Wszędzie pełno jest złodziei i zabójców, a ty mówisz o spokoju.
- Mówisz o tych nie wartych uwagi opryszkach? Wierz mi, dopóki jesteś tu ze mną, nic ci nie grozi.
- To o czym chciałaś ze mną pomówić? - zmieniłam temat rozmowy.
- Mam do ciebie prośbę. Zapewne widziałaś tą kobietę wchodzącą do tawerny. To Lady Margaret, szlachcianka której zależy na mojej śmierci... - po twarzy poszukiwanej przemknął uśmiech.
- Czy możesz mi wreszcie powiedzieć o co chodzi? - przerwałam zniecierpliwiona.
- Zrobiłabym to dawno, gdybyś mi w tym nie przeszkadzała. Chciałabym, abyś dołączyła do drużyny łowców nagród, która ma na celu odnalezienie i zabicie mnie. Zapisy są właśnie przyjmowane w karczmie.
- Co chcesz tym zyskać i jaki ja mam w tym interes? - spytałam zaskoczona prośbą.
- Będę mogła obserwować wasze poczynania, a w razie potrzeby opóźnisz poszukiwania lub zmylisz trop...
- Lecz co ja z tego będę miała? - po raz kolejny przerwałam zabójczyni.
- To irytujące wiesz? Chciałam ci zaproponować pewien artefakt, na który natknęłam się w trakcie mojej podróży po Srebrnych Marchiach, ale skoro cię to nie interesuje...
- Dobrze zrobię to - zgodziłam się usłyszawszy o artefakcie.
- Świetnie. Teraz idź i zrób to o czym mówiłam. Znajdę cię, kiedy przyjdzie na to czas.
- Żegnaj. - powiedziałam i szybko oddaliłam się w stronę tawerny.
Od razu rozpoznałam kobietę, którą przedtem widziałam. Siedziała na krześle w kącie sali. Wokół niej stało kilka osób. Podeszłam do niej. Usłyszawszy, że to nie jest Lady Margaret, odczułam satysfakcję. Po raz pierwszy elfia zabójczyni nie miała racji. Postanowiłam, że przyłączę się do wyprawy. Przecież dostałam zlecenie dołączenia do niej.
- Magini z pewnością przyda się w nadchodzącej wyprawie - odrzekłam.
Spojrzała na kobietę, która zaproponowała magiczną pomoc.
- Powiedz mi moja droga, robisz to dla przygody, czy ktoś ci kazał? - spod kaptura można było dostrzec uśmiech.
Nigdy nie zapomnę momentu, w którym po raz pierwszy zobaczyłem Alexis.
Poruszała się z niebywałym wdziękiem. Nie mogłem oderwać od niej wzroku, a kiedy jej błękitne oczy przelotnie spotkały się z moimi, wstrząsnął mną dreszcz. Kiedy pomyślałem, że chwilowe zauroczenie już mi przeszło, powiedziała:
- Magini z pewnością przyda się w nadchodzącej wyprawie.
Jej głos był dla mnie niczym najpiękniejsza muzyka. Chciałem go słuchać przez całą wieczność, chciałem zatonąć w tych błękitnych oczach...
Doświadczyłem tego, co nazywają miłością od pierwszego wejrzenia.
- Z... pewnością - wydusiłem wtedy, z trudem powstrzymując jąkanie.
Niespodziewanie uzyskałam poparcie mych słów u półelfa, który znajdował się wśród zgromadzonych osób.
- Miło mi, że się ze mną zgadzasz - powiedziałam i uśmiechnęłam się do niego.
Nie miałam czasu na przemyślenie tego zdarzenia, gdyż moja przyszła pracodawczyni zadała mi pytanie.
- Powiedz mi moja droga, robisz to dla przygody, czy ktoś ci kazał?
Zaskoczona odpowiedziałam:
- No cóż...W Podmroku jest wiele przerażających, lecz jednocześnie zadziwiających rzeczy. Musiałabym być głupia lub naprawdę zdesperowana, żeby działać za czyjąś namową. Wydaje mi się, że nie wyglądam na taką - odpowiedziałam tajemniczej kobiecie.
Podrapałem się w głowę, po czym rzekłem:
-No cóż, ja tez bym się skusił… Może przyda wam się moja pomoc?
Głos krasnoluda brutalnie przywrócił mnie do rzeczywistości. Zorientowałem się, że z formującej się grupy nie da się już nikogo wyrzucić, gdyż wówczas ten ktoś starałby się na własną rękę odnaleźć cel. Dlatego ugryzłem się w język, zanim zdążyłem dogryźć brodaczowi. Zamiast tego powiedziałem:
- Niech będzie.
Po chwili dodałem jeszcze:
- Może zabierzemy się już do roboty? Nie znoszę bezproduktywnych rozmów. Możemy liczyć na jakieś wskazówki, pani? - zapytałem się zleceniodawczyni.
Kobieta klasnęła uradowana w dłonie.
- W takim razie, od dzisiaj, moi drodzy, wasz los jest w moich rękach. Macie jeden dzień na załatwienie wszystkich zaległych spraw. Jutro ruszamy - rzekła i czym prędzej wyszła.
Karczmarz, zrezygnowany, jedynie pokręcił głową. Czuł jak się skończy ta przygoda, jednak wolał milczeć, by pożyć dłużej.
- Hmm.
Zastanowiłem się, po czym rzekłem:
- Muszę załatwić parę spraw. Spotkajmy się tutaj, jutro o wschodzie słońca, co wy na to?
Propozycja krasnoluda bardzo mi odpowiadała, toteż powiedziałem:
- Zgoda. Też mam coś do załatwienia.
Nie czekając na odpowiedź, ruszyłem do wyjścia z karczmy. Kiedy dotarłem do lasu, przyjąłem postać wilka. Następnie ukryłem się w pobliżu budynku, zamierzając dyskretnie śledzić moich towarzyszy.
Gdy wyszedłem z karczmy, postanowiłem wrócić do lasu po resztę mojego ekwipunku.
***
Po dojściu do mojego obozowiska, zaraz zabrałem się do pracy. Po pierwsze odkopałem moje mikstury i plecak z książkami, a następnie wziąłem się za przygotowywanie mikstur i innych rzeczy, które mogą się przydać.
- Hmm, zrobię parę strzałek, oraz może uda mi się stworzyć parę zwojów... I nie mogę zapomnieć o miksturach
Mruknąłem do siebie, po czym zabrałem się do roboty.
Kobieta szybko uciekła po skończonej rozmowie. Nie zdołałem jej zatrzymać. Jest jeszcze druid, ale ten też zniknął. A niech to! Ładuję się w jakąś kabałę bez gwarancji osiągnięcia mojego celu!
Za część pieniędzy zarobionych na skórach, kupiłem świerze podroby i wyszedłem za miasto. Oddaliłem się nieco w las, gwizdnąłem przeciągle na palcach i rozsiadłem się w trawie. Zacząłem żuć suszoną wieprzowinę z własnych zapasów. Po kilku minutach nadbiegł duży, silny wilk. Stanął przede mną. Położyłem przed nim podroby, które zaczął jeść z iście wilczym apetytem.
- Przepraszam cię, Claw, że tak długo czekałeś. Wydaje się, że będziesz musiał poczekać jeszcze nieco dłużej. Wyruszam do Podmroku - Wilk przestał jeść i popatrzył na mnie spode łba jakby mnie rozumiał. - Wiem, to głupi pomysł. Nie ma drzew, nie ma się gdzie chować i to ja będę tam tropioną zwierzyną. Muszę to zrobić. Zyskam powiązania, dzięki którym może czegoś się dowiem. Ty zostajesz. Pod ziemią mi się nie przydasz a będzie niebezpiecznie.
Po krótkim namyśle, postanowiłem podążać za człowiekiem. Będąc świadomym jego umiejętności i instynktu tropiciela, obserwowałem go z dużej odległości. Kiedy zobaczyłem jego zwierzęcego towarzysza, zrozumiałem, że będziemy w stanie się dogadać. Zdecydowałem się nie ukrywać mojej prawdziwej natury, gdyż chciałem zyskać - przynajmniej ograniczone - zaufanie tropiciela. Pragnąłem, aby stał się moim sojusznikiem, mogącym mi pomóc w razie ewentualnych konfliktów w grupie łowczej. Kierowała mną też potrzeba kontaktu z kimś, dla kogo las jest domem, podobnie jak dla mnie.
Przybrałem postać hybrydy i zacząłem cicho i ostrożnie zbliżać się do człowieka. Wycelował we mnie z łuku w idealnym momencie, odległość nie pozwalała mu spudłować, a mi doskoczyć do niego. Kiedy jednak zastygłem w bezruchu, nie zdecydował się na strzał.
Na jego oczach przeistoczyłem się w półelfa i powiedziałem:
- Witaj, tropicielu. Znasz już moje imię, więc może mi podasz swoje?
- Byłem bliżej, niż myślałem... - pomyślałem, gdy przede mną pojawiły się pierwsze budynki wchodzące w skład przedmieść Neverwinter. Nie spodziewałem się, że dotrę tutaj przed wschodem słońca, mimo że większość drogi przebyłem w półbiegu.
Nagle przystanąłem i spojrzałem przed siebie. W oddali majaczyły światła na murach miasta, a chłodne powietrze od lądu sprawiało, że oddalone pochodnie mrugały, niczym gwiazdy w bezchmurną noc, której tej nocy nie można było nazwać.
Przez chwilę nawet pomyślałem, czy nie powinienem ukryć się i poczekać do świtu, gdyż w świetle dnia te okolice są znacznie bezpieczniejsze, lecz nie zastanawiając się dłużej ruszyłem w kierunku miasta. Jednak kilka jardów dalej przystanąłem w bezruchu.
Zauważyłem, że w przeciwnej strony nadchodzi postać. Przyjrzałem jej się bliżej i trochę otumaniałem. Był to krasnolud. O tyle niezwykły był to krasnolud, że z oddali jego ubiór i ekwipunek sprawiał wrażenie ekwipunku maga. Nigdy w swoim życiu nie spotkałem krasnoludzkiego maga! Krasnoludy zawsze kojarzyły mi się z zaprawionymi w bojach wielkich kulach, które swoimi toporami i młotami potrafiły roztrzaskać najtwardsze czaszki.
Gdybym jeszcze trochę przedłużył swoje rozmyślanie nie zauważyłbym, że ów krasnoludzki mag skręcił w stronę pobliskiego lasu. Niewiele myśląc, wtapiając się w nocny mrok ruszyłem za nim.
Gdy wchodził do lasu, trochę się zawahałem, lecz wciągnąłem głęboko kilka razy chłodne, rześkie powietrze i w ukryciu, starając się poruszać bezszelestnie, dotarłem do miejsca, z którego z łatwością mogłem obserwować jego obozowisko.
W pewnym momencie Claw zawarczał cicho i postawił uszy, patrząc mi się ponad ramieniem. Zerwałem się błyskawicznie, wyciągając łuk i strzałę. Zamarłem klękając w postawie strzeleckiej. Przede mną stał wilkołak. Niedobrze. Nie miałem żadnej odpowiedniej broni. Już zacząłem się zastanawiać nad możliwymi drogami ucieczki, gdy istota zaczęła przemianę na moich oczach. Widziałem przemiany druidów z mojego kręgu, ale pierwszy raz widziałem przemianę prawdziwego likantropa. Istota przemieniła się w druida, którego widziałem w tawernie!
Zapytał mnie o imię.
- Jestem Oak Swiftblade. - Nie opuściłem broni. - A skoro pytasz to znaczy, że nie jesteś tym za kogo początkowo cię brałem.
Muszę go utrzymać pod humanoidalną postacią, pomyślałem, będę miał większe szanse gdyby doszło do starcia...
- Wykonuję misję, z którą wysłał mnie krąg druidów cienia z kniei Otulisko -kontynuowałem. - Szukam pewnego człowieka, który na czele zbrojnej wyprawy zaskoczył mój Krąg, wymordował część naszych i skradł nasz Święty Symbol. Niełatwo będzie go odnaleźć dlatego muszę zyskać powiązania w dużych miastach by uzyskać dostęp do informacji - zaryzykowałem i powiedziałem większość prawdy.
Druid nie poruszył się.
- Mam nadzieję, że jako sługa natury rozumiesz sytuację i moją desperację w wykonaniu zadania. Będziemy mogli pomóc sobie nawzajem - nie opuszczałem broni, chociaż zaczęły już mnie boleć palce na naciągniętej cięciwie. Wyczułem, że Claw zaczął powoli obchodzić półelfa, by w przypadku jednego fałszywego ruchu skoczyć mu do gardła.
Byłem zadowolony z tego, że tropiciel również pragnie sojuszu. Ciężko jednak było mi się odprężyć przy broni wycelowanej w moje serce. Ponadto od drugiej strony zaszedł mnie wilk, towarzysz człowieka. Stawiało mnie to w ciężkiej sytuacji, w którą w dodatku sam się wpędziłem. Pragnąc z tego jak najszybciej wybrnąć, rzekłem:
- Jestem tym samym druidem, którego spotkałeś w karczmie. Po prostu nie usłyszałem tam twojego imienia. Zapewniam cię, Oaku, że nie mam złych zamiarów. Gdybym chciał cię zabić, od razu bym się na ciebie rzucił. Obaj służymy naturze, a jej wrogów jest wystarczająco wielu, aby bratobójcze walki pomiędzy jej sprzymierzeńcami były nonsensem. Masz rację, możemy sobie pomóc nawzajem...
Tropiciel z wyraźną ulgą opuścił nieco łuk. Spojrzałem przez ramię na patrzącego na mnie podejrzliwie wilka.
- Nie jestem wrogiem - przekazałem mu.
Tropicielowi zaś powiedziałem:
- Wspaniałe zwierzę. Nazywa się Claw, prawda?
Kiedy skończyłem przyrządzać preparaty, usiadłem na ziemi z zamiarem upieczenia sobie nad ogniskiem odrobiny mięsa. Gdy już byłem w połowie przyrządzania obiadu, usłyszałem jakiś krzyk, a następnie z lasu wypadło ze czterech orków, uciekających jakby ich sam diabeł gonił. Kątem oka zauważyłem, że jeden z nich potrącił w biegu moją miksturę. Jedyne, co zdążyłem zrobić to upaść na ziemie i zakryć uszy rękoma.
W spadającej butelce był jeden z moich najnowszych przepisów, który nazwałem Ryk Wiatru. Mimo tego, że leżałem na ziemi, eksplozja przerzuciła mnie o dobry metr dalej.
Co się stało z orkami - wolę nie wiedzieć, przeszło mi przez głowę, zanim uderzyłem nią w kamień i straciłem przytomność.
Wysunąłem się cicho spod gęstego krzewu i uważnie rozejrzałem się wokół siebie.
Wszystko stało się tak nagle. Tak zapatrzyłem się w dziwnego krasnoluda, że z ogromnym opóźnieniem zareagowałem na to, co działo się za moimi plecami. Kilku orków, biegło przed siebie, przewracając się i potykając o każdą większą przeszkodę, tak jakby byli obłąkani. Niemal w ostatniej chwili udało mi się uskoczyć w miarę bezpieczne miejsce. Stopy orków śmignęły koło mojej głowy. Chwilę później nastąpiła wielka eksplozja. Jej siła poderwała mniejsze gałęzie z ziemi i cisnęła nimi kilkaset stóp do przodu.
Podszedłem ostrożnie do skraju skarpy, z której obserwowałem obozowisko krasnoluda i otworzyłem ze zdumieniem usta. Obozowiska już praktycznie nie było, natomiast zamiast orków, na pobliskich drzewach zwisały kawałki ciała i wnętrzności stworów. Dokładnie zbadałem wzrokiem to, co pozostało z obozowiska. Pierwszą moją myślą było to, że krasnolud także znalazł się w bezpośrednim sąsiedztwie wybuchu. Przez dłuższy jeszcze patrzyłem na miejsce wybuchu po czym, lekkomyślnie jak mi się wydawało, ostrożnie osunąłem się ze skarpy.
Następnie podszedłem do obozowiska. Na ziemi leżało mnóstwo porozbijanych buteleczek i innych, niekoniecznie znanych mi przedmiotów. Zacząłem przeczesywać wzrokiem obozowisko, po czym wzdrygnąłem się. Gdzieś w pobliżu coś się poruszyło. Ostrożnie rozejrzałem się poszukując źródła tego ruchu. Dobre kilka metrów od miejsca w którym stałem, leżała płachta, najprawdopodobniej od namiotu, który jeszcze niedawno tutaj stał. Pod płachtą coś się ruszało. Ostrożnie, jednak nie wyciągając broni, podszedłem do płachty. Jednym mocnym ruchem pociągnąłem ją i moim oczom ukazał się dziwny widok.
Znany mi już dziwny krasnolud leżał na ziemi. Z paskudnej otwartej rany z boku głowy broczyła krew, lecz ruchy krasnoluda nie przypominały przedśmiertnych drgawek. Machał co chwilę rękami i mamrotał coś o Podmroku, i jakimś złocie. Rana wyglądała na tyle poważnie, że bez szybkiej pomocy krasnolud najprawdopodobniej wykrwawiłby się na śmierć. Ponieważ znałem się co nieco na opatrywaniu ran, to od razu wyciągnąłem opatrunki i zabrałem się do roboty.
Gdy po kilku minutach owijałem bandażem głowę, uśpionego już przez jedną z moich nielicznych mikstur krasnoluda, usłyszałem dziwny hałas. Po chwili słyszałem już wyraźniej, krzyki ludzi i szczęk broni. Do licha, pomyślałem. Pewnie pobliscy mieszkańcy zaniepokojeni dziwną eksplozją wezwali straże, albo co gorsza sami wyruszyli zbadać przyczynę wybuchu. Nie tracąc czasu zarzuciłem krasnoluda na ramię. Ważył więcej niż przypuszczałem, więc na początku nogi trochę się pode mną ugięły, lecz szybko się wyprostowałem i oddaliłem się z krasnoludem w głąb lasu.
Nie uszedłem zbyt daleko i zatrzymałem się gwałtownie. Dlaczego właściwie wziąłem tego krasnoluda ze sobą? Przecież gdybym go tam zostawił, ludzie zapewne by mu pomogli. Dziesiątki pytań kotłowały się w mojej głowie, lecz teraz na rozmyślania było już za późno. Nie mógłbym teraz zostawić tego krasnoluda na pastwę losu. Przeniosłem go jeszcze bardziej w głąb lasu, po czym rozłożyłem prowizoryczne obozowisko. Ogniska nie rozpalałem, a krasnoluda owinąłem szczelnie jego własnym kocem. I tak znając wytrzymałość krasnoludów, jeden dzień, dwa, czy nawet cały tydzień leżenia w taką jak ta chłodną noc, spłynęłoby po nim jak po kaczce. Gdy byłem pewny, że krasnolud leżał w bezpiecznym miejscu, znalazłem w pobliżu odpowiednie drzewo z widokiem na okolicę i zapadłem w płytki, czujny sen.
Kiedy otworzyłem oczy, pierwszą rzeczą jaką zobaczyłem była wielka szyszka, która spadła mi na nos. Następne rzeczą, po szyszce, był ból głowy. Podniosłem się i rozejrzałem. Zobaczyłem, że ktoś przykrył mnie kocem. Dopiero po chwili przypomniałem sobie – krzyk, wrzask błysk, ból a potem ciemność. Potrząsnąłem parę razy głową, chcąc sobie coś przypomnieć, ale jedyne, co zyskałem, to jeszcze większy ból głowy. Dotknąłem głowy - tak jak myślałem, ktoś założył mi opatrunek, – ale kto?
Już od dawna nie spałem, gdy obudził się krasnolud. Byłem pod wrażeniem, gdy po tak paskudnej ranie był on w stanie tak długo siedzieć i rozglądać się. Normalny człowiek nie byłby w stanie nawet unieść głowy. Swoją drogą, normalny człowiek nie przeżyłby takiego uderzenia w głowę. Jednak to był krasnolud, a krasnoludzkie czaszki mogły by się równać wytrzymałością z najtwardszymi minerałami.
Nie zaskoczyło mnie jednak, gdy krasnolud z jękiem przybrał z powrotem pozycję leżącą, gdyż mimo swojej dużej wytrzymałości, był on istotą śmiertelną. Szybko zbadałem wzrokiem okolicę, po czym zsunąłem się z drzewa i podążyłem w kierunku krasnoluda.
- Witaj krasnoludzie - odezwałem się nieco sztucznie. - Bóle głowy, problemy ze słuchem, czy trudności z poprawną koordynacją będą twoimi zmartwieniami w najbliższych dniach. Miałeś szczęscie, że twoja czaszka w ogóle to wytrzymała.
Gdy zamyślony położyłem się z powrotem, usłyszałem jak ktoś schodzi z drzewa, a następnie głos elfa. Zaskoczony odwróciłem się do niego z trudem - czyli on mnie uratował – pomyślałem, po czym powiedziałem:
- Dziękuje za uratowanie mi życia – spróbowałem się uśmiechnąć, ale jedyne, co mi wyszło to grymas bólu.
- Wiem, że pytanie może być nie na miejscu, ale możesz zaprowadzić mnie do mojego obozowiska? Jestem pewien, że parę mikstur zostało, a nie chciałbym żeby ktoś się nimi bawił – przypomniałem sobie Ryk Wiatru.
- Pamiętasz spadającą miksturę? W obozie zostały jeszcze 3 flakoniki…. Chciałbym je zabrać… No i jeszcze parę innych rzeczy, które przetrwały wybuch i te, które nie odkopałem.
I jeszcze raz dziękuję za uratowanie mi życia… - spojrzałem na jego łuk, po czym przeszukałem kieszenie – Ufff – pomyślałem, woreczki całe.
- Wiesz, nie mam złota, żeby ci dać za uratowanie mnie, ale może przyjmiesz to? – wyciągnąłem w jego kierunku woreczek pełen dziwnego bardzo lepkiego pyłu.
Patrzyłem przez jakiś czas uważnie na krasnoluda. A więc to jego mikstury spowodowały dziwną eksplozję. Zignorowałem jego wyciągnięta rękę z dziwnym woreczkiem i rzekłem:
- W takim razie wstawaj, i ruszajmy! - byłem niemal całkowicie pewnym, że na dwóch nogach krasnolud nie ustoi dłużej niż kilka sekund.
Trochę zdziwiony, schowałem woreczek z powrotem do kieszeni, po czym z trudem wstałem.
No to ruszajmy – stęknąłem z wysiłku, po czym poszedłem parę kroków do przodu, po czym zatrzymałem się, czekając na elfa.
Naprawdę byłem pod wrażeniem, gdy krasnolud był w stanie utrzymać się na własnych nogach. Rozejrzałem się wokół siebie, po czym chrząknąłem w kierunku krasnoluda. Gdy popatrzył na mnie, skinąłem głową w kierunku przeciwnym do jego trasy, dając mu znać, że droga do obozowiska prowadzi w drugą stronę.
Niezrażony, odwróciłem się na pięcia i podążyłem za elfem.
- Tak, nazywa się Claw. Opiekuję się nim od szczenięcia - opuściłem broń. Widząc to wilk usiadł i teraz już tylko przyglądał się z zainteresowaniem.
- Wyjawiłem ci mój cel. Muszę uzyskać potężnych sojuszników by uzyskać potrzebne mi informacje. A dlaczego druid chce zapuścić się do Podmroku? Bo chyba nie z czystej ciekawości? Będziesz tam tak samo nie na miejscu jak i ja, a może nawet bardziej. Może tylko ten pechowy krasnolud tam pasuje ale już widzę kłopoty, w które przez niego pewnie wpadniemy. Początkowo chciałem działać sam, ale wtedy chodziło o poszukiwanie pewnej osoby, w czym mam już pewną wprawę, a nie o łażenie po ciemnych korytarzach w niewiadomym celu.
- Prawdę mówiąc, nie mam żadnego określonego celu, poza schwytaniem tej zabójczyni, na którą polujemy. Chociaż nie miałbym nic przeciwko znalezieniu jakichś sojuszników do walki z wyrębem lasów w Cormyrze - odrzekłem, zastawnawiając się, czy powiedzieć mu więcej.
- Kiedyś znałem pewnego półdrowa... to on mnie przemienił. Wkrótce po moim odejściu z kręgu druidów dotarły do mnie wieści, że zew Podmroku był dla niego zbyt silny, a że nie chciał porzucić Malara dla niegodziwej Lolth, przyjął w wiarę w martwego boga Ilbrandula i ponoć zajął silną pozycję w sekcie usiłującej go wskrzesić. Nie obraziłbym się, gdybym zdołał go znaleźć i przekonać do walki z drwalami, których zawsze nie znosił.
- Jeżeli chodzi o zaszkodzenie mordercom drzew, to we mnie zawsze będziesz miał sojusznika. Ja potrzebuję pomocy w dopadnięciu morderców ludzi. Myślę więc, że pod ziemią powinniśmy trzymać się razem i uważać na pozostałych. Wracajmy do miasta. Muszę zrobić zaopatrzenie na tą wycieczkę. Będę zapewne potrzebował kilku magicznych strzał.
- Nie mam w Neverwinter nic do załatwienia. Za to mam coś do zrobienia tutaj. W Podmroku możemy mieć problemy z wodą i żywnością, toteż ruszam napełnić moje bukłaki... i żołądek. Spotkamy się o świcie w karczmie. Bywaj.
To rzekłszy, przedzierzgnąłem się w hybrydę i ruszyłem na polowanie.
Po długiej i bardzo ciężkiej, jak mi się wtedy wydawało, drodze, dotarłem razem z elfem, na miejsce, gdzie nie tak dawno było moje obozowisko. Pierwsze co zrobiłem, to wstałem z ziemi, nie zauważyłem wystającego korzenia, następne ominąłem dziurę, i udałem się pod choinkę… Ale po wybuchu mógł to być równie dobrze dąb.
Po pewnym czasie, z trudem wyciągnąłem spory kufer. W środku, oprócz plecaka znajdywało się pełno różnorodnych drobiazgów. Między innymi mikstury, woreczki zwoje itp. Uważnie przejrzałem zawartość, po czym wybrałem parę zwojów oraz mikstur. Z woreczkami było trochę gorzej, ponieważ nie wiedziałem, czy aby jeszcze działają.
Po pewnym namyślę otworzyłem jeden z nich i wyciągnąwszy z niego garść proszku rzuciłem na mój nóż, którego klinga zrobiła się jakby trochę bardziej żółtawa.
Nie zważając na nieprzychylne spojrzenia elfa, zważyłem nóż w ręku po czym z rozmachem rzuciłem w najbliższe drzewo. Oczywiście nóż przeleciał o dobrą dłoń na prawo, od zamierzonego celu, ale i tak trafił w konar następnego drzewa. Trafione drzewo momentalnie stanęło w płomieniach, a po kilku sekundach został z niego tylko czarny pył.
Zadowolony podniosłem sztylet, po czym wrzuciłem do plecaka resztę woreczków.
Odprowadziłem wzrokiem znikającego między drzewami wilkołaka. Tak, taki sojusznik może być użyteczny.
Pożegnałem się z Claw'em i ruszyłem na powrót do miasta. W mieście uzupełniłem prowiant i wodę, które powinny wystarczyć teraz na trzy lub cztery dni. Zakupiłem też kołczan umagicznionych strzał oraz długi miecz, mój sztylet średnio przyda się w Podmroku.
Po sprawunkach znalazłem sobie zacienione miejsce, z którego miałem dobry widok na całą frontową ścianę tawerny, w której zostało wyznaczone spotkanie i czekałem na przemian obserwując otoczenie i zapadając w lekką drzemkę.
Nie było już daleko do ranka, kiedy po otarciu krwi z ust napełniałem moje trzy bukłaki wodą.
Spojrzałem na swoje odbicie w tafli jeziora. Moje oczy wydawały się jeszcze bardziej przekrwione niż zwykle, a mój zarost jakby się powiększył. Stwierdziłem, że skoro to moja ostatnia noc na powierzchni przed wyruszeniem w dzicz Podmroku, mogę sobie pozwolić na drobną ekstrawagancję. Najpierw zdjąłem ubranie i wykąpałem się w jeziorze, a następnie wyciągnąłem z mojego plecaka zapomnianą, ale wciąż ostrą brzytwę.
Po ogoleniu się, nałożyłem ubranie i ruszyłem bez pośpiechu do karczmy.
Przyglądałem się z bezpiecznej odległości, jak krasnolud krząta się po obozowisku. Wokół niego widać było sporo śladów. Wszystko, co kiedyś leżało porozrzucane wokół tego obozu, po wybuchu zostało już dawno zebrane. Krasnolud grzebał chwilę w swoim kuferku, a gdy rzucił w drzewo swoim nożem, trochę się skrzywiłem. W takim stanie, krasnoluda z nożem był niebezpieczny nie tylko dla ewentualnych wrogów.
Jako jedyna z mojej przyszłej drużyny nie musiałam tego wieczoru załatwić żadnych ważnych spraw. Nie miałam zamiaru poinformować zabójczyni o tym, że zamiast ją chronić, wybieram się na wyprawę do Podmroku. Postanowiłam spędzić wolny czas na przygotowywaniach do wyprawy. Musiałam przecież zakupić wiele składników do czarów.
Wchodząc do mrocznego sklepu w dzielnicy handlowej, poczułam niemiły dreszcz. Nigdy nie lubiłam tego sklepu. Jego właściciel i zarazem sprzedawca to członek Zhentarimów - grupy, której celem jest zdominowanie handlu i zdobycie władzy w Faerunie. Podeszłam do lady ze sztucznym uśmiechem na twarzy.
- Witam panie Moss.
- Dobry wieczór szanowna klientko. W czym mogę pomóc?
- Tu jest lista - powiedziałam podając mu zwój ze składnikami, które będą niezbędne w czasie podróży.
-Duże zakupy. Gdzieś się pani wybiera?
- Czy wypytywanie klientów o prywatne sprawy należy do pana kompetencji? -spytałam.
- Najmocniej przepraszam. Już zabieram się do pracy.
Po pięciu minutach sprzedawca wrócił wraz z zamówionymi przedmiotami.
- Dwieście sztuk złota poproszę - odezwał się gniewnie właściciel.
- Oto one - rzuciłam pieniądze na ladę i szybko wyszłam ze sklepu.
Po powrocie do wynajętego pokoju w karczmie, spakowałam wszystkie potrzebne w nadchodzącej podróży rzeczy. Chwilę potem zasnęłam pod ciepłą kołdrą w miękkim łóżku. Wiedziałam, że nie prędko zaznam wygód gospody.
Minęło już sporo czasu od burdy w karczmie, gdy przybyłem do niej po raz drugi, ciała zniknęły, a krew zmyto z podłogi. Połamane stoły i krzesła leżały ułożone na stosie pod ścianą. Karczmarz stał za ladą i popijał piwo z jednego spośrod nielicznych ocalałych kufli.
Wielu spośrod tak zwanych "poszukiwaczy przygód" zapewne zagadałoby karczmarza, czy to z nudów, czy to z uprzejmości. Ja jednak czułem jedynie pogardę dla tego brodatego, grubego indywiduum o zepsutych zębach. Wyjąłem z mieszka dwie sztuki złota, rzuciłem je na ladę i powiedziałem trzy słowa:
- Nalej mi piwa.
Karczmarz zrobił to opieszale, przyglądając mi się badawczo. W końcu westchnął i postawił przede mną napełniony kufel. Wziąłem go i usiadłem na krześle w pobliżu schodów. Popijałem piwo powoli, rozglądając się po izbie. Wyglądało na to, że przyszedłem pierwszy.
Po opróżnieniu kufla poczułem nagle dziwną, gryzącą kombinację zapachów, która mogła oznaczać tylko jedno. Ktoś ze śpiących na górze posiadał magiczne składniki.
Wszedłem po schodach, po czym zacząłem szukać pokoju, z którego wydobywał się zapach. Kiedy doszedłem do jego drzwi, został stłumiony przez inny - charakterystyczny zapach Alexsis, który wraz jej z wyglądem i głosem poraził moje zmysły, kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Z trudem powstrzymałem pragnienie wyłamania drzwi. Przyłożyłem jedynie ucho do deski, nasłuchując jej spokojnego oddechu. Następnie zszedłem z powrotem na dół, lekceważąc zaniepokojone spojrzenie karczmarza. Usiadłem na przedostatnim stopni schodów. Czułem, że muszę chronić Alexsis... i chcę tego.
Miałem tylko nadzieję, że nigdy nie będzie ona walczyć ze Swiftblade'em... wówczas przeżywałbym głęboki konflikt lojalności.
Kiedy skończyłem oceniać mój ekwipunek – wstałem i odwróciłem się do elfa.
Niestety zapomniałem o dwóch rzeczach - byłem mocno osłabiony, a mój plecak ważył o wiele więcej niż mogłem teraz udźwignąć. Westchnąwszy, z trudem wstałem, po czym otworzyłem plecak i wyciągnąłem szkatułkę z miksturami.
- Hmm. Ciekawe czy zadziała?
Nie byłem pewien, bo jeszcze nie testowałem tej mikstury. Po namyślę wypiłem wszystko. Przez parę sekund myślałem, że nic się nie dzieję, kiedy nagle miałem wrażenie, że eksploduje mi głowa. Uczucie te szybko zniknęło, tak jak rana na głowie. Rozejrzałem się lekko zdezorientowanym wzrokiem po otoczeniu, po czym potrząsnąłem parę razy głową.
Znowu próbowałem podnieść mój plecak, ale tym razem mi się udało.
- Ja ruszam w stronę karczmy. Jeszcze raz dziękuje za pomoc.
Po czym odwróciłem się i poszedłem w kierunku miasta.
Kobieta stała nieruchomo przy drzwiach karczmy. Z oddali wyglądała niczym posąg odziany w zwiewny płaszcz. Jej oczy spoglądały na wschód słońca, które delikatnie pokrywało budynki nieskazitelnymi odcieniami czerwieni i żółci.
- Zbliżają si .- szepnęła, uśmiechając się lekko. Dalej, niczym zaczarowana. czekała na członków drużyny, którzy mieli wykonać misję dla jej Pana.
I po robocie - pomyślałem patrząc na dogorywającego trupa. Schowałem zakrwawione ostrza do pochew i wyszedłem jak gdyby nigdy nic z jego domu. Czas odebrać zapłatę, mimowolnie uśmiechnąłem się na myśl grubej, pobrzękującej sakiewki. Świtało. Zamiast do zleceniodawcy, udałem się jednak do pobliskiej karczmy. Po pracy trzeba sie porządnie najeść. Pośpieszyłem kroku, słysząc poburkiwanie żołądka. Po niedługim czasie moim oczom ukazał się przesadzisty budynek. I oto ona - oblizałem wargi. Przy drzwiach stała dziwna zakapturzona postać. Nie zwróciłem na nią uwagi. Byłem zbyt głodny, a poza tym w dokach popularne było noszenie kapturów. Przekroczyłem próg karczmy.
Karczmarz spojrzał leniwym wzrokiem na postać, która weszła do karczmy.
- Kolejny pijak - mruknął pod nosem, zarzucając szmatę na ramię. Oparł się na blacie baru i przyglądał unosząc jedną brew. O tej porze karczma była pełna spitych do nieprzytomności gości, którym towarzyszył odór taniego alkoholu i setki niepokonanych much.
- W czym mogę służyć?- powiedział od niechcenia.
Karczma powoli zaczynała sie zapełniać, alkohol zaczynał uderzać do głów i rozmawiający jeszcze do niedawna spokojnie, teraz przekrzykiwali nawzajem. Rozejrzeliśmy się po sali, by wybrać ofiary. Chwyciliśmy Nagasha, który szybko przeskoczył na nasze ramię i wślizgnął się do kaptura. Skrzywiliśmy się lekko z bólu gdy łapka wiewiorki zacisnęła się na naszym uchu. Oceniwszy że mamy jeszcze czas, rozsiedliśmy się na podłodze, ignorując wzrok kilku zniesmaczonych gości.
Uważnie obserwowałem dwie tajemnicze postacie, które przybyły do karczmy. Pierwsza sprawiała wrażenie zwykłego wojownika, który jednak wykazywał dziwne niedbalstwo - pachniał świeżą krwią, widać niedawno kogoś zabił.
Drugi z przybyszy został przeze mnie natychmiast zidentyfikowany jako potencjalny złodziejaszek, toteż odruchowo ścisnąłem swój mieszek z pieniędzmi. Kiedy jednak zobaczyłem przerośniętą wiewiórkę na jego ramieniu, wielce się zdziwiłem i zacząłem się zastanawiać, kim on właściwie jest.
Odniosłem nieprzyjemne wrażenie, że tych dwóch dołączy do wyprawy. Podniosłem się powoli ze schodów i ruszyłem w kierunku drzwi, powstrzymując idiotyczną chęć wywołania kolejnej burdy.
- Piwa! - krzyknąłem do grubego, szczerbatego karczmarza, którego widok odebrał mi apetyt. Tylko przez moment. Byłem naprawde głodny.
- I strawy! - zawahałem się, zważyłem w ręku sakiewkę - Dużo! Nie minęło kilka minut a mój stolik zaczął uginać się pod ciężarem potraw. Rzuciłem się na jedzenie. Szybko ''oczyściłem'' półmiski. Dopiero teraz moją uwagę zwróciły dwie postacie, wyróżniające się na tle tej całej zgrai. Pierwszą był dziwny obdartus. Na ramieniu siedziała mu... wiewiórka!
Obdartus przygladał się mojej sakiewce i szczerzył zęby. Narazie go zignorowałem. Drugą interesującą mnie personą, był rzucający raz po raz w moją stronę ukradkowe spojrzenia, przyodziany w połatane łachmany i postrzępiony płaszcz, mężczyzna. Na brodzie miał liczne zacięcia - widocznie po goleniu, dość nieumiejętnym... Roztaczał dziwną aure. Jak zwierzę. Albo...
Wyczuliśmy na sobie czyjś wzrok i spojrzeliśmy w tamtą stronę, akurat aby uchwycić moment gdy, przypatrujący sie nam jasnowłosy półelf chwyta za sakiewkę. Nasz wzrok przesunął sie dalej jakbyśmy go nie zauważyli. Nagash pisnął cichutko i wcisnął się pod płaszcz. Nasz wzrok zatrzymaliśmy na wypchanej sakiewce elfa. Jej właściciel zamówił więcej jedzenia niż mógłby w siebie wcisnąć ogr, a i napitków sobie nie żałował. Teraz wystarczy tylko poczekać - pomyśleliśmy - po takiej ilości jedzenia i alkoholu, elf stanie sie senny i nieuważny. Wyszczerzyliśmy zęby w uśmiechu, gdy elf na chwilę spojrzał w naszą stronę.
Z westchnieniem ulgi opuściłem śmierdzącą karczmę. Trafiłem akurat na wschód słońca, toteż przystanąłem na chwilę, aby obejrzeć ten piękny spektakl. Po dłuższym czasie rozejrzałem się i zauważyłem moją zleceniodawczynię, stojącą nieopodal karczmy. Podszedłem do niej z uśmiechem i powiedziałem:
- Witaj, pani. Jak widzisz, zjawiłem się pierwszy. Wymownie świadczy to o mojej obowiązkowości.
...Hmmm nie... Niemożliwe - pomyślałem odprowadzając pół - elfa wzrokiem. Ziewnąłem. Powieki, mimo usilnych prób, zaczęły opadać. Usłyszałem cichy chichot... To ten obdartus. Już pora. Zerwałem się z krzesła i spróbowałem wymacać sakiewkę... Której nie było!
Niedaleko nas jeden z gości podniósł się i chwiejnym, szerokim krokiem ruszył w stronę wyjścia. Jego stosunkowo nowy i finezyjny płaszcz powiewał niedbale przerzucony przez ramię. Wiedzieliśmy, że musi przejść obok nas, więc podnieśliśmy się ciężko opierając się na kiju. Nasz kij całkowicie przez przypadek zaczepił o płaszcz mężczyzny, zrzucając go na podłogę. Nim pijany gość zdążył się odwrócić, my już staliśmy i głośno go przepraszając podnosiliśmy płaszcz. Poczuliśmy oczekiwane przez nas kopnięcie, po którym przeturlaliśmy się kawałek cały czas trzymając płaszcz w ręku. Nasze palce pracowały szybko i po chwili sakiewka zmieniła właściciela. Służalczo na czworakach wyciągneliśmy w górę rękę z płaszczem, podając go zbliżającej się sylwetce. Rozochocony śmiechem gości jak i alkoholem mężczyzna kopnął nas jeszcze raz wyrywając nam płaszcz z ręki. Szybko podnieśliśmy się i idąc szybko przed klnącym na nas mężczyzną cały czas go przepraszaliśmy. Otworzyliśmy mu drzwi i wypuściliśmy go przed nami. Wyszliśmy za nim i udaliśmy się w przeciwną stronę, tam za rogiem karczmy rozejrzeliśmy się i nie dostrzegając nikogo przesypaliśmy zawartość sakiewki do naszej kieszeni. Rozejrzeliśmy się raz jeszcze i wyrzuciliśmy pustą sakiewkę na dach karczmy.
Karczmarz spojrzał na mnie podejrzliwie, oczekując zapłaty. To na pewno ten obdartus! - przeklinałem w duchu swoje roztargnienie i rozejrzałem się po pomieszczeniu. Nie ma go!
Niech no ja go tylko dorwę... - przemknęło mi przez myśl, kiedy szybkim krokiem, nie zważając na protesty karczmarza, udałem się w stronę wyjścia. Nie zwracając uwagi na malowniczy wschód słońca, wodziłem wzrokiem w poszukiwaniu złodzieja. Zamiast niego moją uwagę przyciągneła inna osoba. Kobieta w kapturze, której nie poświęciłem wcześniej swojej cennej uwagi. Być może ponownie bym ją zignorował, gdyby nie jeden szkopuł. Stał przy niej ten sam, roztaczający dziwną aurę, mężczyzna, którego spotkałem w karczmie.
Do licha z pieniędzmi! - pomyślałem, postanawiając podejść nieco bliżej...
Postanowiliśmy wrócić do środka. Wychodząc zza rogu zauważyliśmy elfa idącego szybkim, nerwowym krokiem w stronę półelfa rozmawiającego z jakąś kobietą. Obrazu dopełniał karczmarz wołający za elfem, czego ten zdawał się nie zauważać. W drzwiach karczmy kotłowało się paru pijanych gości, przepychających się by zobaczyć zbliżającą się awanturę. Postanowiliśmy oddalić się lekko i czekać na rozwój zdarzeń.
Kobieta uśmiechnęła się lekko.
- Widzę Sern Kineleth, że mój Pan słusznie cię wybrał - poprawiła kosmyk włosów wysuwający się spod kaptura.
- Wiem również, że jako jedyny się nie spóźniłeś, na resztę zapewne przyjdzie nam zaczekać kilka chwil - zachichotała. Nagle kobieta spojrzała na elfa o kruczoczarnych włosach.
- Cóż taka przygnębiona mina Panie, czyżby cię okradli? - zapytała z rozbawieniem, po czym spojrzała na wschód. Czas płynął.
Obudziłam się tuż po wschodzie słońca. Próbowałam choć jeszcze przez chwilę pospać, lecz niestety krzyki z dołu gospody rozbudziły mnie zupełnie. Ubrałam się i zeszłam na dół. Gdy weszłam do pomieszczenia, złowrogo wyglądający elf potknął się o kij żebraka, który siedział na środku sali z wiewiórką w rękawie. Zupełnie ich zignorowałam i wyszłam na zewnątrz. Stała tam ta sama kobieta, którą wcześniej wzięłam za Lady Margaret.Wraz z nią był też półelfi mężczyzna. Z początku nie rozpoznałam go w świetle wschodzącego słońca. To nawet dziwne, że nie znałam imienia jedynej osoby, która poparła moje słowa podczas próby dostania się do nowo powstałej drużyny. Podeszłam do nich.
-Zapewne przerywam jakąś niezwykle ważną rozmowę, lecz czy mogę się dowiedzieć kiedy wyruszamy?
Następnie zwróciłam się do półelfa.
- Jeszcze się nie znamy -powiedziałam. Nazywam się Alexsis, a ty?
Gdy dochodząc do tawerny, zatrzymałem się na chwile, aby przepuścić dwóch bijących się żebraków zobaczyłem, że pod karczmą zebrała się nie mała kompania. Po chwili zastanowienia podszedłem do kobiety. Po chwili chrząknąłem, ponieważ jakoś nie wiedząc czemu, nikt mnie nie zauważył.
Kiedy zleceniodawczyni zagadnęła elfa, przyjrzałem się mu dokładnie. Jego wygląd był wręcz nieprawdopodobny, miał czerwone oczy i kruczoczarne włosy. Przez ostatnie godziny spotykałem więcej wyjątkowych osób niż przez całe swoje życie - krasnoluda-maga, żebraka-złodzieja, czerwonookiego elfa i...
- Jeszcze się nie znamy. Nazywam się Alexsis, a ty?
Tak, to znowu była ona. Odwróciłem ku niej wzrok, widząc tylko nią, nieziemsko piękną, przy której wschód słońca był równy w urodzie pijakowi w karczmie... Po kilku chwilach jakimś cudem wpadłem na pomysł, że wypadałoby odpowiedzieć. Rzekłem więc:
- Sern. Sern Kineleth.
Nie miałem pomysłu na kontynuację rozmowy, toteż czekałem biernie na jej kolejne słowa.
Witaj! - odpowiedziałem zakapturzonej, a moje usta wykrzywiły się w wymuszonym uśmiechu - Jakbyś zgadła pani.
Odwróciłem wzrok. Od strony karczmy nadciągała atrakcyjna półelfka o blond włosach. Spojrzałem krytycznie na likantropa, który teraz wpatrywał się w przybyszkę. Gdy zbliżyłem się do niego, nie miałem już wątpliwości co do pochodzenia wcześniej wyczuwanej dziwnej aury. Z drugiej strony nadciągał białobrody krasnolud. Z trudem powstrzymałem wybuch śmiechu, kiedy zorientowałem się, że jest on magiem. Postanowiłem nie zwracać na niego uwagi.
Uśmiechneliśmy się pod nosem. Przedstawienie zapowiadało się interesująco. Elf nie zwracając uwagi na czerwonego ze złości szynkarza wdał się w rozmowę z grupką stojącą wokół kobiety. Żądna krwi, pijana grupka gości powiększała się z każdą chwilą i stawała się coraz głośniejsza. Wyciągnęliśmy orzeszka i podaliśmy Nagashowi, który chwycił go szybko i żarłocznie. Postanowiliśmy dać odpocząć nogom i rozsiedliśmy się na ziemi, nasz wzrok powrócił do oglądania całkiem dużego już zbiegowiska Rozochocony głosami popleczników karczmarz chwycił mocno elfa za ramię i szarpnął, by go odwrócić.
Rozejrzałem się wokoło i powiedziałem:
- Brakuje tylko łowcy.
Zauważyłem, że w karczmie zbiera się gromada żądnych rozróby gości, a pamiętając o poprzedniej - i guzie po dzbanku - pomyślałem, że trzeba wyruszyć jak najszybciej. Z zamyślenia wyrwała mnie wiewiórka, która zaczęła grzebać w mojej kieszeni, po czym gdzieś czmychnęła, razem z jednym z woreczków. Popatrzałem trochę zdziwiony, a potem podrapałem się po głowię. W woreczku była resztka ziela nasennego, który był jednym z środków powodujących sen, a woreczek był tak zrobiony, żeby po otwarciu eksplodował, wyrzucając środek we wszystkich kierunkach. Zaciekawiło mnie też to, po co ona grzebała w mojej kieszeni?
Poczułem czyjąś dłoń na ramieniu. Odruchowo odwróciłem się. Stał za mną czerwony ze złości karczmarz w towarzystwie kilku obwiesiów. Wymierzył we mnie cios pięścią. Zaskoczony wywinąłem się w uniku. Na pomoc przyszło mu kilku pijanych marynarzy, którzy jednak szybko się cofnęli, słysząc syk ostrzy wyjmowanych z pochew. Nagle do moich uszów dotarł odgłos silnej eksplozji. Odwróciłem się w stronę, z której dobiegał dzwięk. Ku moim zdumieniu zauważyłem tego samego obdartusa, który ukradł mi sakiewkę! Leżał na ziemi, wesoło pochrapując.
- On ma pieniądze - zwróciłem się do zdezorientowanego karczmarza.
Grupa podpitych marynarzy z karczmarzem na czele, była gotowa do awantury zakończonej zapewne czyjąś śmiercią.
Zakapturzona kobieta, której oblicze nadal było nieznane, podeszła do pulchnego mężczyzny. Odpięła sakiewkę od grubego, czarnego pasa ze srebrną sprzączką, po czym wręczyła ją mężczyźnie.
- Mam nadzieję, że to wystarczy - rzekła. Karczmarz otworzył woreczek i szybko przeliczył monety. Uśmiechnął się pod nosem.
- Łowca zwany Oakiem Swiftblade prawdopodobnie nie będzie nam towarzyszył, ale któż wie, jaką drogę wybiorą mu bogowie, w takim razie jeżeli pozwolicie czas abyście poznali mego Pana - uśmiechnęła się lekko.
- Jesteście gotowi?-
Spojrzałem z wyrzutem na zakapturzoną. Obdartusowi się należało - pomyślałem w duchu. Nic to, i tak prędzej, czy później, wpakuje się w jakieś kłopoty. Gdy kobieta oznajmiła, że jeden z członków grupy się nie pojawił, na mojej twarzy mimowolnie pojawił się paskudny uśmiech. Im mniej nas, tym lepiej. Krasnolud nerwowo przystępował z nogi na nogę. Czyżby jeszcze ktoś nie znalazł się w umówionym miejscu?
- Chętnie poznam twego mistrza, pani. Przedtem chciałbym jednak poznać nieco szczegółów dotyczących wyprawy.
Awantura odwróciła uwagę Alexsis i zniweczyła szanse na dalszą rozmowę. Skrzywiłem się, kiedy dowiedziałem się o nieobecności Swiftblade'a. Uświadomiłem sobie, że nie dość, iż tracę sojusznika, to jeszcze jedynego, oprócz mnie, uczestnika wyprawy, który mógł osłaniać magów. Zwróciłem ponownie uwagę na kruczowłosego elfa, który musiał mieć niezłe wyobrażenie o sobie, skoro nie wyczyścił ostrzy po zabójstwie. Dziękowałem Malarowi, że zgłosił się do wyprawy. Nie miałem wątpliwości, że kobieta zaakceptuje jego członkostwo w grupie.
- Otrzymacie od mojego Pana dodatkowy ekwipunek oraz konie, jednak zanim traficie do Podmroku, przejdziecie przez test, o którym więcej powiem wam mój Pan - mówiąc to przyglądała się żebrakowi z wiewiórką jako towarzyszem.
Złodziejaszek czym prędzej oddalił się od zgromadzonych. Jego postać zniknęła tuż za murami budynku. Lekki uśmiech z powrotem pojawił się na twarz kobiety, gdyż wiedziała, że za rogiem czeka go los, los, który może okazać się gorszy niż wyprawa w nieprzyjazny Podmrok. A może jeszcze ich drogi się zejdą? Tylko bogowie to wiedzieli.
Kobieta spokojnym krokiem zaczęła iść w kierunku brzegu morza.
Widząc, że szansa na dołączenie elfa do wyprawy gwałtownie maleje, podbiegłem do kobiety i powiedziałem:
- Pani, nie dam rady samemu osłaniać naszych magów. Potrzebujemy jeszcze jednego wojownika! Pozwól elfowi z nami iść, albo opuszczam tę samobójczą wyprawę.
- Przecież już należy do drużyny, chyba, że nagle zrezygnował - odpowiedziała spokojnie, spoglądając na mężczyznę, który do niej podbiegł, a następnie na elfa o czarnych włosach.
Ze zdumieniem spojrzałem na półelfa. Zakapturzona wydawała się akceptowąć moją obecność. Wyprawa do Podmroku mogłaby okazać się całkiem ciekawym i opłacalnym przedsięwzięciem. Popatrzyłem się wymownie na przywódczynię kompanii.
- Oczywiście, że wspomogę drużynę w wyprawie...
- ...a przy okazji swoją sakiewkę, czyż nie? - zachichotała poprawiając kaptur.
Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu. Wyprawa zapowiadała się naprawdę ciekawie.
Kiedy stałem zamyślony, nagle zorientowałem się, że nikogo nie ma. Zdziwiony rozejrzałem się i zobaczyłem, jak grupa jest o parę dobrych metrów przede mną. Klnąc na wszystko co żywe i martwe, że mnie nie uprzedzili, ruszyłem za nimi.
Gdy udawaliśmy się do mistrza zakapturzonej, czegoś mi brakowało. Obejrzałem się. Ku mojemu rozbawieniu biegł do nas krasnolud, którego nikt inny nie zauważył. Pomyślałem, że jeśli tak dalej pójdzie, to ten pechowiec wpakuje nas w niemałą kabałę.
Idąc w tym tajemniczym pochodzie, odczuwałem rosnące zaniepokojenie. Kobieta zdawała się znać nasze myśli. Jednocześnie przypominała bezwolny instrument, a słowo "Pan" wymawiała z niezwykłym namaszczeniem. Przerażała mnie potęga stojącej za zakapturzoną istoty, ale jednoczeście mnie ciekawiła. Chciałem więc jak najszybciej spotkać tajemniczego mocodawcę.
Ostatecznie elf wyruszył z nami, co mnie ucieszyło, gdyż byłem beznadziejnym fechtmistrzem. Perspektywa spotkania koboldów lub goblinów raczej mnie cieszyła, ale drow poradziłby sobie ze mną błyskawicznie. Tymczasem wojownik wprawny w walce mieczami, mógł dać mi czas na zajście wrogów od tyłu. Chciałem jak najszybciej wykształcić u niego odpowiednie nawyki, toteż powiedziałem, nieświadomie pociągając nosem:
- Otrzyj miecze, elfie. Wiele stworów Podmroku ma doskonały węch, więc wyczują krew na milę.
Uśmiechnąłem się do likantropa. Wydawał się najbardziej przydatnym członkiem drużyny. Wyczułem w nim zaniepokojenie i ciekawość. Mocodawca zakapturzonej musiał mieć pewne wpływy, ale póki co starałem się zachowywać spokój. Widać tutaj półelf zdawał się nie podzielać mojego zdania.
- Pragnę zaznaczyć, że świadom jestem zagrożenia panującego w Podmroku, lecz minie jeszcze sporo czasu, zanim tam trafimy - odrzekłem. - Wierz mi, widok zakrwawionych ostrzy, czasami bardzo pomaga podczas wędrówek na powierzchni.
- Rusz głową - odrzekłem. - Masz rację, jeśli chodzi o słabszych wrogów, gdyż oni przestraszą się ciebie. Ale jeśli chodzi o silniejszych, możesz sprowokować atak. Poza tym, zawsze lepiej być postrzeganym jako drużyna tak zwanych bohaterów, niż jako zgraja płatnych morderców.
- Nie cierpię pozorów - uciąłem, bacznie wpatrując się w rozmówcę. - I nie mam zamiaru ukrywać swojej tożsamości, ani czyścić moich ostrzy przed wejściem do Podmroku. Jeśli ci to nie pasuje, to wybacz, ale nie zmienię swoich nawyków.
Upór i niechęć elfa do gry pozorów zaskoczyły mnie. W całym Faerunie tysiące łotrów żyło w zakłamaniu, udając zwyczajnych obywateli. Tymaczasem ten morderca nie tylko nie ukrywał swojej profesji, lecz czuł się z niej po prostu dumny. Był silną jednostką, zdolną do zwycięstw i pożądającą ich. Ktoś taki jak on bardzo pasował do mojego wyobrażenia o świecie, w którym silni zajmują zasłużone miejsce ponad słabymi.
- Skoro tak, biada tym, którzy się z nami zetrą - rzekłem.
To powiedziawszy, przyjąłem postać hybrydy, nie dbając o dalszą grę pozorów. Elf przystanął na chwilę i obdarzył mnie aprobującym spojrzeniem, po czym ruszył dalej.
Kobieta przystanęła.
- Zastanówcie się obaj co robicie, gdyż przez takie postępowanie, tylko nieliczni z was przejdą test - spojrzała na pozostałych, w tym też na krasnoluda, który wcześniej omal nie pozostał sam w karczmie.
- Tam gdzie wyruszycie, będziecie musieli umieć współpracować, tam wasz los może zależeć od pomyłki jednego z drużyny, która będzie dla was jak jedno ciało, niczym jedna dusza - mówiła nad wyraz spokojnie.
Półelf coraz mniej mi się podobał. Jako hybryda wyglądał nad wyraz... imponująco. Niechętnie spojrzałem zakapturzonej w oczy. Jeśli tak dalej pójdzie, to w niedługim czasie przyodzieję zbroję paladyna. Zastanawiałem się, jaką to próbę przyjdzie nam przejść, że będę zmuszony wyprać swoje ubranie...
Szliśmy za tą zbieraniną w dość dużej odległości. Bezbronna kobieta za którą podążali wydawała się łatwym celem. Poczuliśmy jak Nagash wskakuje do lewej kieszeni naszego płaszcza. Spojrzeliśmy w dół w tym samym momencie, w którym wystawił swą główkę z oskarżeniem w oczach. Zawsze były co? - powiedzieliśmy, sięgając do drugiej kieszeni -gdzie ty je mieścisz?
Nagash przeskoczył szybko do naszego kaptura opuszczonego na plecy i po chwili usłyszeliśmy odgłos pękającej łupiny. Gdybyś tak jeszcze umiał posprzątać - powiedzieliśmy pod nosem, na co Nagash pisnął cichutko jakby nas rozumiejąc. Nasze myśli wróciły do zatrzymującej sie co chwilę grupki i skupiły na kobiecie. Nasza ręka bezwiednie wysunęła w stronę mijającej nas pary. Mężczyzna będący w wyśmienitym humorze rzucił nam parę miedziaków, na co odpowiedzieliśmy głębokim ukłonem - dzięki Panie.
Zbierające się wokół osoby rozproszyły moją uwagę, co nie zdarzało się zbyt często. Przerwałam rozmowę z półelfem i nie uczestniczyłam w dyskusji z zakapturzoną kobietą. Uważałam, że jest to zbędne. Podążyłam za grupą przypatrując się z rosnącym zainteresowaniem elfowi, który dołączył do wyprawy. Gdy zauważyłam jego zakrwawione ostrza zaciekawienie ustąpiło zniesmaczeniu. Po jaką cholerę on tu dołączył - pomyślałam. Przyspieszyłam kroku i zaczepiłam go.
- Jeśli będziesz nadal tak paradował z ostrzami na wierzchu, to na Mystrę, nawet nie zauważysz kiedy zostaniesz oszołomiony jednym z moich zaklęć - powiedziałam wściekła.
Uśmiechnęłam się nerwowo do Serna i zostawiłam ich samych.
- Tam gdzie wyruszycie, będziecie musieli umieć współpracować, tam wasz los może zależeć od pomyłki jednego z drużyny, która będzie dla was jak jedno ciało, niczym jedna dusza - mimo wzbierającej się we mnie fali gniewu i odległości w jakiej byłam usłyszałam słowa kobiety.
Jeśli nadal ten elf będzie się obnosił ze swoją profesją, dotrzymam swej groźby. Nic mnie nie zmusi do współpracy z tym wyrzutkiem - pomyślałam. Niedługo miałam się przekonać jak bardzo się myliłam.
Kątem oka ułowiłem zniesmaczone spojrzenie półelfki. Uśmiechnąłem się do niej paskudnie. Co taka nudziara robi w naszej drużynie? Nie zdołałem powstrzymać się od śmiechu, gdy usłyszałem wypowiedzianą z niezwykłą nienawiścią groźbę. Demonstracyjnie pokazałem jej swoje ostrza. Znowu się zaśmiałem, widząc jak kolor jej twarzy przybiera odcień purpury. Ciekaw byłem reakcji likantropa, który wydawał się darzyć elfkę jakimiś specjalnymi względami.
Cudownie. Alexsis skłóciła się z nowym członkiem wyprawy. Jak tak dalej pójdzie, nie dojdziemy nawet do tego "Pana" - pomyślałem. Pysk wykrzywił mi się w niezdarnej próbie naśladowania uśmiechu, którym obdarzyła mnie półelfka. Czułem, że elf zareaguje jakoś na obelgę, toteż czekałem na jego reakcję. Nieoczekiwanie wysunął ostrza z pochew.
Powstrzymałem instynkt, każący mi rozszarpać kruczowłosemu gardło, ale wkroczyłem pomiędzy niego a kobietę, przypatrując się mu badawczo. On odwzajemnił spojrzenie, a usta wykrzywił mu kwaśny uśmieszek.
Zabójca chcąc mnie sprowokować pokazał mi swoje ostrza.Wściekła ominęłam Serna i zaczęłam inkantować zaklęcie. Zdezorientowny elf zaatakował mnie. Jedno z jego ostrzy świsnęło mi koło ucha i chybiło. Skończyłam wypowiadać zaklęcie, gdy drugie z jego ostrzy poszło w ruch. Jednak było za późno. W jego stronę poleciała jaśniejąca kula, która go oślepiła. Klinga przecięła powietrze.
- Następnym razem nie będziesz miał tyle szczęścia - powiedziałam.
Nie mogliśmy zrozumieć co ta przyciągająca naszą uwagę kobieta z nimi robi. Zresztą czy to ważne? Ci idioci zaraz się pozabijają, a czarodziejka może mieć przy sobie coś wartościowego. Uśmiechnęliśmy sie szeroko, zapowiadał się piękny dzień. Przyśpieszyliśmy lekko by zmniejszyć dzielący nas od nich dystans.
Podszedłem do wojownika z zakrwawionymi mieczami i powiedziałem:
- Radzę oczyścić tą broń, bo po pierwsze, ktoś w czasie potyczki może przez przypadek odpalić zaklęcie nie w tym kierunku, co trzeba. A po drugie, nie chcielibyśmy, żeby taki wojownik jak pan, padł ofiarą potworów w podmoru, prawda?
Zaśmiałem się, po czym kontynuowałem
- A po trzecie, ci osobnicy także nie lubią jak ktoś chodzi z krwią na ostrzu.
Wskazałem na grupę ludzi, którzy zmierzali wyraźnie w naszym kierunku. Chciałem jeszcze coś dodać, ale latarnia, która dziwnym trafem nagle znalazła się przed moimi oczami, przeszkodziła mi na chwilę.
Uśmiechnąłem się dość nienaturalnie do półelfa. Byłem przygotowany na to, że rzuci mi się do gardła. Gdy wskoczył między mnie a kobietę, odruchowo wzniosłem ostrza do cięcia. W porę się powstrzymałem, widząc, że likantrop obdarzył mnie jedynie groźnym spojrzeniem. Na mojej twarzy pojawił się kwaśny uśmiech. Potwierdziło się, że półelf był mocno zauroczony moją rozmówczynią. Mimo to, był na tyle opanowany, by nie podjąć walki. Wycofałem się na niewielką odległość, nie spuszczając wzroku z wciąż czerwonej ze złości półelfki. Mimo, iż jej groźba znacznie mnie rozbawiła, wolałem mieć ją na oku. Z całą pewnością nie wykazywała tyle spokoju co likantrop.
Nagle rzuciła się w moją stronę i rozpoczęła inkantację zaklęcia. Zoskoczony cisnąłem w jej kierunku jedno z ostrzy. Chybiłem. Poirytowany wymierzyłem w jej kierunku cięcie. Błysk. Zakląłem plugawie, widząc jak kolejne ostrze przecina powietrze.
- Następnym razem nie będziesz mieć tyle szczęścia - odrzekła zaciskając szczękę. - Kto tu ma szczęście? - przerwałem, po czym powaliłem półelfkę na ziemię. Odskoczyłem widząc nadciągającego likantropa.
Przystanęliśmy i czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Mamy nadzieję, że czarodziejka nie użyje magii zimna - pomyśleliśmy- tylko załatwi wszystko kulą ognia. Skrzywiliśmy się lekko, gdy przypomnieliśmy sobie zapach spalonego ciała.
Zaklęcie Alexsis oślepiło mnie na chwilę, a kiedy odzyskałem wzrok, zobaczyłem, jak elf powala kobietę na ziemię. Coś we mnie pękło. Warcząc, rzuciłem się na elfa. Ten odskoczył, unikając mojej szarży. Odwróciłem się szybko. Zauważyłem, że ma tylko jeden miecz, toteż zamarkowałem lewą łapą, atak na jego brzuch. Chlasnął mnie w nią mieczem, ale nie był on ze srebra, toteż zadał mi niezbyt głęboką ranę. Wykorzystując jego zaangażowanie w atak, zacisnąłem prawą łapę na gardle, a lewą na przegubie elfa, wpatrując się mu z nienawiścią w oczy.
Bez odpowiedniego uzbrojenia, nie miałem większych szans z likantropem. Tym bardziej, że miałem tylko jedno ostrze. Mimo to broniłam się zaciekle. W pewnym momencie poczułem owłosioną łapę zaciśniętą na moim gardle. Mimo, iż brakło mi tchu, zdołałem ostatkiem sił trzasnąć go głownią miecza w potylicę. Odetchnąłem z ulgą odskakując paręnaście stóp. W tym samym momencie, uniknąłem ciśniętej w mą stronę kuli ognia. Lekko poparzony, kątem oka wyłowiłem pełne nienawiści spojrzenie zamroczonego likantropa.
- Spokój! - krzyknąłem, wiedząc, że prędzej czy później, starcie zakończy się czyjąś śmiercią.
Zakląłem w duchu, a uścisk na gardle elfa rozluźnił się, kiedy świat stał sie na moment czerwony za sprawą ciosu otrzymanego w potylicę. Potrząsnąłem głową i szykowałem się do kolejnej szarży, kiedy obok przemknęła kula ognia. Przymknąłem oczy, chroniąc je przed blaskiem. Spojrzałem z nienawiścią na kruczowłosego, a on, dysząc jeszcze ciężko, krzyknął:
- Spokój!
Żądza krwi wzywała mnie do ataku, ale rozsądek kazał usłuchać polecenia. Nierozważnie byłoby pozabijać się nawzajem. Westchnąłem i przedzierzgnąłem się z powrotem w półelfa, głównie po to, by wypowiedzieć kipiące nienawiścią słowa:
- Czy ja ci wyglądam na psa, elficka gnido? Jeśli jeszcze raz dotkniesz Alexsis, zabiję cię, rozumiesz?!
Odetchnąłem z ulgą, widząc, że półelf jest znowu półelfem. Uśmiechnąłem się szyderczo. W paru susach znalazłem się przy nim, przyciskając klingę miecza do gardła.
- To był błąd - wysyczałem. W oddali słychać już było inkantację.
- Nie radzę - rzekłem na chwilę odwracając wzrok a po gardle likantropa spłynęła stróżka krwi. Inkantacje gwałtownie ucichły. Włożyłem miecz do pochwy i podniosłem, leżące nieopodal drugi ostrze, wpatrując się w osłupiałego półefla.
- Gdybym był na twoim miejscu, nie zmieniałbym tak pochopnie postaci - odrzekłem chowając drugie ostrze, po czym ruszyłem w stronę zakapturzonej.
Przycisnąłem palce do gardła, ganiąc się w myślach za to, że tak łatwo dałem się oszukać. Wpatrywałem się w plecy elfa, dysząc z gniewu. Tak cicho, aby tego nie usłyszał, wyciągnąłem z pochwy przy pasie sztylet i cisnąłem mu go w plecy. Kruczowłosy wydał satysfakcjonujący krzyk, kiedy ostrze wbiło mu się pod obojczyk. Drżącą ręką wydostał broń z ciała i odwrócił się w moją stronę.
Postać zachichotała.
- Jesteście ciekawą grupą, nad wyraz ciekawą - nagle spoważniała i wyprostowała się.
- Chcecie się wytłuc? Proszę bardzo. Jednak spodziewałam się po was większej ogłady i zaangażowania w misję - skierowała wzrok w stronę wilkołaka i elfki.
- Pewne osoby mają temperament i powinny go umieć powstrzymać - mówiła dalej, jednak tym razem spojrzała na czarnowłosego elfa.
- A co się tyczy mojego ekwipunku, to nie posiadam nic godnego uwagi, chyba, że sztylet, ale zginąłbyś w straszliwych męczarniach, zanim byś go zdołał ukraść - zwróciła się do złodzieja, który bacznie ich obserwował. Była zdenerwowana o czym świadczyły niespokojne ruchy dłonią, odzianą w czarną rękawiczkę z wyszytą runą.
- Nieźle - odrzekłem, wyjmując sztylet z rany. Sycząc z bólu ponownie przystawiłem ostrze miecza do gardła likantropa. - Jak uważasz, co powinienem teraz zrobić?
- Uważam, że powinieneś teraz grzecznie uśmiechnąć się i dać się zaprowadzić przed oblicze mego Pana - odrzekła szybko kobieta.
Uśmiechnąłem się do zakapturzonej. Raczej paskudnie niż grzecznie, ale wydawało się, że to jej wystarczy. Nie schowałem ostrza do pochwy. Dopóki nie ochłoną emocje, wolałem mieć je w pogotowiu. Ruszyłem za zakapturzoną, sycząc z bólu.
Na chwilę straciłam przytomność. Gdy ją odzyskałam, zabójca przystawiał ostrze do gardła Serna. Nie zastanawiając się, zaczęłam wypowiadać pierwsze słowa zaklęcia, wtedy moją głowę przeszył tępy ból. Zabiję go - powtarzałam w myślach. Spostrzegłam, że znowu rozpoczęła się szamotanina. Z bolącą głową niewiele mogłam zrobić, więc postanowiłam zaczepić elfa.
-Zapewne już wiesz, że zanim dojdziesz do Podmroku będziesz martwy.
Nie zwracając uwagi na wciąż wściekłą półelfkę, podążyłem za zakapturzoną kobietą.
- A co się tyczy mojego ekwipunku, to nie posiadam nic godnego uwagi, chyba, że sztylet, ale zginąłbyś w straszliwych męczarniach, zanim byś go zdołał ukraść - zwróciła się do złodzieja, który bacznie ich obserwował. Była zdenerwowana o czym świadczyły niespokojne ruchy dłonią, odzianą w czarną rękawiczkę z wyszytą runą.
- Nie licząc tego płaszcza wartego przynajmniej 10 sztuk złota - wyrwało nam się. Skarciliśmy się w myślach, ale było już za późno. Przez krótka chwilę wydawało nam się, że... Nie, to niemożliwe. Nasze myśli kłóciły się przez chwilę i w końcu pomyśleliśmy - co robisz z taką bandą nieudaczników, pani? - mając nadzieję, że to tylko zwykła spostrzegawczość.
Podniosłem sztylet z ziemi, wciąż przyciskając prawą dłoń do gardła. Cicho wypowiedziałem zaklęcie leczące, które natychmiast zasklepiło niewielką ranę. Zastanawiając się nad słowami zakapturzonej, wytarłem ostrze o poły płaszcza i włożyłem z powrotem do pochwy. Uświadomiłem sobie, że kobieta ma rację. Kolejna walka musiała spowodować czyjąś śmierć, a co za tym idzie, niepowodzenie misji.
Spojrzałem przelotnie na niepokojącego "żebraka", po czym podszedłem do kipiącej z gniewu Alexsis i zapytałem:
- Nic ci się nie stało?
- ... Nie licząc tego płaszcza, wartego przynajmniej 10 sztuk złota - momentalnie odwróciłem wzrok. Obok zakapturzonej kobiety stał... Drugie ostrze znalazło się w moim ręku. - Mam cię złodzieju! - wykrzyczałem i mimo wściekłego spojrzenia przywódczyni grupy, rzuciłem się na obdartusa.
W powietrzu zabrzmiało nie znoszące sprzeciwu - STAĆ! Spojrzeliśmy w tamtą stronę i ujrzeliśmy grupkę pięciu strażników zwabionych najwyraźniej hałasem. Kątem oka zauważyliśmy, że biegnący w naszą stronę elf...
Rozejrzałem się uważnie, po czym wpadłem na lampę. Kiedy oszołomiony zrobiłem krok w tył, koło głowy przeleciał mi bełt.
Kiedy strażnicy zainteresowali się grupą prowadzoną przez kobietę w nieznane miejsce, szybko zaczęli podążać w jej stronę. Ciekawość młodych mężczyzn wzbudził również złodziejaszek znajdujący się przy podróżnikach.
- Los mi nie sprzyja - szepnęła kobieta, niezadowolona z faktu, że Wybrańcy wzbudzają takie zainteresowanie. Kobieta wyjęła spod płaszcza aksamitny woreczek, który czym prędzej otworzyła. W środku znajdował się biały proszek. Nabrała pełną garść i wypowiadając jakieś słowa zaczęła rysować dookoła drużyny okrąg sypiąc biały proszek na ziemię. Gdy zakończyła rysować pentagram w środku pojawił się śnieżnobiały dym. Wszystko okryła czerń, a drużyna została teleportowana.
Pomieszczenie, do którego kobieta przeniosła drużynę było długie na około sto stóp i szerokie na czterdzieści. Oświetlane jedynie dwoma stojakami na świece, było spowite mrokiem, nie posiadało okien, a jedyne drzwi znajdowały się naprzeciwko tronu wyłożonego aksamitem, na którym siedziała postać odziana w płaszcz. Jedynie dłonie wystawały spod grubej warstwy materiału, niczym część złotych oparć spoczywając bez najmniejszego drgnięcia. Postać miała nisko spuszczoną głowę nie spoglądając na przybyłych.
Kobieta podeszła do postaci i uklęknęła przed nią w geście pełnym oddania. Wstała spokojnie, następnie zbliżyła się do lewej strony tronu i opierając się o jego bok przemówiła:
- Mój Pan pragnie wam podziękować za przyjęcie misji, ale też przeprosić za zdarzenie, na które byliście przed chwilą zmuszeni - lekki uśmiech wpełzł na jej twarz, jednak nikt nie był w stanie go dostrzec.
Coś nas wessało, by wypluć w jakimś ciemnym, ogromnym pomieszczeniu. Za sobą usłyszeliśmy kroki, obejrzeliśmy się i ujrzeliśmy kobietę podchodzącą do jakieś sylwetki siedzącej na tronie. Mimowolnie wyceniliśmy doskonałej jakości aksamit, błyszczący lekko oświetlany świecami. Nasze oczy powoli przyzwyczajały się do mroku panującego w pomieszczeniu.
- Mój Pan pragnie wam podziękować za przyjęcie misji, ale też przeprosić za niewygody na jakie byliście przed chwilą zmuszeni.
Padł na nas blady strach, nie raz słyszeliśmy o opętanych, szalonych magach i kapłanach oddających cześć swym mrocznym bogom przez składanie ofiar z ludzi. Nasza sylwetka zmieniła się błyskawicznie, mięśnie napięły się w przygotowaniu do działania a krew prawie rozrywała nam żyły. Wiedząc, że jedynym naszym przyjacielem jest mrok zaczęliśmy, prawie niezauważalnie wycofywać sie w kierunku drzwi, mając nadzieję, że zmiennokształtny i czarodziejka stawią dostateczny opór, by dać nam szansę dobiegnięcia do znajdujących się za naszymi plecami drzwi. Poczuliśmy Nagasha opartego przednimi łapkami o nasze ramie, węszącego w ciężkim powietrzu.
Nie wiadomo skąd na mojej drodze pojawiło się pięciu strażników. - STAĆ! - wrzasnęli jednocześnie. Zręcznie ich ominąwszy, zwaliłem się na domniemanego złodzieja. Dopiero wtedy zauważyłem, że zakapturzona kobieta narysowała na ziemi pentagram. Już szykowałem się do cięcia, kiedy z pentagramu buchnął śnieżnobiały dym. Zakląłem pod nosem, czując jak klinga przecina powietrze. Potem wszystko okryła czerń. Wraz z resztą drużyny znalazłem się w ciemnym pomieszczeniu. Oczy szybko przyzwyczaiły się do panującego tam mroku. Zauważyłem wielki tron wyłożony aksamitem, na którym siedziała dość niepozorna postać z bardzo nisko spuszczoną głową. Zakapturzona uklękła służalczo przy postaci. - A więc tak wygląda ten ''Mistrz''... - pomyślałem. Z zamyślenia wyrwał mnie obdartus, powoli posuwający się w stronę wyjścia. Dopadłem go w kilku szybkich susach. - Mam cię, bratku - wyszeptałem, przystawiając mu ostrze do gardła.
Każdy robi ten błąd i nie docenia przeciwnika przed sobą, zwłaszcza gdy przeciwnikiem jest żebrak. Elf, który nas zaatakował ze sobie tylko wiadomego powodu, zrobił ten sam błąd. Czas jak by zwolnił, a nasze mięśnie napięły się jeszcze bardziej w oczekiwaniu na oświetlaną świecami postać. Odczekaliśmy do momentu gdy ostrze zaczynało kierować sie w naszą stronę i momentalnie skuliliśmy sie i odskoczyliśmy w bok. Elf zaskoczony naszą nagłą zmianą pozycji, nie miał czasu, by zareagować, gdy momentalnie znaleźliśmy się za jego plecami. Jego nie osłonięty tył głowy był celem, z którym nawet dziecko by sobie poradziło. Elf padł nieprzytomny na zimną, kamienną podłogę.
Nagle żebrak odskoczył w bok, uniknąwszy cięcia. Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, obdartus znalazł się za moimi plecami i potężnie uderzył mnie w głowę. Poczułem przenikliwy ból w czaszce. Padłem na podłogę. Przez dłuższą chwilę nie ruszałem się. Czułem na sobie spojrzenie żebraka. Uznawszy, że jestem nieprzytomny, rozluźnił się nieco. Szybkim ruchem chwyciłem go za prawą nogę i obaliłem na ziemię. Świat wirował. Obdartus okazał się zręczny, lecz w chwili, kiedy podniosłem miecze leżące na ziemi, wyraźnie zwolnił.
- Widzę, że nie jesteś zwykłym złodziejem - odrzekłem - tym lepiej dla mnie, będę miał większą przyjemność zabijając cię.
W chwili kiedy szykowałem się do odrąbania mu głowy, wskoczył na mnie wiewiór, zakrywając oczy. W sali rozległ się przenikliwy jęk. Szybko odrzuciłem natrętną wiewiórkę. Mimo iż nie odrąbałem żebrakowi głowy, na lewej ręce miał dość satysfakcjonującą ranę. Dość głęboką...
Zdążyłem już zapomnieć, jak bardzo nie znoszę teleportacji i co mi się przydarzyło, kiedy dwa razy jej doświadczyłem. Nie dbając o wystrój pomieszczenia i dobre pierwsze wrażenie, zwymiotowałem na podłogę. Chcąc zachować resztki honoru, wytarłem usta pomiętą chustą, a nie rękawem. Kiedy doszedłem do siebie, zauważyłem, że nadpobudliwy elf rzucił się na towarzyszącego nam żebraka. Nawet się nie zdziwiłem, kiedy obdartus trzasnął go z łatwością w tył głowy, obalając go na ziemię. Zaskakująco szybko kruczowłosy wrócił do siebie i powalił naszego tajemniczego towarzysza. W zabójstwie przeszkodziła mu jednak wiewiórka, która dotkliwie go ugryzła. Wyczułem gniew zwierzęcia i jego prośbę o pomoc, ale pozostałem w miejscu, czekając na dalszy rozwój wypadków.
Miałem już tego dość.
- Jak tak dalej pójdzie, to nigdzie nie dojdziemy - mruknąłem do siebie, po czym wyciągnąłem jeden z woreczków i rzuciwszy nim w kierunku walczącego elfa i złodzieja powiedziałem do stojącego nieruchomo Serna. - Zamknij oczy.
Woreczek eksplodował z przeraźliwym blaskiem.
- Nic ci się nie stało?
Zdziwiona popartrzyłam na półelfa.
- Oprócz tego, że za chwilę ból głowy stanie się nie do wytrzymania to nic - powiedziałam zaskoczona. - Dziękuję, że spytałeś... - przerwałam, widząc nadbiegających strażników.
Spojrzałam na naszą przewodniczkę. Rysowała na ziemi pentagram. Przygotowałam się na to, że za chwilę rozbłyśnie światło i zostaniemy teleportowani w miejsce znane tylko zakapturzonej kobiecie.
Ja to mam pecha - pomyślałam, wstając z zimnej podłogi. Przetarłam oczy, przed którymi ciągle rozbłyskiwały małe światełka. Kiedy się uspokoiły, popatrzyłam na sprawczynię moich kłopotów. Stała obok tronu, na którym siedziała tajemnicza osoba.
- Mój Pan pragnie wam podziękować za przyjęcie misji, ale też przeprosić za przeżycia na jakie byliście przed chwilą zmuszeni.
- Jeśli odpowiednio nas wynagrodzi, to z pewnością szybko o tym zapomnimy - odrzekłam sfrustrowana.
Zauważyłam, że elfi zabójca atakuje złodziejaszka, który próbował uciec z komnaty. Odsunęłam się od nich, nie chcąc doznać dziś kolejnych obrażeń. Jednak nie spostrzegłam, że w ich stronę leci woreczek, rzucony przez krasnoluda. Zostałam, zapewne tak jak oni, oślepiona nagłym błyskiem światła.
- Mój Pan karze wam się uspokoić - powiedziała kobieta nad wyraz spokojnym głosem.
Mężczyzna leniwie podniósł dłoń i poruszył nią kilka razy. Pochodnie na ścianach zapaliły się jasnym ogniem rozświetlając pomieszczenie. Wybrańcom ukazały się piękne freski przedstawiające smoki, driady, elfy, ludzi a nawet orki. Wielu przedstawicieli najróżniejszych ras. Wszystko wyglądało jakby było żywe. Idealne rysy twarzy, wzory na materiale, a nawet oczy małych niziołków. Wszystko wydawało się realne, a nawet można byłoby stwierdzić, że raz na jakiś czas któraś z postaci mruga.
- Mój Pan karze wam się uspokoić - usłyszałem głos zakapturzonej. W sali rozległo się wszechobecne westchnienie. W żaden sposób nie mogłem dowiedzieć się, co wywołało taki zachwyt u członków drużyny. Byłem całkowicie ślepy. - To pewnie przez ten przeklęty woreczek... - pomyślałem. Złapałem się za ranę zadaną mi przez likantropa. Mocno krwawiła. Nie widziałem, czy to z powodu straszliwego bólu w czaszce, czy z upływu krwi, zemdlałem. Możliwe, że z obu tych powodów...
Postać siedząca na tronie wskazała dłonią na elfa, który padł na ziemię. Kobieta bez słowa podeszła do niego, uklęknęła przy nim i wyciągnęła dłoń nad jego ciałem. Kiedy wypowiadała słowa zaklęcie, pod jej palcami ukazało się jasne światło. Po chwili elf był już uzdrowiony.
Otworzyłem oczy. Teraz już wiedziałem, co było źródłem zachwytu kompanii. Mój wzrok powędrował ku pięknym freskom i malowidłom. Postacie na nich były niewiarygodnie realistyczne. Z trudem udało mi się oderwać wzrok. Klęczała nade mną zakapturzona kobieta. Zniknął przenikliwy ból czaszki. Po krwawiącej ranie nie została nawet blizna. Kobieta wstała i swoje kroki zwróciła ku żebrakowi. Także wstałem. Nerwowo zbliżyłem się do drużyny, wciąż z zaciekawieniem oglądającej freski.
- Zastanówcie się jeszcze raz, czy jesteście gotowi do podróży w nieznane. Podczas drogi dołączą do was inni Wybrańcy, którzy czekają na was - kobieta zdjęła kaptur. Kobieta miała długie włosy, które kaskadami opadały na jej ramiona i plecy. Jak okazało się, nie były czarne, a ciemnobrązowe, co było dopiero widoczne przy jasnym świetle. Kilka krótszych kosmyków przykrywało czoło oraz lekko spiczaste uszy, a jadowicie zielone oczy w kształcie migdałów wpatrywały się w podróżników. Była niezwykle piękna, a jej twarz wyglądała jak wyrzeźbiona w marmurze. Nie wyrażała żadnych emocji, a jedynie pełne, malinowe usta wykrzywiał lekki uśmiech.
- Zastanówcie się jeszcze raz, czy jesteście gotowi do podróży w nieznane. Podczas drogi dołączą do was inni Wybrańcy, którzy czekają na was - powiedziała kobieta, zdejmując kaptur. Okazała się piękną elfką o ciemnobrązowych włosach i jadowitozielonych oczach. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji. Lekko się uśmiechając, wpatrywała się w drużynę. Zaciekawiło mnie dlaczego nazywa nas ''Wybrańcami''. Odwróciłem wzrok. ''Pan'' zdawał się ignorować drużynę. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, mimowolnie wpatrując się w freski.
- Myślę, że jestem gotów... Oczywiście za twoją zgodą, pani.
Dzięki ostrzeżeniu krasnoluda, w porę osłoniłem swe oczy przed nagłym rozbłyskiem. Kiedy je otworzyłem, ujrzałem, jak mistrz zakapturzonej zapala gestem ręki pochodni, a następnie nakazuje kobiecie uleczyć elfa. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, zauważając zdobiące je piękne freski. Postacie na nich wyglądały jak żywe, ktoś, kto je stworzył, musiał być doskonałym artystą.
Kobieta powiedziała coś o innych "Wybrańcach", ale byłem zbyt zajęty podziwianiem otaczających mnie dzieł sztuki, aby się nad tym głębiej zastanowić.
Słowa o wyprawie uspokoiły nas nieco, gdyż wskazywały, że opuścimy to miejsce nietknięci. Skupiliśmy się na oglądaniu malowideł na ścianach. Naszą uwagę zwróciła dziwna groteskowość tego, co ujrzeliśmy. Driady uśmiechające się do wspartego na ogromnym mieczu orka. Elf oglądający trzymany z widocznym wysiłkiem ciężki młot bojowy krasnoluda stojącego spokojnie obok goblinów. Zatrzymaliśmy się na chwilę przy pięknej zbroi paladyna, przy znanych nam tylko z opowieści drzewcach. Odwróciliśmy się, aby spojrzeć na przeciwną ścianę i zamarliśmy z niedowierzania. Ujrzeliśmy potężną bestię, jakiej nigdy w życiu nie widzieliśmy, zajmującą całą długość ściany. Łeb, jak się domyśliliśmy smoka, na którym siedziało kilku gnomów skierowany był w kierunku tronu, a jego oczy patrzyły, jakby w wyczekiwaniu na siedzącą postać. Dopiero po chwili zauważyliśmy trolla, wtapiającego sie w zieleń błyszczących smoczych łusek siedzącego na ogonie bestii.
Słońce wzeszło już wysoko nad horyzontem, gdy zdecydowałem się udać w kierunku miasta. Cały czas myślałem o dziwnym krasnoludzkim magu, który udał się w sobie znanym kierunku. Wyszedłem na polanę, gdzie kiedyś znajdowało się obozowisko krasnoluda. Miejsce zostało już dość dokładnie ogołocone, czy to przez leśne zwierzęta, czy przez okolicznych mieszkańców. Stałem jeszcze tak przez dłuższą chwilę, po czym ruszyłem w kierunku traktu prowadzącego do miasta.
Kobieta ponownie wzięła sakiewkę z białym proszkiem i tak jak wcześniej w mieście sypiąc go na podłogę narysowała krąg, a w środku pentagram. Ukazał się portal, w którym zniknęła.
Kiedy elf zmierzał do miasta przed nim ukazał się portal, z którego wyszła kobieta o jadowicie zielonych oczach.
- Chyba się spóźniłeś - uśmiechnęła się łagodnie.
- Chodź, już czas dołączyć do reszty.
Całkowicie zdębiałem, gdy przede mną pojawił się portal i wyszła z niego dziwna kobieta. Pierwszym moim odruchem było wyszarpnięcie broni i ustawienie się w pozycji obronnej. Nie odpowiadałem tajemniczej kobiecie, lecz dokładnie obserwowałem jej ruchy.
Zachichotała.
- Typowe, ale uwierz mi, nie chciałbyś mieć mnie za wroga. Chodź Nelvinie, mój Pan na ciebie czeka - poprawiła włosy i czekała.
Coraz więcej pytań zaczęło kołotać mi się w głowie. Skąd znała moje imię? Skąd wiedziała, że tu jestem? Kim ona jest? Kim jest jej pan? Czy ma to związek z dziwnym krasnoludem?
Nawet nie zauważyłem, że w mojej postawie obronnej pojawiła się luka...
- Jak widzisz nie jestem uzbrojona - rozłożyła dłonie na boki.
- I nie mam złych zamiarów, jeżeli za mną pójdziesz dostaniesz odpowiedzi na wszystkie pytania, a i odpowiednia nagroda na ciebie czeka - przechyliła głowę na bok w oczekiwaniu na bok.
Stałem w dalszym ciągu bez słowa. Dziwne uczucie pchało mnie w stronę dziwnego portalu, lecz zdrowy rozsądek nakazywał trzymać się w bezruchu. W końcu nie codzień, przed podróżnikami otwierają się na środku drogi takie portale! Postanowiłem zaczekać. Uniosłem miecze wyżej, ani trochę nie zdejmując z kobiety odium potencjalnego przeciwnika.
Jako, że jestem z natury ciekawski wszedłem do portalu za kobietą. Chwila ciemności....Błysk, latarnia - swoją drogą, zaczynam mieć tego dość - ziemia. Kiedy wstałem, zobaczyłem znajomego elfa z wyciągniętą bronią.
Kobieta uśmiechnęła się do krasnoluda.
- Może ty go przekonasz mój przyjacielu - powiedziała cofając się o dwa kroki.
Starałem się zachować kamienną twarz, lecz gdy zobaczyłem, że z portalu wychodzi znajomy krasnolud, zrobiłem wielkie oczy. Broń trzymałem w dalszym ciągu w pogotowiu, czekając na dalszy rozwój wypadków.
- No chodź już, wszyscy czekają, a ona - wskazałem na kobietę. - cię nie zje.
Elfka milczała przez chwilę, po czym odezwała się ponownie:
- Chodź z nami, chyba nie chcesz sprzeciwić się woli Corellona, prawda? - uśmiechnęła się złośliwie, nie odrywając spojrzenia od elfa.
- Cofam ostatnie zdanie
Mruknąłem do siebie tak, żeby usłyszała mnie tylko kobieta.
Kobieta rozsypała ponownie biały proszek i zniknęła, a my zostaliśmy sami, zdani na łaskę jej milczącego Pana. Najmniej zaskakujące w nim były dla mnie jego milczenie - ta oznaka pogardy dla śmiertelników u kogoś tak potężnego stanowiła rzecz oczywistą. Jego wygląd był o tyle rozczarowujący, ile irytujący - jego bezustanny bezruch mógł przyprawić o szaleństwo. Nie traciłem czasu na zadawanie mu pytań, ponieważ nie odpowiedziałby na nie. Zastanawiając się, kim jest, w końcu doszedłem do wniosku, że to albo humanoid o niebywałej dyscyplinie, albo nieumarły, albo po prostu jakaś nieznana, potężna istota z planu o zapomnianej nazwie.
Spojrzałem jeszcze raz na freski i zauważyłem, że postacie na nich także obserwują postać na tronie i to z uwielbieniem. Zacząłem myśleć o tym, czy naszym przeznaczeniem nie będzie przypadkiem do nich dołączyć...
Otrząsnąłem się z tej głupiej myśli i zacząłem krążyć po pomieszczeniu, niecierpliwie oczekując na ciemnowłosą elfkę.
Stałem dalej, kompletnie zbity z tropu. Moje usta zdawały się wydobywać z trudem słowa - - Ale o co w tym chodzi?"
Kobieta zniknęła, zostawiając nas z tym przypominającym martwe ciało kimś siedzącym na tronie. Ciągle otwarty portal przyciągał nas do siebie, nawet mocniej niż drzwi za naszymi plecami. Parsknęliśmy, gdy przypomnieliśmy sobie słowo Wybrańcy, my? Nasz wzrok wylądował na elfie z charakterem rozszalałego ogra, czego on od nas chce? Reszta też nie przypominała Wybrańców z tymi rozdziawionymi ustami oglądających to dzieło szaleńca na ścianach. Przeklinaliśmy moment, w którym podeszliśmy za blisko tej zbieraniny i jeszcze raz, gdy przypomnieliśmy sobie że cały nasz ekwipunek został w krzakach przy karczmie. Nagash przeskakiwał po naszym ubraniu nerwowo, węsząc jakby bojąc się zeskoczyć na podłogę. Portal i drzwi, nasze myśli kłóciły się ze sobą, drzwi wydawały się bezpieczniejsze, ale co nas by za nimi czekało?
- Obiecuję, że odpowiem na wszystkie pytania w swoim czasie, ale nie pozwól się więcej prosić i chodź - powiedziała ponownie, jednak jej głos był bardziej stanowczy.
Portal coraz silniej mnie przyciągał, lecz instynkt twardo obstawał przy swoim. Postanowiłem w końcu się odezwać.
- A czy wejście do tego portalu, w takiej sytuacji byłoby rozsądne?
- Patrząc logicznie, nie, ale nie masz wyjścia - kobieta poruszyła ustami. Ciało elfa zadrżało, a on sam zaczął widzieć w kobiecie przyjaciela i niegroźną istotę.
- Wejdź do portalu.
Kobieta udała się do portalu. Za nią wszedł krasnolud, który potraktował mnie oślepiającym woreczkiem. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. ''Pan'' nadal nie zwracał na nas uwagi. Niektórzy wciąż z fascynacją wpatrywali się w malowidła. Spojrzałem na obdartusa, z którym niedawno przyszło mi walczyć. Postanowiłem raz na zawsze załatwić sprawę. Podszedłem do żebraka.
- Widziałem cię w karczmie, wpatrywałeś się we mnie. Kiedy straciłem czujność, okradłeś mnie - obdartus spojrzał na mnie pytająco. - Wiem, że to ty! Oddawaj moją sakiewkę a będziemy kwita... - odrzekłem lekko poirytowany.
Zadrżałem, po czym oczy przysłoniła mi dziwna mgła. Widziałem przez nią znane mi sylwetki kobiety i krasnoluda, a portal zaczął się przybliżać w moim kierunku. W ostatniej chwili zdałem sobie sprawę, że to ja kroczę w jego kierunku. Po chwili nastała ciemność.
Kobieta, krasnolud oraz elf pojawili się w sali. Portal zniknął, gdy nieznajoma zatarła krąg butem.
- Kolejny Wybraniec dołączył - uśmiechnęła się.
- Teraz nadszedł czas na sprawdzenie was - powiedziała, podchodząc do tronu i z powrotem zajmując miejsce przy nim. Jej głos stał się poważny oraz pozbawiony emocji.
- Czas, abyście nauczyli się współpracować ze sobą.
"Współpraca..." to słowo wyrwało mnie z dziwnego amoku. Natychmiast rozejrzałem się wokół siebie. Byłem w dziwnym, ciemnym, a przynajmniej tak mi się zdawało, pomieszczeniu na którego ścianach znajdowało się wiele dziwnych malowideł. W sali znajdowało się też kilka innych osób. Instynkt kazał mi wyciągnąć broń, lecz zdrowy rozsądek zatrzymał moje ręce tuż przed rękojeściami mieczy.
- Widziałem cię w karczmie, wpatrywałeś się we mnie. Kiedy straciłem czujność, okradłeś mnie - powiedział szalony elf, ignorując nasze niechętne spojrzenie. - Wiem, że to ty! Oddawaj moją sakiewkę a będziemy kwita...
Wybuchnęliśmy śmiechem rozumiejąc o co mu chodzi. Pochyliliśmy sie nad nim prowokacyjnie.
- Jak widzisz nie mam żadnej sakiewki - wycedziliśmy mu w twarz, - a pieniądze nie noszą twego imienia... Wybrańcze.
Zważaj na słowa, żebraku... - wysyczałem.
- I nie śmiej się głupio, tylko oddaj mi moje pieniądze. - dodałem, nieco zbity z tropu. - Nikt inny poza tobą, nie wyglądał na potencjalnego złodzieja...
- SPOKÓJ!!! - kobieta wrzasnęła. Wszyscy poczuli dziwny podmuch wiatru.
- Wasze życie będzie zależało od współpracy oraz umiejętności porozumiewania się - była wściekła, marszcząc brwi i zaciskając zęby.
Nagle pomieszczenie zostało spowite mrokiem, pozostawiając tylko świece obok tronu. Postać na nim niedbale poruszyła dłonią. Kobieta wzdrygnęła się i spojrzała. Na środku pomieszczenia ukazał się portal.
- Abyście mogli stąd wyjść i rozpocząć misję musicie odgadnąć zagadkę. Jej rozwiązanie pozwoli wam wejść do niego. Jeżeli jej nie rozwiążecie, pozostaniecie tu tak długo aż umrzecie z głodu lub z odwodnienia - mówiła spokojnie.
- Kiedy słońce czerwienią wzejdzie,
usiądzie pewien ptak na grzędzie.
Na wszystko patrzeć będzie z wysoka,
Na jego końcu zaświecą się oka.
Gdy pierwszy znak imienia znajdziecie,
Z ostatnim razem w słowo ułóżcie.
A z kart i z pionków i z kuli bilardowych
weźcie symbole nazwane tym słowem.
Jej głos zabrzmiał jak echo.
- Życzę powodzenia.
SPOKÓJ!!! - zadrżałem słysząc wściekły głos kobiety. Znaleźliśmy się w pułapce... - Jakieś pomysły? - zwróciłem się do drużyny.
Zamyśliłem się, po czym pogrzebałem palcem w uchu.
- Może mi ktoś to powtórzyć? Bo chyba nie dosłyszałem.
Nie pleć głupot... Wydaje mi się... - spojrzałem pytająco na likantropa.
"Na wszystko patrzeć będzie z wysoka. Na jego końcu zaświecą się oka." - zacytowałem fragment zagadki. W oczach elfa pojawił się błysk zrozumienia.
- Hmmm... Chyba... Paw!?...
Stałem na uboczu obserwując nieznajomych. Doszedłem do wniosku, że wszyscy tu zebrani, oprócz kobiety i postaci na tronie, wiedzieli nie więcej niż ja. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. ciemno było dopiero teraz, lecz mój wyczulony wzrok pozwolił mi dokładnie obejżeć całe pomieszczenie. Gdy nie znalazłem nic godnego uwagi, zerknąłem na kobietę, która przed chwilą wyrecytowała dziwną zagadkę.
Myślałem dłuższą chwilę. Nagle mnie olśniło. - Czy to AS?
Kobieta się uśmiechnęła.
- Możecie przejść - wskazała na portal prowadzący do lasu. W tym samym momencie ukazał się obok dodatkowy ekwipunek, w postaci kilku bochenków chleba, suszonego mięsa, bukłaków z wodą, krzesiw i łuczyw, ziół oraz kilku mikstur do leczenia ran.
Stanęliśmy przed kobietą.
- A my? Co my robimy z tymi... Wybrańcami? Przejść gdzie? Po co nas tu ściągnęłaś? Nie mamy nawet swojego ekwipunku.
Odetchnąłem z ulgą. Przez moment pomyślałem, że zgniję w tym pokoju. Wyposażyłem się dodatkowy ekwipunek. Zanim przekroczyłem portal, spojrzałem się na ''Pana''. Lekko irytowała mnie jego ignorancja. Nie mogąc znieść jego obojętności, ostatni raz przyjrzałem się pięknym freskom i przekroczyłem portal.
- To co tam widzisz należy również i do ciebie, jesteś jednym z nich - uśmiechnęła się do złodzieja.
- Twoje umiejętności są potrzebne drużynie.
Elf rozwiązał zagadkę zaskakująco szybko - ja nawet się nad nią nie zdążyłem głębiej zastanowić... Wziąłem swoją część nowego ekwipunku, spojrzałem jeszcze raz na "Pana" i wkroczyłem w bramę portalu. Wyszedłem zeń zaraz za kruczowłosym. Rozejrzałem się po okolicy i z ulgą wciągnąłem w płuca leśne powietrze.
- Brawo - odezwałem się do elfa. - Nie było mi dane poznać jeszcze twojego imienia, więc może mi je zdradzisz?
- Moje umiejętności maja swoja cenę - powiedzieliśmy twardo patrząc kobiecie prosto w oczy - Nie porównuj nas do tej zbieraniny, która pobiegnie gdzie im każesz jak krasnal za goblinem.
Ze zdumieniem spojrzałem na likantropa. Doszedłem do wniosku, że nie ma sensu ukrywać imienia. - Nelith Le'letafer.
- Nagrodę otrzymacie po wykonanej misji, teraz macie ekwipunek zapewniony - powiedziała bez najmniejszej dozy emocji.
- Wiem, że nie zamierzasz nic darmo robić i szanuję to, a teraz idź do reszty, gdyż za to ci płacę.
Odwróciliśmy się bez słowa. Portal przed nami falował - magia - splunęliśmy na podłogę, sięgając po Nagasha - trzymaj się przyjacielu. Poczuliśmy jak by potężna ręka chwyciła nas i pchnęła z szybkością strzały i wypchnęła prosto do lasu.
Słońce świeciło wysoko na niebie. Było już późne popołudnie, a świat leniwie zatapiał się w ciepłych promieniach słońca.
Las, w którym wylądowali podróżnicy znajdował się na wschodzie od Neverwinter. Kobieta wyszła z portalu jako ostatnia. Płaszcz ponownie okrywał jej całe przyodzienie, sięgając ziemi, jedynie kaptur opadał delikatnie na plecy.
- Jutro wyruszamy.
Świeże, leśne powietrze najwyraźniej mi służyło, ponieważ przypomniałem sobie zasady dobrego wychowania.
- Wybacz mi mój brak ogłady, Nelithu, ale rok życia poza cywilizacją dał mi się we znaki. Nazywam się Sern Kineleth.
Chwilę potem z portalu wyszli - leśny elf, krasnolud Hagnar, żebrak-złodziej, Alexsis i nasza przewodniczka.
- Jutro wyruszamy - rzekła oschle.
Rozejrzałem się po okolicy i powiedziałem dziarsko:
- Pewnie potrzebujecie obozu, co, mieszczuchy? Jeśli chcecie ogniska, poszukajcie jakichś kamieni... ja idę po chrust.
Klasnąłem w ręce i z westchnieniem ulgi oddaliłem się od reszty "Wybrańców".
Gdy przekroczyłem portal, poczułem się nieco lepiej. Pozwoliłem, by chłodne powietrze łaskotało mi twarz, po czym rozejrzałem się po okolicy. Następnie rzekłem:
- A więc może powróce do mojego pytania... - przerwałem. - O co tu w ogóle chodzi?
Znajomość z likantropem zapowiadała się dość ciekawie. Póki co, mimo nieco innych poglądów w sprawach półelfki, był moim największym sprzymierzeńcem. Z portalu wyszła reszta drużyny. Wśród nich był także nowo przybyły leśny elf. Mimo iż podobnie jak ja posługiwał sie dwoma mieczami, wydawało się, że nie podziela moich przekonań. Dlatego też najzupełniej zrezygnowałem z podjęcia rozmowy. Postanowiłem za to pomóc Sernowi w przygotowaniu obozu. Udałem się na poszukiwania wymienionych przez likantropa kamieni.
Kiedy rozbijali obóz, kobieta usiadła na miękkiej trawie i spoglądała na nich niczym idealny obserwator. Milczała, a wiatr rozwiewał jej włosy.
Przerwałem chwilowo poszukiwania. Zdziwiło mnie, że Sern tak szybko oddalił się od drużyny. Miałem dziwne przeczucie, że wcale nie zbierał chrustu. Rozejrzałem się wokoło. Elf wydawał się być nieco zdezorientowany zaistniałą sytuacją. Wciąż pytająco spoglądał na krasnoluda. Wybuchowa półelfka wpatrywała się w miejsce, w którym zniknął likantrop. Żebrak patrzył sceptycznie na drużynę. Przyglądałem się przewodniczce wyprawy, która usiadła na miękkiej trawie i spoglądała na drużynę niczym idealny obserwator. Milczała, a wiatr rozwiewał jej włosy. Szybko odwróciłem wzrok i zająłem się zbieraniem kamieni...
Głód, głód, czułem narastający głód, a nie chciałem skrzywdzić nikogo z drużyny. Dlatego też szybko się od niej oddaliłem, gdyż miałem ochotę na coś innego, niż dzikie zwierzę, a raczej kogoś innego. Po wielu minutach poszukiwań z nosem przy ziemi, znalazłem samotnego barda siedzącego przy małym ognisku, nucącego cicho jakąś melodię i uważnie lustrującego otoczenie - bez wątpienia był to Harfiarz. Godny posiłek. Gdyby był elfem, powstrzymałbym się zapewne od ataku, ale on był tylko człowiekiem.
Zmieniłem postać z wilka na hybrydę i rzuciłem się na barda. Trzeba mu przyznać, że mnie zauważył, ale trzy ciosy jego sztyletu były zaledwie draśnięciami. W zwarciu nie miał szans. Powaliłem go na ziemię i rozdarłem mu gardło. Po krótkich konwulsjach skonał, a ja mogłem się pożywić.
Ocierając łapą krew z pyska, stwierdziłem, że warto byłoby się udać po wspomniany przeze mnie chrust. Oddaliłem się więc, pozostawiając dogasające ognisko i martwą ofiarę.
Zdjęliśmy płaszcz i wysypaliśmy z kaptura resztki orzeszków oraz łupin. Nagash najwyraźniej widząc, że sobie z tym zadaniem poradzę bez niego, wskoczył na stojące obok drzewo. Usiedliśmy pod nim, spuściliśmy głowę i zatopiliśmy się w rozmyślaniach. Brak naszego ekwipunku zaczynał nam coraz bardziej doskwierać, zwłaszcza brakowało nam bukłaka z winem, którego smak niemal czuliśmy w ustach.
Podnieśliśmy głowę i przebiegliśmy wzrokiem po pozostałych na polanie by zatrzymać nasz wzrok na kobiecie.
- Na kogo czekamy? - spytałem.
Ułożyłem znaleziska nieopodal drużyny. Coś w końcu musiałem robić. Przez pewien czas zastanawiałem się, czy nie śledzić likantropa. Rzadko miałem okazje przyglądać się polującej hybrydzie. Rozmyślania przerwał mi wracający Sern. Lekko uśmiechnąłem się, widząc na nim plamy krwi. Miał jednak wspomniany chrust. Podszedłem do niego i krótko zagadałem - Smakowało?
Rozejrzałem się po okolicy i oprócz jednej dziury, którą zauważyłem dopiero jak w nią wpadłem, znalazłem też pewne ciekawe znalezisko.
- Ej chodźcie tutaj - krzyknąłem, po czym pokazałem im pień drzewa. na pniu wisiał plakat, który przedstawiał karykatury zabójcy, likantropa, mnie i elfki. Pod tym było napisane:
- Poszukiwani.
Jako hybryda mogłem unieść więcek chrustu, toteż wkroczyłem do obozu właśnie w tej postaci. Zwaliłem ładunek obok kręgu kamieni. Wówczas podszedł do mnie elf, który spytał mnie krótko:
- Smakowało?
Nadal czułem się niezbyt bezpiecznie, toteż zamiast zmienić postać, wyszczerzyłem tylko zęby i skinąłem głową. Po chwili krasnolud zwrócił naszą uwagę na kiepsko przybity do drzewa plakat. Nie wiem, skąd wzięła się we mnie idiotyczna chęć zaimponowania towarzyszom, ale zamiast zerwać plakat, chwyciłem gwóźdź prawą łapą i, z pewnym wysiłkiem, wyciągnąłem go, po czym podałem ogłoszenie naszej najdroższej przewodniczce.
Podszedłem do zbiegowiska. Uważniej przyjrzałem się plakatowi przedstawiającego moich towarzyszy. Uśmiechnąłem się do likantropa, który zamiast zrywać plakat, wyciągnął gwóźdź , demonstrując swoją siłę. Zwróciłem się do drużyny, spoglądając na plakat
- I co z tego?
- To z tego, że nie powinniście rzucać się w oczy, ale najwyraźniej sama moja obecność doprowadziła do tego, że jesteście poszukiwani - westchnęła wstając z trawy.
- Oby to nie przeszkodziło w naszej misji - szepnęła poprawiając włosy i patrząc przed siebie daleko za linię drzew.
- A czy ja rzucam się w oczy? - odparłem, uśmiechając się do elfki. Wielokrotnie zdarzało mi się być poszukiwanym. Zdziwił mnie fakt, że to przywódczyni drużyny uważa się za główny powód do wywieszania plakatów z naszymi karykaturami. Spojrzałem na resztę drużyny. Sern wciąż demonstracyjnie nie zmieniał swojej postaci. Pozostali wpatrywali się z niepokojem w plakat. Jedynie żebrak miał gdzieś zaistniałą sytuację.
- A czy ja rzucam się w oczy? Wiesz, nie wszyscy chodzą z zakrwawioną bronią na wierzchu. Zapewne byłeś poszukiwany wielokrotnie, ale teraz jako, że was prowadzę, to moi wrogowie są waszymi wrogami, a oni chętnie widzieliby jak i mnie, tak i was martwych - skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała na elfa.
- Myślę, że ty jak i twój ''Pan'' nie obawiacie się wrogów? - odwzajemniłem spojrzenie.
- Ja, jak i mój Pan, nie obawiam się niczego, ani nikogo, to mnie się powinni moi wrogowie obawiać i tak zapewne jest - przeczesała dłonią włosy nie odrywając wzroku. Uśmiechnęła się lekko marszcząc przy tym figlarnie brwi.
- W to nie wątpię - odrzekłem, dość przesadnie przeciągając słowa. - Pod taką opieką nie ma się czego obawiać, nieprawdaż?
- Nigdy nie próbuj we mnie zwątpić. Nie będę was broniła, chyba, że wasze życie będzie narażone, ale ma magia i moje sztylety zawsze służą pomocą - przymknęła zadowolona oczy.
- Cieszę się, że mamy tak potężnego sojusznika. - odrzekłem, uśmiechając się kącikami ust. - A, zapomniałem podziękować za uleczenie moich ran...
- Cała przyjemność po mojej stronie mój, nerwowy przyjacielu Nelithcie - obdarzyła go kolejnym spojrzeniem pełnym życzliwości, a następnie szybko przeszła wzrokiem po wszystkich członkach drużyny sprawdzając, czy wszystko jest w porządku.
Wiatr się wzmógł, przynosząc ze sobą chmury, które zasłaniały promienie słońca.
Uśmiechnąłem się do elfki. Następnie rozejrzałem wokoło. Reszta wydawała się nie zwracać uwagi na naszą rozmowę. Odchrząknąłem, po czym zwróciłem się do pozostałych
- Chyba nie będziemy tu tak stać w nieskończoność?
- Zostajemy tu do rana - uśmiechnęła się sama do siebie wiedząc na co tak dokładnie czekają, a precyzyjniej, na kogo.
Opierając się o drzewo, przysłuchiwałem się rozmowie Nelitha z przewodniczką. Nie było wątpliwości - kruczowłosy z nią flirtował. Zaskakująco dobrze mu szło, gdyż podczas krótkiej wymiany zdań dało się zauważyć pomiędzy nimi wymianę figlarnych spojrzeń. Rzuciłem okiem na pozostałych "Wybrańców". Krasnolud wciąż wpatrywał się w plakat, "żebrak" był nieobecny duchem, a Alexsis wpatrywała się w elfa z wyraźną odrazą. Przeniosłem spojrzenie z niej na Nelitha i nagle poczułem coś nowego - zazdrość.
W mojej obecnej formie czułem się najlepiej, ale wypowiedzenie najprostszego słowa przychodziło mi w niej z wielkim trudem, a i w formie półelfa nie należałem do mistrzów słowa. Nie myśląc o jej reakcji, objąłem Alexsis ramieniem.
Spojrzałem na likantropa, który oparłszy się o drzewo, bacznie mi się przyglądał. Zaśmiałem się, gdy nie zmieniając postaci, objął półelfkę ramieniem. Był najwyraźniej zazdrosny. Uśmiechnąłem się do przewodniczki. Wydawało się, że na kogoś czeka. Podszedłem do niej, wskazując Serna.
Darmowy hosting zapewnia PRV.PL